poniedziałek, 04 październik 2010 11:45

Łukasz Reszczyński: Rewolucja po mołdawsku

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

alt
Łukasz Reszczyński

 

Rewolucja w Mołdawii się nie udała. Komuniści mają się wciąż dobrze, a co więcej – myślą o wiele racjonalniej od rządzących „demokratów”.

 

Mołdawski kryzys polityczny trwa już od kilku miesięcy. Problemem pozostaje brak prezydenta, który według tamtejszego prawa wybierany jest przez parlament. Jako, że obecny rozkład mandatów uniemożliwia zdobycie przez jednego z kandydatów wymaganych 61 głosów (ze 101 możliwych) sytuacja stała się patowa. Wobec paraliżu parlamentu w tej kwestii, a także braku zainteresowania ze strony społeczeństwa, mołdawski Trybunał Konstytucyjny zlecił przewodniczącemu parlamentu, pełniącemu jednocześnie funkcje prezydenta – Mihaiłowi Ghimpu, rozwiązanie parlamentu oraz ogłoszenie wcześniejszych wyborów. Jak poinformował jego współpracownik – Vlad Lupan, decyzja ta wejdzie w życie 28 września, wobec czego nowe wybory nie mogą odbyć się wcześniej niż 28 listopada.

Sytuacja polityczna w Mołdawii jest obecnie dość daleka od normalności. Po raz trzeci w ciągu dwóch lat odbędą się tam wybory do parlamentu, zaś wybór prezydenta kraju wciąż stoi pod znakiem zapytania.

Starcia na ulicy

Wszystko zaczęło się w kwietniu 2009 roku, kiedy odbyły się wybory parlamentarne, standardami zdecydowanie odbiegające od znanych w Europie norm. Dość ostro na polityczne matactwa zareagowała ulica. Doszło do starć, w wyniku, których zginęła jedna osoba. Wobec licznych nieścisłości wybory powtórzono w lipcu tego samego roku, lecz nie przyniosło to znaczącej zmiany poprzedniego wyniku. Zdecydowanymi wygranymi batalii ponownie stali się komuniści zdobywają 48 ze 101 mandatów w mołdawskim parlamencie. Na ich tle pozostałe partie wypadły dość blado: Partia Liberalno – Demokratyczna zdobyła 18 miejsc, Partia Liberalna – 15, Partia Demokratyczna – 13, Nasza Mołdawia – 7. Wobec porażki z komunistami pozostałe partie zawiązały koalicję (Za Europejską Integrację – AIE) spychając dotychczasowych monopolistów do opozycji. AIE zyskała tym samym 53 miejsca w parlamencie, jednak ta siła wystarczyła jedynie na wybór przewodniczącego parlamentu (do jego wyboru potrzebne są 52 głosy). Został nim przywódca Partii Liberalnej – Mihai Ghimpu, na czele rządu stanął zaś lider partii Liberalno – Demokratycznej Vlad Filat. Mimo, że rządzącym brakowało jedynie ośmiu głosów, nie potrafili oni porozumieć się z komunistami w sprawie wyboru prezydenta. Wobec tego jego obowiązki tymczasowo przejął Ghimpu. Języczkiem uwagi w całej sprawie pozostaje postać Mariana Lupu, byłego przewodniczącego parlamentu, uważanego za zręcznego reformatora, który zmienił barwy partyjne opuszczając obóz komunistów na rzecz Partii Demokratycznej. Według sondaży cieszy się on największym zaufaniem mołdawskiego elektoratu, zaś silną pozycję w poprzednich wyborach komuniści zawdzięczają właśnie jego osobie (według komentatorów wielu wyborców głosowało na komunistów w nadziei delegowania przez nich Lupu na urząd prezydenta kraju). Komuniści stracili tym samym silny atut, a co więcej ich lider i dotychczasowy prezydent – Vladimir Voronin, po dwóch kadencjach, nie może stanąć już w szranki o urząd głowy państwa.

