środa, 28 październik 2009 06:46

Michał Soska: Podwójne standardy i hipokryzja

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt Michał Soska

Inaczej odbywającą się właśnie szopkę w Hadze nazwać trudno. Międzynarodowy Trybunał ds. Zbrodni w byłej Jugosławii sądzić będzie byłego prezydenta Serbów bośniackich, Radowana Karadżića. Za ludobójstwo na muzułmanach bośniackich i Chorwatach, za planowanie, podżeganie i popieranie zbrodni wojennych, zmierzających do eksterminacji lub wypędzenia zamieszkujących Bośnię (której 50% ludności stanowili Serbowie) muzułmanów, za wydanie rozkazu do wymordowania prawie ośmiu tysięcy muzułmańskich mężczyzn i chłopców w Srebrenicy. Akt oskarżenia liczy 40 stron, natomiast materiały dowodowe - 1,2 miliona stron dokumentów. Karadżiciowi grozi dożywocie.
Karadżić przed trybunałem, który pogardliwie nazywa „natowskim sądem", broni się sam. Niczym Slobodan Miloszević uparcie utrzymuje, że jest niewinny, że bronił jako przywódca Serbów swoich rodaków. Ale dodaje coś jeszcze, co dla wielu wpływowych kręgów może być niewygodne. Jeśli i Karadżiciowi przydarzy się dziwna śmierć w „niewyjaśnionych okolicznościach" (w 2006 w haskim więzieniu umarł Miloszević, według oficjalnej wersji na zawał serca, według niezależnych raportów natomiast w jego organizmie szkodliwych substancji chemicznych), to może to stanowić poważny dowód na rzecz przypuszczenia, że Zachód nie tylko stosował wobec serbskiego przywódcy podwójne standardy, ale i czegoś wyraźnie się obawiał.

Kto kogo oskarża?
Karadżić stanowczo powtarza, że Stany Zjednoczone zaoferowały mu swoisty handel wymienny. Coś za coś - Karadżić zagwarantowany miał mieć immunitet i nietykalność, jeśli tylko wycofa się z aktywnej polityki i nie będzie hamował układu pokojowego z Dayton. Tak też się stało - serbski przywódca w Bośni wycofał się z polityki, choć przez ładnych parę lat bynajmniej się nie ukrywał. Podróżował pomiędzy Bośnią a Serbią, pracował, odwiedzał rodzinę. I wszystko to pod okiem sił pokojowych ONZ, które nie spieszyły się specjalnie z aresztowaniem Karadżicia.

W 1996 roku jeszcze zeznawał dowódca błękitnych hełmów, admirał Leighton Smith: „Nie mam rozkazu, by polować na doktora Karadżicia". I to mimo, iż ten przejeżdżał pod nosem oenzetowskich patroli kilka razy na dzień. Siły pokojowe nie tylko go nie ścigały - ale robiły praktycznie wszystko, by Karadżicia (człowieka charakterystycznego jak mało który serbski polityk, z szopenowską bujną grzywą) nie widzieć. A ten najwyraźniej nie czuł też potrzeby, by się ukrywać. W towarzystwie tylko jednego kierowcy-ochroniarza poruszał się ulicami miasta Pale, stolicy Republiki Serbskiej w Bośni.

Istnienie układu między Karadżiciem i Amerykanami potwierdza też prokurator Trybunału Międzynarodowego dla byłej Jugosławii, Carla del Ponte. Jej zdaniem nie ma najmniejszych wątpliwości, że ówcześni prezydenci Bill Clinton i Jaques Chirac blokowali aresztowanie Karadżicia, natomiast wspólnie Clinton z Chiraciem przekonywać mięli Tony'ego Blaira, aby o ewentualnym planowanym zatrzymaniu Karadżicia najpierw poinformować Rosję. A tymczasem były serbski prezydent cieszył się zupełną swobodą, nie tylko przebywał w Bośni i Serbii, ale i jeździł do matki w Czarnogórze, i to regularnie przez to samo przejście graniczne w Milusi, o czym doskonale wiedziały siły międzynarodowe, informowane przez Bośniaków.
Karadżicia łapać wówczas po prostu nie chciano. Dlaczego? Najprawdopodobniej podczas wojny w Bośni miał układy z błękitnymi hełmami, albo raczej z najwyższym dowództwem wojskowym, a zatem i z najważniejszymi światowymi władzami politycznymi. Jakkolwiek by się na obecność oddziałów ONZ w Jugosławii nie zapatrywać, to trzeba przyznać, że początkowo nie chroniły one nikogo, poza samym sobą. Siedziały w garnizonach i koszarach, pilnowały sprzętu zajętego, ale faktycznie żadnych uprawnień do użycia siły nie miały, i gdy tylko któraś ze stron tego zapragnęła, to taki oenzetowski bastion „zajmowała", przywłaszczając sobie czołgi i działa. W roku 1995, gdy Serbowie szturmowali raz po raz Srebrenicę, i gdy w końcu stacjonujący tan batalion holenderski zażądał wsparcia lotniczego, usłyszał odmowę z powodu... nieprawidłowego formularza wniosku. A potem, gdy Serbowie miasto zajęli, Holendrom włos, albo raczej hełm z głowy nie spadł, a ich dowódca uwiecznić się raczył na zdjęciach, pijąc bruderszaft z generałem Mladiciem. Jeszcze w 2002 roku nachalnie nagłośniony „szturm" na dom Karadżicia w pale skończył się... procesem sądowym za wyłamane drzwi, wytoczonym przez jego żonę (samego Karadżicia oczywiście nie zastano).

