poniedziałek, 31 sierpień 2015 07:04

Marcin Domagała: Palestyńczyków ucieczka do przodu

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

dr Marcin Domagała

„Mury Hebronu” to nie tylko powieść znakomitego polskiego pisarza Andrzeja Stasiuka. Mury Hebronu istnieją naprawdę i niewiele mają wspólnego z obronnymi wałami niegdyś otaczającymi to starożytne miasto. Znacznie im za to bliżej do ogrodzenia więziennego. Ta bariera szczelnie otacza punktowe obszary zwane strefą A, czyli łącznie 18% obszaru Zachodniego Brzegu Jordanu, nad którą wyłączną pieczę Izrael przekazał Palestyńczykom. Reszta Palestyny jest okupowana przez siły izraelskie.

Ekonomika terytoriów znajdujących się w wyłącznej gestii palestyńskiej nie wygląda najlepiej. Wysoka stopa bezrobocia, sięgająca wśród młodego pokolenia rzędu blisko 40% nie napawa optymizmem, zaś PKB per capita należy do najniższego w regionie i jest aż o ok. 85% niższe od izraelskiego. Co prawda na ulicach Nablusu, Hebronu czy Ramallah można spotkać najnowszej klasy mercedesy, ale są one generalnie rzadkością pośród masy zdezelowanych kilkunastoletnich pojazdów, importowanych tu głównie z Europy, nawet Polski. Majętnych Palestyńczyków tym samym nie ma zbyt wielu. Przeważa biedota, której jednym z nielicznych źródeł zarobku np. w turystycznym Betlejem jest sprzedaż pamiątek. Okolice Bazyliki Narodzenia Pańskiego w środku dnia zajmowane są przez ulicznych sprzedawców, oferujących różnego rodzaju gadżety od magnesów na lodówkę po tandetne różańce, rzekomo wykonane z drzewa oliwnego, a faktycznie pochodzące z Chin. Cena zwykle ta sama – nieśmiertelne one dollar, która w porównaniu z okolicznymi sklepami z pamiątkami jest atrakcyjna. Amerykańska waluta nie jest zresztą jedyną tu funkcjonującą monetą. Jeden z bardziej utalentowanych przewodników po Ziemi Świętej – salezjanin Kazimierz Gajowy podkreśla, że Palestyńczycy akceptują każdy pieniądz, w tym złotówki.

Na Zachodnim Brzegu, prócz turystyki, dominują usługi. Przemysłu jest mało, gdyż z uwagi na niestabilną sytuację polityczną, chętnych do założenia zakładu produkcyjnego, wyposażonego w drogie importowane maszyny nie ma zbyt wielu. Ci, którzy jednak podjęli wyzwanie, to z reguły repatrianci, przeważnie z tzw. Zachodu, którzy patriotycznie zainwestowali w swojej ojczyźnie. Jednym z przykładów jest producent wyrobów plastikowych Royal Industrial Trading. Jak na warunki palestyńskie, to spore przedsiębiorstwo, zatrudniające blisko 700 osób. To firma rodzinna, na której czele stoi Nabil Zghier, który, jak sam mówi – pracował w USA i w latach 1990’ zdecydował się zainwestować w swoim kraju, mimo niesprzyjających warunków. Obecnie grupa Royal ma odbiorców od Wielkiej Brytanii, Francji, przez Stany Zjednoczone na Chinach skończywszy. Zajmuje się też nieruchomościami, budując rozświetlone krzykliwymi neonami centra handlowe. To jednak jeden z nielicznych przykładów udanego biznesu na dużą skalę.

Izraelski dziennikarz polskiego pochodzenia Henryk Szafir podkreśla, że trwałego pokoju między Izraelczykami i Żydami nie da się osiągnąć ani w perspektywie 5, ani 25 czy nawet 100 lat. – Możliwe są jedynie krótkotrwałe porozumienia w lokalnych kwestiach – zaznacza. To, co do tej pory łączy skonfliktowane narody, czyli wymiana handlowa, na terenie Zachodniego Brzegu wciąż przyczynia się jednak bardziej do utrwalania podziałów. Jednak wspólne przedsięwzięcia biznesowe istnieją i jest to jedyna forma akceptowalnej przez obydwie strony współpracy. Zgodnie podkreśla to zarówno Pini Shani z Departamentu Marketingu, Zagranicy i Religii izraelskiego Ministerstwa Turystyki, jak i palestyński zastępca gubernatora Hebronu Marman Sultan. Obydwaj zaskakująco również zgodnie, niezależnie od siebie, unikają podawania szczegółów. To solidarne milczenie wyjaśnia smutnym głosem K. Gajowy. Jako przykład podaje odbywający się codziennie, pod wysokim na ok. 5 m betonowym ogrodzeniem pod napięciem, oddzielającym Betlejem od obszaru okupowanego przez Izraelczyków po stronie izraelskiej, swoisty „targ niewolników”. Setki zdesperowanych palestyńskich mężczyzn koczuje tam w oczekiwaniu na samochody izraelskie, które podjeżdżają po tanią siłę roboczą. – Tam nawet badają wzrokiem, czy dany kandydat ma odpowiednie mięśnie do pracy – dodaje z goryczą.