Idący do wyborów z hasłami antykomunistycznymi i proeuropejskimi Ghimpu również nie stanowi alternatywy dla mołdawskiej stagnacji. Wszystko za sprawą jego nieskrywanej sympatii dla idei przyłączenia Mołdawii do sąsiedniej Rumunii (na początku XIX wieku taka sytuacja miała miejsce). Wbrew kreowanym w mediach opiniom, jakoby taki scenariusz był pożądany przez samych Mołdawian, sytuacja jest zgoła odmienna, a faktyczne poparcie dla tego pomysłu plasuje się na poziomie kilkunastu procent. Nadmiernych chęci do aneksji nie wyraża również sam Bukareszt. Przyjęcie „mołdawskiego garbu” na plecy i tak dyszącej już rumuńskiej gospodarki byłoby politycznym i gospodarczym szaleństwem. Odzwierciedleniem podejścia mołdawskiego społeczeństwa do pomysłów Ghimpu (który pod naporem nacisków oficjalnie odżegnał się od tych planów) jest również niski poziom zaufania do tego polityka (według badań z 2009 roku wynik ten wynosił zaledwie jeden procent!), jak również znaczne obniżenie notowań jego partii (według tych samych badań Partia Liberalna mogłaby liczyć na 8 procent poparcia podczas gdy komuniści na 26).

Kontrowersyjne zmiany

Potrzeba zmian mołdawskiej konstytucji wynika co najmniej z dwóch ważnych powodów. Pierwszym z nich, jak już wspomniano jest trudność z wyborem prezydenta, drugim, wynikającym z głównego celu rządzącej koalicji – dopasowanie prawodawstwa do standardów unijnych. Obecnie główna uwaga skupia się na pierwszej kwestii. W tym właśnie celu w sierpniu tego roku przeprowadzono ogólnonarodowe referendum. Zapytano w nim wyborców co sądzą o pomyśle zmiany dotychczasowej formy wyboru głowy państwa na wybór powszechny. W obecnej sytuacji politycznej nowy, powszechny system wyborczy z pewnością ułatwiłby wybór prezydenta kraju. Pytanie jednak, czy taki system jest dla Mołdawii korzystny? Część komentatorów twierdzi, że nie, a nowa forma byłaby poważnym ciosem dla wciąż świeżej i jeszcze nie okrzepłej, mołdawskiej demokracji. Z drugiej jednak strony, obecna sytuacja, mimo iż jest prawdopodobnie typowym objawem trudności dotykających demokratyczne państwa o parlamentarnej formie rządów, to jednak stanowi poważną barierę, która blokuje rozwój kraju.

Sierpniowe referendum okazało się klęską dla rządzących. Wymagany próg 33 procent frekwencji nie został przekroczony (według różnych źródeł frekwencja wyniosła 25 procent), co w dość brutalny sposób uwidoczniło zmęczenie społeczeństwa ciągnącą się polityczną stagnacją. Przy okazji porażki, politycy wykazali się również daleko idącym brakiem kompetencji. Jak podała w swoim raporcie Promo – LEX Association, mimo licznych uchybień w organizacji referendum, jego największym minusem była poprzedzająca je kampania informacyjna – a w zasadzie jej brak. Skandalicznie niski poziom uświadomienia ludzi, w jakiej sprawie mają oddać swój głos, tworzy tym samym jeszcze większy społeczny dystans do spraw politycznych, co może mieć swoje konsekwencje w przypadku najbliższych wyborów.

Kampania wyborcza w Mołdawii już się rozpoczęła, choć jak podkreślają komentatorzy – faktycznie trwa już od ponad roku. Ponownie przy urnach dojdzie do pojedynku dwóch odmiennych wizji przyszłości kraju. Z jednej strony – niemal już tradycyjnie – obóz komunistyczny, obstający przy silnym sojuszu z Rosją (jednak nieodrzucający perspektywy unijnej integracji, o czym świadczą przeprowadzane podczas ich rządów reformy), z drugiej – siły proeuropejskie, dość naiwnie wierzące w możliwość przyszłego dołączenia do UE.