Czyż może być, aby nie było to bardzo grubymi nićmi szyte polityczne machlojstwo, świadczące o amerykańsko-europejskiej hipokryzji i podwójnej moralności Zachodu wobec Serbów? Oczywiście, że Amerykanie wszelkim spekulacjom i oskarżeniom o mentalność Kaliego twardo zaprzeczają. Ale gdy już Karadżicia zatrzymali, jakoś dziwnie szukają dodatkowych atutów i asów do rękawa, jak gdyby sama Srebrenica nie wystarczała, by zdyskredytować serbskiego przywódcę w oczach świata. W mieszkaniu Karadżicia, który przez ostatnie lata ukrywał się jako siwobrody dr Dabic, jako noszący grube okulary i słomiane kapelusze neuropsychiatra, specjalista od ziół, medycyny dalekowschodniej i problemów z erekcją - znaleźć podobno miano kasety wideo, ukazujące Karadżicia pijącego mocz i uczestniczącego w perwersyjnych orgiach seksualnych... Cóż, w amerykańskie teorie można wierzyć, lub... nie.

„Sprawiedliwość", gdy sprzyja okazja
Ale wracając do zatrzymania Karadżicia - faktem jest, że nastąpiło dopiero wtedy, gdy wszyscy zaangażowani w połowie lat 90. główni aktorzy ze światowej sceny politycznej zeszli (Clinton, Chirac, Blair, Jelcyn). I gdy zmienił się jugosłowiański rząd, na prozachodni i prounijny. Aby Karadżić mógł zostać zatrzymany, konieczna była zgoda polityczna. Odpowiedzialni za łagodne jego traktowanie i przymykanie oczu na spokojne życie przywódcy bośniackich Serbów musieli przejść na emeryturę.

Dlaczego teraz serbskim rządzącym zależało na aresztowaniu Karadżicia? To bardzo proste. Znowu chodzi o swoisty handel wymienny, coś za coś... Obecny rząd dąży do integracji z Unią, Serbia daleka jeszcze jest jednak od spełnienia europejskich „standardów", potrzebny jest więc jakiś mocny, niepodważalny atut. Jak chociażby wydanie jednego z przywódców okresu wojny domowej w Jugosławii - krok taki, będący równoznaczny z zrywaniem z własną przeszłością i samobiczowaniem się przez Serbów, wydaje się niezbędny do dalszego postępu procesu integracyjnego.

A poza takim symbolicznym wymiarem tego czynu jest jeszcze bardzie przyziemny: serbski rząd liczy na uzyskanie złagodzenia reżimu wizowego, ułatwień handlowych i nowych kredytów. A więc - za garść srebrników wydamy wam, kogo chcecie, jeśli tylko zechcecie.

Propaganda i zakłamanie
I pozostaje jeszcze trzeci, być może najważniejszy aspekt całej sprawy sądzenia serbskich przywódców przez międzynarodowe organa sądownicze. Zacząć należy od tego, że Międzynarodowy Trybunał Karny ds. Zbrodni Wojennych w byłej Jugosławii nie jest instytucją niezależną, a powołany został przez ONZ. Państwa natowskie z USA naczelne w traktacie z Dayton wymusiły współpracę władz byłej Jugosławii z Trybunałem i odsunięcie byłych przywódców od władzy (między innymi Miloszevicia), gwarantując im za to nietykalność. Jeżeli więc Trybunał powołany został niejako przez państwa wojnę przeciwko Serbii prowadzące, i przez nie jest finansowany, trudno oczekiwać, by był on niezawisłym organem władzy sądowniczej. (Pomijam już pytanie, z jakiej racji narzucić można niepodległemu państwu zwierzchnictwo jakiejś międzynarodowej instytucji).

