środa, 11 czerwiec 2014 06:05

Konrad Rękas: Dwa Miński

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

MInsk2014  Konrad Rękas

W czasach schyłkowego PRL rzadko, bo rzadko, ale jednak zdarzali się ideowi komuniści. Tacy, co to byli głęboko przekonani, ze gdyby nie matka-Partia, to nie wyszliby w karierze zawodowej poza pasanie kóz (co ciekawe, akurat w tej kwestii przeważnie mieli rację). Na tak zasłużony aktyw kadry PZPR zastawiały jednak cyniczną pułapkę, wysyłając w nagrodę za ideologiczne postępy do Związku Radzieckiego.

Pamiętam takiego dalekiego znajomego – etatowego funkcjonariusza Partii, który po powrocie z kursokonferencji w Mińsku najpierw pił przez tydzień (tzn. tydzień dłużej niż zwykle), a potem wyrzucił spod swych przekrwionych oczu: „Wybaczcie, ja naprawdę myślałem, że tam jest lepiej!”.

Anegdotę tę wspominam dziś rzewnie, czytając np. przed paroma miesiącami pełne zaskoczenia wrażenia senatora Marcina Libickiego z wizyty w tym samym Mińsku 30 lat po tamtych pechowych odwiedzinach szczerego komunisty. W ogóle ludzie odwiedzający dziś po raz pierwszy, czy po długiej przerwie Białoruś wracają z wyrazem niezatartego dysonansu poznawczego w oczach i twarzach. „Bo my myśleliśmy, że wy tak agitujecie, że to taka propaganda, przerysowanie, żeby wam do tez pasowało...!” – słyszeliśmy wiele razu w gronie lepiej znającym współczesne realia białoruskie. Fakt, że czyste, uporządkowane ulice Mińska, Grodna, czy Brześcia warto obejrzeć samemu, żeby wyrobić sobie własne, nieskażone przekazem Radia Racja i tym podobnymi bzdurami wrażenia z kraju, w którym nie ma bezrobocia, uśredniony poziom życia jest nie niższy niż w Polsce, a władza skupia się na zapewnianiu obywatelom infrastruktury socjalnej, z mieszkaniami włącznie, nie rezygnując przy tym z aktywności na polu rozwoju gospodarczego.

Dzisiejsza Białoruś to jednak nie pocztówka, nie tylko reklamówka spokojnego autorytaryzmu Aleksandra Łukaszenki. To przede wszystkim nauczka dla Polaków, do których wciąż za słabo przemawia np. chińska droga transformacji ustrojowej – bo to daleko, bo ich dużo, bo Tian’anmen itp. Otóż pod samym naszym nosem przez 20 lat rządów "Baćki" zrealizowano alternatywny wzorzec przekształceń. A. Łukaszenko trafnie uznał, że podstawowe oczekiwania społeczne, zwłaszcza w realiach chaosu wartości i alienacji władzy pierwszej połowy lat 1990’ (czyli zjawisk obecnych już wtedy także w Polsce) sprowadzają się do stabilizacji i bezpieczeństwa socjalnego. Temu dość banalnemu, przyznajmy, spostrzeżeniu – towarzyszyła jednak zarazem oryginalna refleksja, że 9-milionowy naród może te aspiracje zrealizować jedynie prowadząc politykę agresywnego, ekspansywnego rozwoju gospodarczego, tak w sferze produkcji (rolnej i przemysłowej), jak i handlu, a wszystko, by zniwelować ograniczenia wynikające z wąskiego rynku wewnętrznego.

Jest wielkim paradoksem i kłamstwem propagandowym, że to polską, węgierską, czy łotewską i estońską drogę do kapitalizmu przedstawia się powszechnie Białorusinom jako metodę jakoś wyjątkowo radykalną i oryginalną, zarzucając im jednocześnie zachowawczość. Nic bardziej mylnego. To właśnie Mińsk zdecydował się na strategię ryzykowną, ale dającą dziś wymierne efekty w postaci realnego wzrostu, praktycznie podwojenia produkcji w okresie ostatniej dekady, a także stworzenia z Białorusi potentata handlowego, zwłaszcza spożywczego na obszar całej Unii Celnej. Na tym tle, przyjęty do realizacji dla krajów środkowoeuropejskich i bałtyckich pomysł –  czyli wyrzeczenia się własnego potencjału w celu całkowitego podporządkowania realiom globalizacji, w tym zwinięcie produkcji i eksport siły roboczej – jest wyraźnie gorszy (w każdym razie dla mieszkańców tych państw). Prowadzi bowiem nieuchronnie do pogłębienia dysproporcji socjalnych i praktycznego rozbrojenia lokalnych ekonomii wobec trendów światowych. Mamy więc do czynienia już nie z państwami, ale ze śladowymi składowymi globalnego rynku, z których ludzie uciekają w ślad za pracą, czyli produkcją i kapitałem.