palest02

Mury otaczające Hebron

Powyższa sytuacja nie zniechęca jednak Palestyńczyków do odważnego patrzenia w przyszłość. Wielu z co bardziej rzutkich i wykształconych potrafi perspektywicznie planować i zachęcać inwestorów wykorzystując do tego najnowocześniejsze narzędzia i metody prowadzenia przedsiębiorstw. – Naszą przyszłością w branży turystycznej są nie tylko pielgrzymi – podkreśla George N. Bassous – główny architekt i dyrektor Conventon Palace – flagowego przykładu palestyńskiego renesansu biznesowego w Betlejem. Inwestycja rzeczywiści robi wrażenie. Monumentalne centrum konferencyjno-handlowe zbudowano tuż obok historycznych tzw. sadzawek Salomona – olbrzymich kamiennych basenów, które w czasach starożytnych, za pomocą akweduktów zasilały w wodę jerozolimską dzielnicę świątynną. Zespół składa się nie tylko z sali kongresowej na 2 tys. widzów, której wyposażenie akustyczne, jak chwali się rozmówca, przewyższa tylko instalacje nowojorskiej Metropolitan Opera, ale również sporego centrum handlowego, które aktualnie jest w trakcie wykańczania.

– Naszym celem jest turystyka biznesowa, czyli seminaria, targi, szkolenia, podróże motywacyjne, imprezy firmowe... – podkreśla podczas swojej prezentacji. W późniejszej rozmowie ze mną zaznacza, że baza hotelowa i konferencyjna mają dobry poziom, który ceną swobodnie konkuruje z drogą ofertą izraelską. Kraj cieszy się olbrzymim przyrostem naturalnym, zatem młodych ludzi z pomysłami nie brakuje, co jest dodatkową zaletą i zachętą. Oczywiście to na początek. Z przyjemnością witałby polskie marki, którym wieszczy obiecujący rynek zbytu. Jakby na to nie patrzeć, rację ma, gdyż do miejsca narodzin Jezusa Chrystusa zjeżdża cały świat.

Wciąż jednak w tle przewija się pytanie o stabilność istniejącego palestyńsko-izraelskiego układu politycznego, a w zasadzie jego trwałego braku. Prawdą jest, że Izraelczycy delikatnie się z Palestyńczykami nie obchodzą. Sam byłem świadkiem dość brutalnego potraktowania kierowców autobusu, na izraelskim punkcie kontrolnym po wyjeździe z Hebronu. Zresztą cały autobus został poddany szczegółowej rewizji pod podejrzeniem przewozu jakichś niebezpiecznych materiałów. Miasto to bowiem na Zachodnim Brzegu przez izraelskie siły okupacyjne postrzegane jest podobnie do Strefy Gazy. Izraelczyków nie uspokajają również wypowiedzi prezydenta Mahmuda Abbasa. Na moje pytanie o oczekiwania wobec Iranu w kontekście zapowiadanej od jakiegoś czasu wizyty prezydenta w Teheranie, palestyński przywódca wprost stwierdził, że Iran to nasz brat. Tak wyraźna deklaracja natychmiast spowodowała lawinę komentarzy w izraelskich i światowych mediach.

palest03

Od lewej: minister turystyki Palestyny Rula Mayaah i prezydent Palestyny Mahmud Abbas

Zdaniem katolickiego biskupa pomocniczego łacińskiego patriarchy Jerozolimy Williama Schomali, dyplomaty z dużym doświadczeniem, a jednocześnie Palestyńczyka, jedynym rozwiązaniem, które może przywrócić pokój i normalizację stosunków na tym obszarze jest powrót do ustaleń rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ nr 181 z 1947 r., czyli podzielenia terytorium brytyjskiego Mandatu Palestyny na dwa państwa: żydowskie i arabskie. To radykalne stwierdzenie, nie do przyjęcia zwłaszcza dla Izraelczyków, którego potencjalna realizacja przekreśliłaby walkę o obecny kształt ich państwa praktycznie od połowy XX w. do czasów obecnych. Z drugiej jednak strony dla Palestyńczyków jest to rozwiązanie optymalne, gdyż gwarantujące spokój i stabilną bazę rozwojową, bez dalszej dyskryminacji i szykan, które Izrael codziennie stosuje wobec nich. Zdaniem biskupa – Izrael fizycznie zmierza do wyeliminowania tych, którzy tu mieszkają i zabrania ich ziemi. Faktem też jest, że żadne państwo od kilkudziesięciu już lat nie domaga się wdrożenia tej rezolucji. To dobra lekcja stosunków międzynarodowych, która wskazuje na podział na równych i równiejszych.