Obecna koalicja rządząca z pewnością przystąpi do wyborów w niezmienionym kształcie. Wobec wciąż silnego poparcia dla komunistów inne rozwiązanie wiązałoby się z dużym ryzykiem. Pewną niewiadomą jest również kwestia poparcia dla partii komunistycznej, która mimo obiecujących sondaży nie posiada już w swoich szeregach Mariana Lupu, co może odbić się na wyborczym wyniku. Polityk ten ponownie zaczyna być główną gwiazdą mołdawskiej sceny politycznej. Wszystko za sprawą ostatnich słów, w których stwierdził on, że „Unia Europejska pozostaje dla Mołdawii celem dość odległym”, dlatego warto zadbać o lepsze relacje z Rosją. Lupu, którego przeszłość polityczna z pewnością ułatwia mu kontakty z Kremlem wyraźnie dąży do stworzenia trzeciej, alternatywnej siły, która łączy w sobie postulaty dwóch dotychczasowych obozów. Dodając do tego wciąż wysoki poziom zaufania do tego polityka, jego Partia Demokratyczna może okazać się czarnym koniem zbliżających się wyborów.

Takiemu scenariuszowi sprzyja również postawa Ghimpu, który niesiony rewolucyjnym duchem poprzednich wyborów, wyraźnie nie potrafi odnaleźć swojej politycznej tożsamości. Z jednej strony mówi o połączeniu z Rumunią, z drugiej zerka w stronę Brukseli, a z trzeciej obraża się na koalicjantów za to, że jego partia obsadza zbyt mało ważnych stanowisk w państwie. Grozi również odpowiedzialnością byłemu prezydentowi Voroninowi, którego oskarża o bezprawne użycie policji do tłumienia ubiegłorocznych zamieszek. Wszystko to przekłada się na brak kondensacji jego postawy, która nie do końca jasna dla wyborców - nie jest godna zaufania.

Wschód czy Zachód?

W kwestii przyszłości Mołdawii wciąż postawić można więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Według obserwatorów, nieudolność obecnego rządu przechyla szalę zwycięstwa w przyszłych wyborach na korzyść komunistów. Niewykluczone, że wobec niewystarczającego wyniku wyborczego tej partii szukać będzie ona koalicjanta. Biorąc pod uwagę ostatnie wypowiedzi Lupu, jego partia może okazać się w takiej sytuacji wyborem oczywistym.

Mołdawia potrzebuje reform i zmian, które wyciągną ten kraj z politycznej stagnacji i gospodarczego zacofania. To niewielkie państwo, ma jednak jeden, również terytorialnie niewielki, lecz politycznie olbrzymi, problem – Naddniestrze. Ta separatystyczna republika, tworząca de facto niepodległe państwo pozostaje pod silnym wpływem Rosji, co znacznie komplikuje sytuację polityczną Kiszyniowa. Z jednej strony, kwestia ta z pewnością spowolni integracje z UE, z drugiej zaś utrudnia kontakty z Moskwą, a także (po objęciu fotela prezydenckiego w Kijowie przez Wiktora Janukowycza) z Ukrainą. Siedmiostronne rozmowy wciąż trwają (uczestniczą w nich Mołdawia, Naddniestrze, Rosja, Ukraina, OBWE oraz UE i USA jako obserwatorzy), jednak trudno spodziewać się w najbliższej przyszłości przełomu w tej sprawie. Mołdawianie muszą pogodzić się z faktem, że funkcjonujące od dawna samodzielnie Naddniestrze nie wróci już de facto do granic ich kraju. Pozostaje jeszcze Rumunia, która dając prace setkom tysięcy Mołdawian przekonuje ich, że ewentualna zmiana stolicy z Kiszyniowa na Bukareszt byłaby niezwykle opłacalnym przedsięwzięciem.

Najbardziej prawdopodobnym wydaje się jednak scenariusz wyrażony przez Mariana Lupu. Mołdawii wciąż bliżej do Moskwy niż Brukseli, co nie oznacza, że Kiszyniów powinien występować w roli kremlowskiego wasala. Zręczny balans polityczny jest w stanie przynieść temu państwu wiele korzyści. Na to potrzeba jednak czasu oraz uporządkowania własnego podwórka.

Artykuł w nieznacznie zmienionej wersji ukazał się w nr 39 (561) tygodnika alt

Czytany 4858 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04