Białoruś, chroniąc własny rynek, zdobywając kolejne lub rozsądnie pozyskując, technologie celem wzmocnienia własnego przemysłu i rolnictwa, a nie rozgromienia ich na rzecz konkurencji, zajmując kolejne przyczółki na terenie poradzieckim, dopiero obecnie – stopniowo i przy zachowaniu gwarancji dla interesów krajowych, prowadząc równolegle transformację systemową – zawstydza Polskę i tutejszych „macherów” od zarządzania finansami i to niemal na każdym polu. To właśnie wydaje się być powodem, dla którego władze polskie niechętnie widzą intensyfikację kontaktów polsko-białoruskich. Nie tylko dlatego, że równe drogi, czyste chodniki, nowe domy i należące do rodzimego kapitału banki i sieci handlowe dość wyraźnie mogłyby zawstydzić wszystkich wierzących, że poza Leszkiem Balcerowiczem, Markiem Belką, Witoldem Orłowskim, czy Janem Vincentem Rostowskim – nie ma gospodarczego zbawienia. Także dlatego, że 20 lat rządów "Baćki", w zestawieniu z 25 latami „Polski po wyzwoleniu” i 10 latami w Unii Europejskiej, pokazują dobitnie, że kazano Polakom maszerować w zupełnie niewłaściwym, z naszego punktu widzenia, kierunku, przy opłakanych w dodatku dla narodu efektach.

Blokowanie wiedzy o sytuacji na Białorusi, to dla elit III RP kwestia „być albo nie być”. Stąd właśnie biorą się agresywne, wręcz histeryczne wystąpienia Radosława Sikorskiego, Agnieszki Romaszewskiej-Guzy i innych hunwejbinów establishmentu. Nie tyle nawet zainteresowanych w obalaniu A. Łukaszenki (co na szczęście nie jest realne), co w niedopuszczaniu do polskiej świadomości uczucia uzasadnionej zazdrości, że akurat Białorusinom się taki "Baćka" się przydarzył.

Ostatnim już bodaj argumentem w sytuacji, gdy coraz więcej osób już wie, że na Białorusi nie chodzi się w kozich skórach i ludzie nie grzebią po śmietnikach w poszukiwaniu odpadków z „Biedronki”, po polskiej stronie – jest rzecz jasna zawołanie, że „tam nie ma demokracji”. Ha, wypadałoby odpowiedzieć – a w Polsce jest? I cóż to niby miałoby znaczyć w sytuacji, gdy nawet sami stawiający ten „zarzut” mają przecież świadomość, że posługują się humbugiem – pojęciem odnoszącym się już tylko do pustej formy, bez żadnego odniesienia do możliwości wskazania rzeczywistego wpływu jednostki, czy nawet grupy na system władzy.

W propagandzie antybiałoruskiej próbuje się też używać argumentu ukraińskiego. Jest on jednak jeszcze mniej skuteczny, niż te same treści, podnoszone celem wzbudzania w Polakach sympatii do obecnych władz w Kijowie. Chaos i upadek państwa ukraińskiego, to potężny przykład odstręczający od przyjmowania przez kolejne państwa poradzieckie dyktowanej przez Zachód drogi postępowania. Właśnie w kontekście Euromajdanu chirurgiczne działania "Baćki", w zarodku likwidującego tendencje do rozprężenia i rozsadzenia republiki od środka, pokazują swoją skuteczność (choć w innym miejscu opisywałem już, że wbrew pozorom jednak sytuacja w Mińsku nie jest wolna od obaw, związanych ze stopniową emancypacją technokratycznych elit, zarządzających gospodarką, zastępujących na Białorusi tak czynnik polityczny władzy, jak i poniekąd oligarchów w ich kształcie znanym z Ukrainy czy preputinowskiej Rosji).

Co ciekawe zresztą sam prezydent A. Łukaszenko od wielu już miesięcy zachowuje wobec kryzysu ukraińskiego stanowisko znamiennie odmienne niż przywódca Federacji Rosyjskiej. I to ewidentnie nie tylko dlatego, że Ukraina bez względu na swój system władzy, pozostaje strategicznym partnerem Białorusi. "Baćka", spotykając się właśnie w Kijowie z Petrem Poroszenką niedwuznacznie sufluje mu... wejście na drogę Wiktora Janukowycza, a więc prowadzenie polityki suwerenistycznej, opierającej się na lawirowaniu między Zachodem a Wschodem, czyli braniu i niekwitowaniu. W jakimś więc sensie – przy wszystkich różnicach – proponuje Królowi Czekolady, by brał przykład... z samego A. Łukaszenki. Prezydent Białorusi nie raz dawał już zresztą przykłady takiej niezależności – np. najpierw będąc liderem integracji eurazjatyckiej, by następnie stać się jej hamulcowym, zgodnie z zasadą kontrowania politycznych wolt Kremla, ale także ze względów racjonalnych – sprzeciwu wobec pomysłu nieumotywowanego ekonomicznie rozszerzania Unii Celnej, bez pogłębiania i urealniania całego procesu eurazjatyckiego. Podobnie różnice można też dostrzec w detalach polityki Mińska i Moskwy wobec republik środkowoazjatyckich, Zakaukazia, czy nawet Chin. Linia postępowania A. Łukaszenki wobec Ukrainy wpisuje się w tę samą strategię, służąc dalszemu wzmacnianiu pozycji "Baćki" i jego państwa w całym makroregionie.

Uzyskanie takich efektów i to dla narodu blisko pięciokrotnie miej licznego od Polaków – musi budzić najwyższe uznanie. Przy lepszym ułożeniu historii – Warszawa też miałaby szansę zostać takim Mińskiem (skądinąd miastem radosnym, nie mającym takich typowych dla skolonizowanych przez Zachód stolic kompradorskich cech, jak pewna „burdelowość”, ani też nie zapijającym się tak rozpaczliwie jak Kijów, pamiętający orgie czerni chlejącej „ne za to, szo jest, no za szo, co budet”).


Czytany 3625 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04