sobota, 13 wrzesień 2014 09:38

Konrad Rękas: Po co powstrzymywać Putina?

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

agresywny_Putin  Konrad Rękas

Tytułowe pytanie abstrahuje od faktycznych możliwości Polski w tym zakresie. Nie odnosi się nawet do kwestii tak zasadniczej, jaką jest „powstrzymywanie Rosji”. Czy jest to zatem tylko kalka językowa doktryny Trumana, czy też niesie ze sobą jakieś głębsze w wymiarze współczesnym i przyszłościowym treści geopolityczne? Nie chodzi tu jednak o wywód na tym poziomie szczegółowości. Warto po prostu, w sytuacji, w której „wszyscy”, począwszy od Ann Applebaum, a skończywszy na Piotrze Kraśce, „zastanawiają się” czy prezydenta Federacji „powstrzymywać” gospodarczo, bronią konwencjonalną, czy już jądrową – zapytać: dlaczego i po co Polska miałaby przeszkadzać Rosji w osiąganiu tego, czy owego celu politycznego?

Jest to zagadnienie z gatunku wybijających z rytmu nawet pijanego szwagra, uznany autorytet wszystkich polskich sporów politycznych prowadzonych przy rodzinnych stołach, nie mówiąc już o zawodowym komentatorze telewizyjnym, znającym na modzie damskiej, kuchni malabarskiej, nauce amerykańskiej i geopolityce przede wszystkim. Ile razy jednak usłyszymy z założenia dramatyczne i retoryczne pytanie: JAK WRESZCZCIE POWSTRZYMAĆ PUTINA?! – zapytajmy: ALE PO CHOLERĘ MIELIBYŚMY GO POWSTRZYMYWAĆ?

Podważyć sojusze

Jeżeli nie zostaniemy z miejsca uznani za osobę niespełna rozumu, idiotę lub/i agenta – usłyszymy zapewne, że „to przecież oczywiste!”. Przecież „Rosja nam zagraża!”, „Rosja zawsze była naszym wrogiem”, „Putin to szaleniec!”, „Putin to zbrodniarz!”, „nam zrobi to samo co Ukrainie, jeśli nic nie zrobimy, świat nic nie zrobi!”. Nad tym ostatnim tzw. argumentem można i warto zresztą się nawet zatrzymać – bo (jak autor niniejszego tekstu powtarza niemal od początku kryzysu ukraińskiego) lansowanie tezy, że oto mamy do czynienia z „niesprowokowaną agresją rosyjską na Ukrainę, wybierającą suwerennie sojusze zachodnie” – ma dużą, a inną od zamierzonej, wagę psychologiczną. Podważa bowiem i tak nadwątloną wiarę w nasze pakty z Zachodem. „Zdradzą nas jak Ukraińców!” – słyszy się w autobusach. Prawdziwy czy nie, sensowny, czy wprost przeciwnie – jest to najlepszy argument anty-NATO-wski, jakim obecnie dysponujemy. Następnym krokiem powinno być rzecz jasna uświadomienie Polakom, że to Pakt Północnoatlantycki ściąga na Polskę zagrożenia, miast ją przed nimi chronić, co jednak wydaje się krokiem trudniejszym. Myślenie przyczynowe jest bowiem naszym rodakom z gruntu obce.

Mimo to jednak konieczne jest stałe przypominanie Polakom oczywistych faktów odnośnie NATO oraz wskazywanie sprzeczności między działalnością Paktu, a jego medialnym obrazem, przekazywanym ludziom do wierzenia. Ze spraw podstawowych – równie niegodnym odpowiedzi, jak tytułowe pytanie, wydaje się w oficjalnym dyskursie kolejne zagadnienie: czy NATO jest sojuszem obronnym, czy agresywnym? Skoro obronnym, jak „wszyscy” twierdzą – to kogo niby, kiedy i przed kim obroniło? A czym, jeśli nie agresją, były działania Paktu wobec Jugosławii (także w Bośni i w Kosowie), czy w Afganistanie? Zatem skoro uczestniczymy nie w układzie obronnym, który ma i mógłby nas obronić, ale w sojuszu ofensywnym – to czy na kogo i dlaczego mamy zamiar napadać? No i po co oraz z jakimi szansami na sukces...?

