czwartek, 12 maj 2016 05:49

Błażej Popławski: Represja słów (recenzja)

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

dr Błażej Popławski

Recenzja: Anjan Sundaram, Złe Wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie, przeł. Iga Noszczyk, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, 208 ss.

Według Wskaźnika Wolności Prasy, Rwanda od kilku lat okupuje niechlubne okolice 160 miejsca na blisko 180 sklasyfikowanych krajów. Reporterzy bez Granic alarmują: w kraju tym znikają ostatnie wolne media, niepokorni dziennikarze trafiają do więzień lub zasilają diasporę.

Według dziennikarzy renomowanego „The Economist”, Rwanda zaliczana jest do najszybciej rozwijających się państw świata. Za zmianami w ekonomii, systematycznym wzrostem PKB i wyplenieniem plagi korupcji, podążają spektakularne sukcesy, nad którymi rozwodzą się demografowie. Średnia oczekiwana długość życia w przeciągu minionego ćwierćwiecza zwiększyła się o ponad trzy dekady. Wskaźnik śmiertelności noworodków spadł o 70%.

Jak pogodzić te fakty? Czy Rwanda przeistacza się w dyktaturę, gdzie notorycznie łamane są prawa obywatelskie? A może zamykanie kolejnych gazet, utrata pracy przez rzesze żurnalistów to jedynie skutek uboczny przyspieszonej transformacji, zmian na rynku usług medialnych?

Zarządzanie strachem

Według Anjana Sundarama, autora „Złych wieści”, przemiany w sektorze mediów rwandyjskich są jednym z etapów szeroko zakrojonej kampanii politycznej. Jej celem jest umocnienie wpływów Paula Kagame, zapewnienie mu dożywotniej prezydentury.

A. Sundaram zna realia polityki afrykańskiej. Przed kilkoma laty wydał fenomenalną pracę „Stringer: A Reporter's Journey in the Congo”, porównywaną z najlepszymi reportażami Ryszarda Kapuścińskiego. W Rwandzie autor spędził kilkanaście miesięcy. Koordynował program szkoleń dla publicystów. Uczył warsztatu młodych adeptów sztuki dziennikarskiej. Początkowo zaufał wizji roztaczanej przez władze – „spokoju tak absolutnego, jak absolutna była przemoc ludobójstwa sprzed szesnastu lat”. Porządek i ład budziły respekt, ale i z czasem zaczęły wyzwalać trwogę. Okazały się dowodami totalitarnej wręcz kontroli państwa nad obywatelami. „Mówiło się, że policja broni ludności, ale zajmowała się również torturami. Mówiło się, że drogi ułatwiają przemieszczanie się, ale one ułatwiały też władzom kontrolowanie ludzi” – eseistycznie konkluduje autor.

Jednym ze słów celowo nadużywanych w książce A. Sundarama jest strach, a właściwie gospodarka nim, przekuwanie lęków w potencjał polityczny. Groza stanowi podstawową determinantę zachowań współczesnych Rwandyjczyków. Afrykanie – sugeruje autor – z roku na rok coraz bardziej boją się gniewu prezydenta, nie są w stanie sprzeciwić się jego autorytarnym decyzjom: „Żyjąc pod dyktaturą ludność, tak bezpośrednio doświadczana przez panującego i żyjąca wciąż tak blisko niego, osiąga stan emocjonalnej jedności z władcą”. Tłumaczy to, dlaczego P. Kagame utrzymuje się u władzy już 16 lat.

Gniew niepokornych

A. Sundaram szybko zorientował się, że sala wykładowa, gdzie prowadził zajęcia, stała się jednym z nielicznych miejsc swobodnej pracy twórczej, nieskrępowanej wymiany poglądów. Większość dziennikarzy rwandyjskich prześladowano, wtrącano do więzień, bito. Celem A. Sundarama stało się uwolnienie uczniów spod jarzma P. Kagame, legitymizacja postaw buntu wobec despoty.

Jednocześnie autor starał się oswoić gniew niepokornych dziennikarzy. Miał świadomość, że osoby, które przeszły przez piekło aresztów rwandyjskich, często po powrocie na wolność reagują radykalizacją przekazu. Przekuwają ból i irytację w teksty jeszcze bardziej zajadłe względem władz, blisko poetyce deklaracji rewolucyjnych. „Uwiodły ich gniew i przemoc; weszli na ścieżkę konfrontacji”. A to, zdaniem A. Sundarama, droga donikąd. Najważniejsza musi być kontynuacja rzetelnej, demaskatorskiej publicystyki. Nie może przerodzić się ona zajadłe antyprezydenckie paszkwile, które to władza mogłaby banalnie łatwo obrócić przeciw samym dziennikarzom. „Władze przedstawiały gniewnych dziennikarzy jako dowód, że trzeba wprowadzić kolejne, jeszcze cięższe represje”.

