wtorek, 04 wrzesień 2012 08:55

Konrad Rękas: Raczej Dostojewski niż Stołypin

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

dostoevsky


  Konrad Rękas

Z błyskotliwą analizą dra Przemysława Sieradzana Rosja w pułapce stołypinizmu trudno  polemizować – tak wiele zawiera trafnych obserwacji i logicznych wniosków. A jednak przynajmniej w kilku punktach wymaga ona uzupełnienia. 

Kościoły jako czynnik społeczny

 

Po pierwsze autor wyraża niezrozumienie, czy wręcz sprzeciw wobec faktu, że adresatem „cerkiewnej dyplomacji” rosyjskiej jest Kościół katolicki w Polsce. Oczywiście, znane są poglądy p. dra Sieradzana w tym zakresie, a więc i Jego generalny sprzeciw wobec formacji społeczno-ideowej, której emanacją jest zorganizowana religia katolicka. Na Deklarację Warszawską warto jednak spojrzeć nie tylko przez pryzmat jej treści (i sygnatariuszy), ale jako na pewien geopolityczny eksperyment. Otóż ze względu na niski poziom uobywatelnienia obu społeczeństw – polskiego i rosyjskiego – nie można sobie chyba nawet wyobrazić innego podmiotu, który byłby w stanie w sferze pozarządowej dokonać porównywalnego aktu mającego jednocześnie wymiar „prywatny”, jak i jak najbardziej oficjalny. Choć teza, że to Kreml inspirował patriarchę Cyryla nie mogłaby być udowodniona, to jednak można przecież założyć, że faktycznie o tak znaczącym kroku międzynarodowym co najmniej wiedział (a zapewne i go aprobował). Nasuwa się więc pytanie: jaką porównywalną siłą świecką dysponowałaby nieoficjalna rosyjska dyplomacja, by wykonać analogiczny krok w stronę Polski? Takiego podmiotu, czy choćby środowiska – po prostu nie ma.

Katolicy jako adresat

Co więcej, oczywiście można uważać, że w Rosji przecenia się współczesne znaczenie instytucjonalnego Kościoła w Polsce, ale też trzeba się zgodzić, że zarówno cywilizacyjno-kulturowy, jak i społeczny wpływ Kk na Polaków jest faktycznie wciąż wielki – a więc przesłanie współpracy zostało wysłane w stronę znaczącej grupy społecznej, w dodatku na Wschodzie uznawanej za ukierunkowywaną w stronę polityki antyrosyjskiej, czy w każdym razie sprzecznej z dziejowymi interesami Rosji. Zresztą obiektywnie rzecz biorąc – środowiska niekatolickie, a więc najczęściej kształtowane w tradycji innej niż prawicowo-patriotyczna – powinny być wolne od fobii antyrosyjskich, a więc i niepotrzebne są im sygnały pojednania. Problem polega jednak na tym – że te same kręgi łatwo ulegają frazeologii „demokracji” i „praw człowieka”, uznając te hasła za wartości uniwersalne, a więc i konieczne do zastosowania w Rosji, co w sposób oczywisty jest już rusofobią może i nieświadomą, ale jak najbardziej praktyczną.

Różne płaszczyzny współpracy

Oczywiście jednak, optymalnym byłoby, gdyby udało się uniknąć tego typu sprzeczności, a więc propozycje trwałej kooperacji polsko-rosyjskiej zostały przyjęte jako swoje przez różne środowiska, odnajdujące w tej koncepcji pasujące sobie elementy – geopolityczne, ideologiczne, ekonomiczne, kulturalne itd. Na swój sposób zjawisko to zachodziło nawet w okresie PRL, gdy poza oficjalnymi związkami na polu doktryny (tak komunistycznej, jak i wspólnoty militarnej) funkcjonowała szkoła uświadomionej konieczności geopolitycznej (reprezentowana choćby przez Aleksandra Bocheńskiego), ale także swoiście interpretowana pro-rosyjskość niektórych środowisk „opozycji demokratycznej'. I choć jej działalność tak w Polsce, jak i w Rosji per saldo należy ocenić negatywnie, to jednak budowała ona alternatywne więzi między Polakami i Rosjanami, inne niż te obowiązujące „po linii” oficjalnej. Jesteśmy poniekąd w sytuacji zbliżonej, mając w RP rząd oskarżany niesłusznie i na wyrost o „pro-rosyjskość” (a w istocie nie mający żadnej istotnej polityki zagranicznej), a równocześnie znajdując się w stanie konieczności odbudowy postaw na rzecz współpracy z Rosją w kręgach opozycyjnych i obojętnych wobec zagadnień władzy. Właśnie z tego punktu widzenia koniecznym jest, aby swoją drogę do Rosji odnaleźli tak katolicy, wywodzący się z tradycji patriotycznej, czy nawet „niepodległościowej”, jak i niewierzący, szukający lub posiadający odmienną formację duchową i intelektualną.

Błędy, ale nie nasze

Krytykę polityki (zwłaszcza gospodarczej) władz rosyjskich można by spointować krótko – że nie nasza to sprawa. Oczywiście jednak, jeśli artykułowalibyśmy postulat większego zbliżenia naszych państw – wówczas przechodzić do porządku dziennego na przykład nad wstąpieniem do WTO już nie można. Dowodzi tego przykład Białorusi, która (w związku z poziomem swych więzi ekonomicznych z Rosją) została wraz z wejściem Rosji do WTO postawiona w nader trudnej sytuacji, niemal wymuszenia konkurencji z produkcją krajów GATT. Z pewnością też krok ten (będący spadkiem po rządach Jelcyna) – jest poważnym błędem władz rosyjskich. Stanowi  element dryfu po „demokratycznych przemianach” i „ekonomicznej transformacji” lat 90. i faktycznie dowodzi, że administracja Putina bynajmniej nie odcięła nici łączących ją z poprzednim systemem władzy i fatalnymi skutkami jego polityki. Że jest inaczej – uważać mogą jedynie ślepi entuzjaści putinizmu, będącego przecież mieszanką pogrobowców ostatnich 20 lat smuty z dość chaotycznymi pomysłami na kształtowanie przyszłości kraju. I znowu jednak – dla Polski partnerem jest dowolna Rosja (może za wyjątkiem całkowicie skolonizowanej przez Zachód) nawet, jeśli jej przywódcy popełniają błędy.