Dla lepiej znających historię najnowszą, nasz udział w NATO może z kolei kojarzyć się z przypadkiem tzw. brytyjskich gwarancji dla Polski, udzielonych – jak to się ładnie pisze – „w przededniu II wojny światowej”, a w istocie będących bezpośrednią przyczyną jej rozpoczęcia ostatniego konfliktu globalnego właśnie od Polski. Co zabawne, z porównaniem tym zgodzą się zapewne nawet zwolennicy uczestnictwa RP w Pakcie – co najwyżej dodając, że teraz „sojusznicy są pewniejsi” (bo uzupełnieni Stanami Zjednoczonymi – czyli takim współczesnym Imperium Brytyjskim), albo że udział w NATO to takie „zadośćuczynienie za tamtą zdradę” (a raczej „zdrady”, bo przecież także za Jałtę, Poczdam i Teheran...). Znowu jednak wracamy do koronnego hasła – skoro to w sumie to samo, to teraz też „nas zdradzą”. Powtarzajmy to ludziom – w sklepach, maglach, autobusach i na imieninach. Bo to po pierwsze prawda, a po drugie – uderzenie emocjonalno-myślowe w samo jądro systemu naszej podległości Zachodowi.

Logiki, języków i matematyki nie nauczyli?

No dobrze, ale to jest dopiero ustosunkowanie się do jednej tylko z powszechnych odpowiedzi na tytułowe pytanie. Inne to np. „bo przecież Rosja wszczęła wojnę”. Ha, oczywiście, że nie wszczęła, co jednak też dla ludzi nie jest oczywiste, skoro słyszą to zewsząd. Ba, media posługują się nawet nie manipulacją, tylko jawnym kłamstwem, opartym na niechęci zwykłego człowieka do weryfikowania źródeł, słabej znajomości rosyjskiej mowy, zwykłym brakiem zainteresowania pogłębiania tematu i setce innych błahych, a wynikających z natury ludzkiej powodów. Przykłady pierwsze z brzegu: „wszyscy” wiedzą, że separatyści to terroryści, ale jednocześnie ich wcale nie ma, bo to przebrani żołnierze rosyjscy. A skąd to wiadomo? No bo stwierdził tak Kijów („dowodem” tym zajmiemy się niżej), a ponadto „przyznali sami Rosjanie/separatyści”. Jak to? Ano tak to, na potwierdzenie idzie materiał z wywiadu jednego z donbaskich przywódców, który mówi, że owszem, walczą po stronie republik ludowych także obywatele Rosji, z czego wielu po przeszkoleniu wojskowym. Jak to brzmi w telewizji III RP? „Separatyści potwierdzili, że walczą po ich stronie regularne, wyszkolone jednostki armii rosyjskiej”. Czy to to samo? Nie, ale jak brzmi!

Kolejny przykład: media III RP, przekazując newsy z Ukrainy i Noworosji, posługują się charakterystycznym schematem: junta w Kijowie podaje przykładowo, że Rosjanie zjadają pieczone ukraińskie dzieci pod spirytus. Dziennikarz wie, że treścią tej informacji jest, że rząd Ukrainy coś twierdzi. Propagandysta natomiast od razu robi nagłówek "Pijani Rosjanie pożerają dzieci". Tak było np. z którymś tam kolejnym humbugiem Arsenija Jaceniuka o zakręcaniu gazu na zimę. Niedawno podobny los spotkał dość oczywiste sformułowanie Władimira Putina, że gdyby naprawdę Rosja interweniowała na Ukrainie – to najdalej za dwa tygodnie jej wojska byłyby w Kijowie. Co zabawne, nawet „Gazeta Wyborcza” w pierwszej wersji cytowała te słowa dosłownie. Minęło parę godzin i już dowiedzieliśmy się, że W. Putin GROZI, że za dwa tygodnie będzie w Kijowie. Level absurdu – hard!

Mamy tu zresztą do czynienia z połączeniem obu elementów – zwykłego fałszowania treści jakiejś wypowiedzi i zestawiania go z sensacyjną w treści deklaracją ukraińską. Przecież od lutego było ich setki, jeśli nie tysiące – zapowiedzi sankcji, wojen, wspaniałych zwycięstw, na przemian z opowieściami o przerażających klęskach, przy czym uczestnikami jednych i drugich miały być znikające bez śladu całe wielotysięczne kolumny wojsk rosyjskich. Zastanówmy się chwilę – nie tylko z filmów o Jamesie Bondzie, ale także z jawnych deklaracji Waszyngtonu dowiadywaliśmy się, że zachodnia technologia wojskowa i kosmiczna pozwala dostrzec co W. Putin ma napisane na gumce od majtek. A tymczasem do dziś nie pokazano nam nawet nie tysięcy, ale choćby jednego rosyjskiego czołgu strzelającego, czy choćby stojącego po ukraińskiej stronie granicy!