Co sami Palestyńczycy mogą dziś zrobić?

Prezydent M. Abbas przekonuje, że Palestyna nie ma wrogów. Jej wrogiem nie jest nawet państwo żydowskie. – Chcemy mostów, a nie murów z Izraelem – emocjonalnie podnosi głos. Jedyne, czego chce od Tel-Awiwu, to zaprzestania okupacji terytoriów palestyńskich na Zachodnim Brzegu Jordanu. Czy jest to możliwe?

Nic tego nie zapowiada, więc Palestyńczycy sami zaczynają brać sprawy we własne ręce. Gdzieś w tle co prawda czai się groźba wybuchu kolejnej intifady, o czym przestrzegał niedawno jeden z liderów izraelskiej opozycji Jicchak Herzog. Starcie zbrojne w obecnej sytuacji wydaje się na szczęście tylko jednym z możliwych scenariuszy, choć iskrą zapalną dla niego może stać się choćby jakiekolwiek obcesowe potraktowanie Palestyńczyka na przez funkcjonariusza izraelskiej policji, jak ocenia K. Gajowy. Ten stan niepewności jest jednak charakterystyczny dla całego tego obszaru. Wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że rujnująca walka będzie skutkować odpowiedzialnością zbiorową, w której śmierć poniosą nie tylko bojownicy palestyńscy, czy izraelscy żołnierze, lecz również, a może przede wszystkim kobiety, dzieci, starcy... Bolesna nauka płynąca z izraelskiej operacji wojskowej „Płynny ołów” w Strefie Gazy z przełomu 2008 i 2009 r. wciąż pachnie krwawą pamięcią, a obecnie bezwzględną blokadą. Efekt, zdaniem niektórych, ma charakter ludobójczy.

Strefa Gazy to jednak inny świat. Zachodni Brzeg Jordanu jest dużo spokojniejszy. Istnieje tu całkiem spore pole do działalności o charakterze biznesowym, którego umiędzynarodowienie, nawet mimo istniejących restrykcji, pozwoli Palestyńczykom, włączyć się aktywnie w globalizację. To właśnie ten krytykowany proces paradoksalnie jest ich szansą. Ich atutami są bowiem niezłe wykształcenie, młody wiek i... brak innych perspektyw. Ich start choć dopiero się zaczyna, nadal jest pozbawiony potrzebnego do szybkiego oderwania się dynamizmu i przebojowości w pełnym hałasu rozpędzonym świecie. Kiedy zapytałem minister turystyki Palestyny Rulę Maayah o to, jak podległy jej resort jest przygotowany na sytuacje kryzysowe w postaci np. ponownego wybuchu walk izraelsko-palestyńskich, odpowiedzią była kłopotliwa cisza. Nie oznacza to, że władze palestyńskie nie wiedzą co robić, gdyż bezpieczeństwo turystów jest zarówno dla nich, jak i dla Izraela sprawą priorytetową. Chodzi tu zdecydowanie o bardziej efektywną, wręcz efektowną, zdolność do autoprezentacji własnych racji i rezultatów własnej pracy, której dotychczasowe osiągnięcia budzą jak najbardziej zasłużony szacunek. Mało jednak o nich słychać...

Jak dowiodły wydarzenia, świat niestety jest w stanie obejść się bez Palestyńczyków, lecz Palestyńczycy nie mogą obejść się bez świata. Stąd potrzebują nie tyle hard power, co przede wszystkim soft power. Jednym z pomysłów jest stworzenie swoistej mody na Palestynę. Dostrzegają to tacy wizjonerzy, jak wspomniani G.N. Bassous czy N. Zghier. Jeśli wspierany przez nich trend się powiedzie, to możliwe, że za 15–20 lat Palestyna pozbędzie się dyskredytującego miana kolejnego czarnego punktu niepokoju na Bliskim Wschodzie i przerodzi się, wzorem niedalekiego Cypru, w całkiem prężną państwowość, co prawda nie pozbawioną problemów, lecz posiadającą jednocześnie realne perspektywy i zdolność do podjęcia efektywnej konkurencji z jedną najsilniejszych gospodarek regionu, czyli ekonomiką izraelską.

Na koniec warto dodać, że Palestynę warto odwiedzać nie tylko z przyczyn religijnych. To kraj pełen młodzieńczego zapału i wbrew licznym obawom – całkiem bezpieczny dla odwiedzających. Odwiedzającym Betlejem polecam zaglądać do kilku nielicznych do  sklepów, przed którymi wiszą polskie flagi. Sprzedawcy są w nich bardziej skorzy do targów i nie zdzierają tak „bezlitośnie skóry”, jak w innych punktach, co nie zmienia faktu, że uważać trzeba.  

Powyższy tekst jest rezultatem udziału autora w X Kongresie Polskich Mediów w Ziemi Świętej w dniach 18–25 sierpnia 2015 r. zorganizowanego przez Stowarzyszenie Polskich Mediów.

Czytany 3502 razy