Wojna w Jugosławii, przynajmniej w roku 1999, była wojną na wyniszczenie serbskiego narodu i jego państwa. Niszczone były celowo jego infrastruktura, fabryki, szpitale i osiedla mieszkaniowe Serbów. Wbrew medialnemu natłokowi hałaśliwej humanitarno-pacyfistycznej propagandy, sympatie Zachodu były wyraźnie określone - chodziło o zwalczenie Serbów, a wspieranie Chorwatów i muzułmańskich Bośniaków (nawet kosztem utworzenia i utrzymywania sztucznej, wielokulturowej i wieloreligijnej hybrydy - Bośni i Hercegowiny - która bez wsparcia militarnego i finansowego Zachodu nigdy nie przetrwałaby nawet miesiąca). Byle tylko osłabić, rozbić państwo Serbów. Ten sam cel uwidocznił się ponownie w przypadku „niepodległości" Kosowa. Paradoks to doprawdy niemały. Bo o ile poparcie katolickiej Chorwacji z punktu widzenia konfliktów międzycywilizacyjnych dałoby się jeszcze wytłumaczyć, to trudno już zrozumieć to, że kraje bądź co bądź cywilizacji Zachodu wspierają budzące się ognisko islamu w Europie, dolewając oliwy do ognia, żeby tylko działać na niekorzyść kraju prawosławnego, z którym przecież o wiele więcej chrześcijański Zachód powinno łączyć niż z muzułmanami.

I kolejna sprawa, jaką jest skala zbrodni, przedstawiana na całym zachodnim świecie naiwnej tłuszczy. Fakt, że na Bałkanach krew lała się strumieniami i zbrodnie przeciwko ludności cywilnej działy się często. Ale nie tylko Serbowie się ich dopuszczali. Nie tylko Serbowie prowadzili czystki etniczne. To samo robili Bośniacy, i Chorwaci. Tylko że o tym się nie mówi, nawet w przypadku sądzeniu chorwackich dowódców wojskowych nie towarzyszy im taka medialna nagonka, jakiej ofiarą zawsze padała Serbia. W wielu, niezliczenie wielu przypadkach to Serbowie padali ofiarą ludobójstwa, masowych gwałtów, wyrzynaniu całych wsi, kobiet i dzieci. I Serbowie musieli opuszczać swe domy, opuszczać swe ziemie, zmieniając tym samym sytuację demograficzną na korzyść Bośniaków i Chorwatów. A to właśnie na rękę było stronie przeciwnej.
Jeden tylko przykład tutaj wymienię, by nie wgłębiać się w tą przepaść bez dna wzajemnych aktów agresji i barbarzyństwa. Czołowy argument oskarżenia - Srebrenica, lipiec 1995. Wbrew temu, co się wciąć powtarza - nie było de facto zamkniętego oblężenia miasta, a naprzeciwko siebie stały dwie jego części, serbska i muzułmańską, bośniacką. Choć oficjalnie miasto było strefą zdemilitaryzowana, to oddziały NATO wciąż po kryjomu dozbrajały stacjonująca tam dywizję bośniackich muzułmanów.

Wbrew temu, co się wciąż powtarza, ofiar nie było 7-8 tysięcy, a najprawdopodobniej około 2 tysięcy. Proste jak drut, jasne i logiczne rachunki przeprowadzone przez Światową Organizację Zdrowia wykazują, że nie ma nigdzie miejsca na dodatkowe 5 tysięcy zabitych. Jakby tego było mało - kłamstwo sięga nawet na cmentarz ofiar Srebrenicy, gdzie pochowano zabitych muzułmanów i sprzed 1993 roku, i z roku 1996 i lat późniejszych, co wykazały badania nazwisk pochowanych. W ten sposób udało się uzbierać taką liczbę właśnie, niecałe 8 tysięcy.

Wbrew temu, co się mówi, to rozpoczęta w sierpniu 1995 chorwacka operacja „Burza" pociągnęła za sobą największe czystki etniczne na ludności serbskiej, z której ogromne masy musiały uciekać. Operacja ta cieszyła się poparciem USA i Niemiec, a wyolbrzymiona liczba ofiar Srebrenicy skutecznie przykuwała światową uwagę. I to skutecznie - ile z nas słyszało o chorwackiej operacji i 300 tysiącach wypędzonych Serbach?

Przykłady te to tylko wybrane, pojedyncze epizody. Powstało kilka świetnych niezależnych niemieckich, francuskich, amerykańskich a nawet polskich publikacji na temat prawdziwego oblicza wojny w Jugosławii. Warto się z nimi zapoznać. Uświadamiają one, jak wielki jest dysonans między jedną, propagowaną i obowiązującą powszechnie wizją całego konfliktu, a jego rzeczywistością. I dlaczego cała amerykańska pseudomoralność i gorliwość w ściganiu serbskich „zbrodniarzy wojennych" jest po prostu jednym, wielkim zakłamaniem.
Artykuł ukazał się na stronach portalu alt
Czytany 5712 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04