Następna manipulacja przekazem, już nie tylko na poziomie języka – ale w dodatku w oparciu o nieznajomość tak rosyjskiego, jak matematyki, zapewne tak u nadających, jak i odbierających przekaz. W podobno „Polskim” Radiu można było usłyszeć, że „strona rosyjska potwierdziła fakt zmniejszenia dostaw gazu do Polski. Tymczasem w oryginale komunikat GAZPROMU brzmiał tak: „Сообщения информационных агентств о снижении поставок в адрес польской PGNiG некорректны. В настоящее время в Польшу поставляется точно такой же объем газа, как и в предыдущие дни – 23 млн кубометров в сутки". Mój rosyjski jest marny, ale nie sądziłem, że aż tak źle rozumiem ten piękny język. „Niekorektny" znaczy, że wszystko się zgadza, tak? – kpiłem w komentarzu i chyba nie ja jeden, skoro po paru dniach dyżurni analitycy zaczęli tłumaczyć się „sprzecznymi sygnałami strony rosyjskiej”, co po ludzku oznacza przyznanie się do kłamstwa.

Zabawne, że tzw. zwykli ludzie, gadający o głównym spośród niedawnych zimnowojennych newsów – dzielili się na tych kiwających głowami „no, doigrali(-śmy) się!, nie trzeba było wku...ać Putina" i tych głowami kręcących „pewnie Ukraińcy po drodze ukradli, na zimę". Tymczasem obie te grupy i miały trochę racji, i w sumie bardziej jej nie miały – bo po prostu okazało się, że PGNiG już oficjalnie jako „potrzeby gazowe Polski" podaje tzw. rewers gazu, czyli mówiąc po ludzku – próby łamania umowy gazowej przez przesyłanie większych ilości surowca na Ukrainę. (Już tylko dla podkreślenia efektu komicznego dodajmy, że zdaniem PGNiG i dziennikarzy, skoro (w ich wersji) 8 września dostawy były mniejsze o 20%, a w 9 września – o 24%, to należy te dwie liczy do siebie dodać i to daje razem „zmniejszenie o blisko 45 proc". Cholera, nie dość, że źle mnie uczyli rosyjskiego, to matematyki też jakiejś innej!).

Tak więc, jak to się dzieje od dłuższego czasu – mówią „potrzeby i interesy Polski", a mają na myśli tylko interesy kijowskiej junty i jej zagranicznego zaplecza, co przynajmniej przez jakiś odsetek rzekomo bezrozumnych odbiorców zostało trafnie wyłapane, choć przecież nadawcy uznawali, że i języki obce, i elementarna logika, i nawet podstawowa matematyka są przecież ogółowi obce.

Prawdy uznane, a wygodne

Konstatacja ta nie jest jednak daleko od prawdy. Dostrzegający bowiem skalę i prymitywizm manipulacji są niestety wciąż o mniejszości. Niby Polak wie, że wszyscy kłamią, a media w szczególności. Jednak nachalny przekaz przesącza się – bo przecież taki nie wierzący Gazecie Wyborczej i TVN rodak nie zobaczył/przeczytał danego newsa w tych akurat „przekaziorach”, tylko w cytujących je Onecie i WP, co od razu mocno poprawiło przezroczystość i neutralność przekazu. Dalej Polak wybiera te informacje, które bardziej mu pasują do już posiadanej wizji świata. Skoro jest podejrzliwy – no to wie, że „Ruskie za tym wszystkim stoją” i nie ma co go przekonywać, że nie. Można natomiast i należy dodawać, że jeśli nawet – to w jeszcze większym stopniu „stoją za tym” Amerykanie, Niemcy i inni, posługujący się na dodatek Polakami, o czym może świadczyć choćby obecność najemników tych narodowości walczących po stronie kijowskiej, obsługujących dostarczany z Zachodu specjalistyczny sprzęt wojskowy i opłacanych ze środków niby to „pomocy humanitarnej” dla Ukrainy. Polak jednocześnie dowiadywał się przecież, że czołgi w ukraińskich magazynach nie jeżdżą, bo śrubki z nich pokradli, a więc tym łatwiej dotrze do niego fakt zachodniego, w tym i polskiego, bezpośredniego zaangażowania w przerwaną właśnie wojnę.