Społeczna wartość religii

Tu jednak dochodzimy do bodaj najbłystkotliwszej części analizy dra Sieradzana, w której opisuje on miszmasz ideowo-symboliczny współczesnej Rosji, pytając jednocześnie czy chrześcijaństwo „jest właściwą droga dla ogromnego, wielokulturowego, wielonarodowego, federacyjnego państwa, jednoczącego w swych granicach ludy Europy i Azji?” Pytanie to wydaje się być źle zadanym – bowiem chyba nie tak wygląda propozycja ideologiczna obecnego prezydenta dla przestrzeni eurazjatyckiej. Jak pisałem gdzie indziej [1]  – propozycją taką wydaje się być po prostu instytucjonalna religia jako forma zorganizowanej moralności, co oznacza wmontowanie w ethos państwowych tak chrześcijaństwa, jak i islamu, buddyzmu czy judaizmu. Pomysł ten nie jest ani nowy, ani oryginalny – ale też nie ma poważnej alternatywy. Jeśli bowiem przyjmiemy społeczne przyczyny powstawania religii – to z zasady miały one służyć stabilizacji życia społecznego i umacnianiu jego form. Czyniły tak nawet religie i wyznania powstające jako rewolucyjne. Natomiast próby tworzenia państw bez oparcia religijnego, albo „religii świeckich” niosły za sobą zagrożenie bądź to nihilizmem, bądź instytucjonalizacją ale bez ducha – a więc i bez pozytywnych skutków, jakie dla relacji międzyludzkich niesie etyka prawnonaturalna (podobnie jak i na niższym szczeblu stosunków działa savoir vivre).

Liberalizm prowadzi do rewolucji

Równie efektowne jest przywołanie przez dra Sieradzana premiera Stołypina jako patrona obecnej ekipy rządzącej Rosji. Z pewnością sam prezydent Puitn przyklasnąłby takiemu porównaniu, a sami Rosjanie (wysoko oceniający Stołypina) uznaliby je za komplement. Z pewnością też jest ono trafne, choćby ze względu na fakt pozornego wymykania się premiera sprzed 100 lat klasycznemu w Rosji podziałowi na zapadników i słowianofili. Oczywiście też dr Sieradzan ma rację dokonując oryginalnej, a rzadkiej w Polsce krytyki polityki stołypinowskiej. Dla historycznego porządku warto jednak dodać, że nie odbiegała ona w swych zasadniczych dla tego wątku rozważań – czyli ekonomicznych założeniach od linii politycznej tak formacji konserwatywnej, jak i postulatów liberałów rosyjskich. Wszystkie te środowiska przywiązane były do zasad ekonomii klasycznej, wspierały parytet złota i tworzenie rezerw surowcowych, inwestycje zachodnie i zrównoważenie budżetu. Słowem program, który dla współczesnej Rosji (i Polski) brzmi tyleż znajomo, co fatalnie.  Sęk w tym, że 100 lat temu zdolność do krytyki tych rozwiązań, a także alternatywny aparat pojęciowy (poza marksizmem) w istocie był jeszcze w powijakach. A jednak alternatywna ocena polityki ekonomicznej Stołypina istniała już wówczas – i wysnuła ciekawe wnioski. Już 104 lata temu Aleksander Czuprow trafnie wskazywał, że zwłaszcza reforma agrarna premiera, jak również cały jego sztuczny i nazbyt pospieszny program modernizacji państwa - stanowią w istocie prosty wstęp do rewolucji faktycznej. Jak wiadomo ekonomista miał rację. Pytanie więc brzmi, czy czujący się następcą Stołypina Putin nie znajduje się w istocie na tej samej drodze? A jeśli tak – czy nie okaże się to z korzyścią tak dla Rosji, jak i krajów ościennych?

Reakcja

Reasumując – z w wielu punktach słusznej krytyki autorstwa dra Sieradzana można jednak wysnuć wnioski odmienne, a przede wszystkim nie tak pesymistyczne. Zwłaszcza, gdyby Putin zdecydował się na korektę realizowanej przez siebie polityki tak, by jej patronem był nie tyle Stołypin, co Aleksander III, oberprokurator Pobiedonoscew a przede wszystkim Dostojewski. Pomysłem na Rosję (podobnie zresztą jak i na Polskę) faktycznie nie jest konserwatywny liberalizm, ale raczej reakcyjny, konserwatywny w sferze wartości paternalizm, pozwalający społeczeństwu odpocząć i odbudować się bez demokratycznych i rewolucyjnych eksperymentów, za to w poczuciu społecznego solidaryzmu. Nawet, jeśli dla dojścia do tego stanu potrzebna jest rewolucja – czy jak kto woli kontrrewolucja. W każdym razie duchowa i intelektualna.

Przeczytaj w tym temacie:

dr Przemysław Sieradzan: Rosja w pułapce stołypinizmu

dr Gracjan Cimek: Pussy Riot, czyli kultura jako narzędzie geopolityki

___________________________________________________
1. http://www.konserwatyzm.pl/artykul/5128/1000-lat-mordwinskiego-chrzescijanstwa-i-tatarskiego-islamu

Czytany 4519 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04