Dodać należy, że A. Sundaram zdołał zbudować niezwykle zażyłą nić porozumienia z lokalnymi dziennikarzami. Kilku nazywa wprost przyjaciółmi. Martwi się o ich losy, współczuje, pożycza pieniądze. Przekracza granice bezstronności dziennikarskiej. Zanurza się w rwandyjskie uniwersum polityczne, przesiąka opozycyjna atmosferą. Decyzja – de facto polityczna – A. Sundarama może budzić kontrowersje z punktu widzenia etyki dziennikarskiej czy wykładowczej. Wybór ten daje jednak czytelnikowi unikalną szansę poznania, jak powinno się konstruować dialog społeczny z grupami odcinanymi przez władze od sfery publicznej. W tym aspekcie „Złe wieści” uznać można za sui generis podręcznik dziennikarza – dysydenta, a także niezbędnik dla działaczy organizacji walczących o prawa do wolności wypowiedzi.

„Stworzono naród magiczny”

Na „Złe wieści” warto także spojrzeć, jak na manifest potępiający politykę historyczną uprawianą przez P. Kagame. Autor sprzeciwia się strategii wtłaczania Rwandyjczyków w sztuczne ramy identyfikacji nacjonalistycznej, formowaniu wspólnoty w oparciu o traumę ludobójstwa.

Według A. Sundarama w rwandyjskiej demokracji granice między państwem a społeczeństwem zostały już obalone. Za fasadowością demokracji rwandyjskiej „dyktatorski teatr strachu rósł w siłę”. Ludzie nie istnieją już jako jednostki, tylko jako narzędzia państwa. Świat przez nie postrzegany został przefiltrowany przez media propagandowe. Włączając telewizję, ma się jedynie szansę zobaczyć filmy dokumentalne o rzezi z 1994 roku lub pełne patosu przemówienia P. Kagame. Idąc ulicą, słyszy się pieśni religijne, w których „Jezus” zastąpiony został „Paul”. Czytając prasę reżimową, napotyka się na panegiryki na część „sprawiedliwego ojca narodu” – architekta rozliczenia z ludobójstwem.

W miejsce budzenia społecznego współczucia, kolejne rocznice genocydu, zamieniają się w „przedstawienia cyrkowe”, spektakle władzy, których ostatecznym celem jest zaprojektowanie lojalności totalnej obywateli. „Zamiast leczyć zbiorowe rany, [komemoracje te] jedynie wzmagały traumę”, pisze A. Sundaram. „Rząd ludobójstwo (…) obraca wniwecz, wykorzystuje je, by wzbudzić litość reszty świata, by wyłudzić pieniądze. A w nas samych podsycać strach. (…) Ludzie zginali karki, by okazać poparcie dla dyktatora. Słowa nie były już tylko słowami – stawały się faktami. Represja słów dawała ludobójstwu ogromną siłę”.

Estetyka moralitetu

Dyskurs „Złych wieści” przepojony został wiarą w misję dziennikarstwa zaangażowanego. A. Sundaram całą nadzieję na zmianę społeczną pokłada w postawach dziennikarzy „nieustraszonych”, uparcie wierzy w moc utrwalanych przez nich słów. „Pismo daje nadzieję na dokonanie przewrotu i wywalczenie wolności. (…) Słowo pisane nie jest niczyją własnością. Nie ma źródła ani korzenia, który można by wyrwać i unicestwić. Przechodzi z rąk do rąk. Gdy się je zniszczy – powstaje nowe. (…) Dla narodu, który pragnie wolności, dla rewolucji, słowo pisane może się stać czymś świętym”.

Książka A. Sundarama jest przekazem jednostronnym. Autor od pierwszej do ostatniej strony krytykuje politykę P. Kagame, malwersacje wyborcze, zawłaszczanie przez niego sfery publicznej i jej postępującą militaryzację. Nie dostrzega pozytywnych skutków postludobójczej transformacji Rwandy. Próby stworzenia portretu psychologicznego prezydenta ocierają się miejscami o niepotrzebne psychologizmy (np. wykazywanie związku między dorastaniem w obozach dla uchodźców a rządzeniem za pomocą strachu) – są to jednak przymiarki intrygujące i nie burzące głównej narracji.

Konsekwencję i upór A. Sundarama w demitologizacji P. Kagame warto docenić, aczkolwiek – co należy podkreślić – w kilku miejscach prowadzą one autora na manowce faktograficzne. Czytelnik nieznający historii Rwandy, po lekturze „Złych wieści” odnieść może wrażenie, że P. Kagame był jednym z głównych sprawców ludobójstwa. Pensée unique, czyli doktryna jednomyślności, mająca spajać podzielone trybalizmami społeczeństwo w XXI wieku, przypomina A. Sundaramowi ideologię Hutu wobec Tutsi. Sądy tego rodzaju są nadużyciem, zbyt subiektywną interpretacją autora. Ma do niej oczywiście prawo. Jego priorytetem jest mobilizowanie Rwandyjczyków do wyrażania swoich opinii, wzbudzenie ich krytycyzmu i postaw obywatelskich. „Społeczeństwo, które nie mogło mówić, było jak ciało, które nie odczuwa bólu”, pisze A. Sundaram. „Złe wieści” są więc kuracją bolesną, ale Rwandyjczykom niezbędną, moralitetem w obronie wolności prasy i swobód obywateli.

Autor recenzji jest doktorem historii, socjologiem, komentatorem przemian polityczno-gospodarczych globalnego Południa. Prowadzi blog www.afrykanista.pl

Książka do nabycia w księgarni internetowej Wydawnictwa Czarne.

Czytany 1559 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 12 maj 2016 06:15