Śledząc dalej trudności dyskusji ze szwagrem, panią z magla i prezenterem Kraśką – zasadniczym problemem logiczno-językowym w rozmowach Polaków jest ich rozumienie pojęć „odpowiedzialność” i „wina” jako stuprocentowych i zupełnych synonimów, a ponadto nadawanie im jednoznacznie moralnego i emocjonalnego wydźwięku. Można więc w nieskończoność pytać: kto ponosi odpowiedzialność za ofiary na Majdanie? Czyją winą jest śmierć ludzi w Kijowie, wysyłanych kolejno pod ogień strzelającego nie wiadomo skąd snajpera? Czy istnieje związek między cofnięciem przez kadłubową Radę Najwyższą Ukrainy ustawy językowej gwarantującej prawa mniejszości oraz wejściem banderowców do rządu A. Jaceniuka, a wysuniętym w Donbasie żądaniem jej przywrócenia, a następnie autonomii? A czy próby atakowania domagających się autonomii miały wpływ na ogłoszenie niepodległości republik ludowych? Pytać można i pytać i choć cząstkowo niekiedy padną odpowiedzi poprawne – to niezmienna pozostaje teza podstawowa, że „zawsze winna jest Rosja!”. A mimo to pytać trzeba – bo pytania nawet irytujące rozmówcę ostatecznie mogą zasiać wątpliwość, w dodatku wyciągając z zakutych łbów prawdziwe informacje, które gdzieś tam przecież czasem trafiają, tylko są wypierane i tłumione.

Czym zagraża nam Rosja?

Podobnie, choć to niby tak oczywiste – warto dociekać czym i czemu nam niby zagraża Rosja: jakie to jej terytoria posiadamy? Jakich to ustępstw politycznych czy gospodarczych od nas może wymagać? Do jakich paktów wcielić? Słowem – po cholerę my Rosji mielibyśmy być potrzebni, skoro od dawna kupujemy wyjątkowo drogi gaz, na inną wymianę gospodarczą politycznie i propagandowo rządzący nami kładą grubą lagę, a poza tym niemal nikt z Rosjan tak naprawdę o Polsce i Polakach już nie myśli i nie pamięta.

Jest to konstatacja smutna tak dla tych, którym się wydaje, że można i trzeba w Polsce tworzyć „partię rosyjską”, jak i tych, którzy są pewni, że takowa już dawno istnieje. Otóż w tym przypadku to mądrość ludowa, cwaniactwa szwagra i rozsądek pani z magla wygrywają. Ci nosiciele nieuświadomionej pamięci historycznej czują, że w obecnej sytuacji lepiej by było, gdyby wielcy tego świata za często sobie o Polsce nie przypominali, nie ważne, chwaląc, ganiąc czy grożąc. O ile bowiem można by np. wskazać bezpośrednie i doraźne korzyści z jak najlepszych stosunków, zwłaszcza z Białorusią, o tyle z Rosją póki co tak łączy, jak i dzieli nas w istocie niewiele, jeśliby wyciszyć propagandowe krzyki dobiegające z Warszawy, a następnie powrócić do normalności korzystnej przynajmniej dla znacznej grupy naszych producentów, do niedawna działających na rynku rosyjskim. Ewentualna budowa lepszych relacji, tak ekonomicznych (zwłaszcza jeśli chodzi o energetykę), jak i politycznych – mogłaby być dopiero pieśnią przyszłości. Nie znaczy, że niemożliwą – skoro właśnie Polsce i Polakom potrzebną.

Wystarczy odpowiedzieć sobie i innym, którzy zechcą słuchać – na tytułowe pytanie i powoli można będzie przechodzić do zastanowienia się: skoro wiemy, ile możemy stracić, to może sprawdźmy też, ile moglibyśmy zyskać na zaprzestaniu idiotycznego „powstrzymywania Putina”? Temat do dyskusji to może nie tyle przedwczesny, co niemal niemożliwy – przynajmniej w telewizji. U szwagra na imieninach za to jak najbardziej – do rozpoczęcia.

Czytany 6154 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04