piątek, 01 sierpień 2014 06:06

Eugeniusz Januła: Powstanie Warszawskie - czy były szanse?

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

powst_warszawgeopolityka  dr Eugeniusz Januła

Wobec następnej okrągłej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, szereg mediów organizuje i inicjuje kolejne dyskusje nad poszczególnymi aspektami tej hekatomby. Oczywistym jest wielkie bohaterstwo, determinacja i wola walki do zwycięstwa powstańczych szeregów. Jednak też coraz większe zniechęcenie ludności Warszawy w miarę upływu czasu i antyhumanitarnych wręcz barbarzyńskich metod pacyfikacji. Nie można pomijać, że skutki tych pacyfikacji odczuwała przede wszystkim ludność cywilna...

 

Szczególnie ta sytuacja miejsce na Woli, gdzie działała przestępcza w dosłownym tego słowa znaczeniu 36. Dywizja Grenadierów SS „Dirlewanger” oraz na Ochocie, którą z kolei pacyfikowała Brygada Szturmowa SS „RONA”, złożona głównie z byłych jeńców radzieckich.

Powstanie polityczne?

Powstanie miało być w zamierzeniu i było przede wszystkim – aktem politycznym. Wobec fiaska akcji „Burza” na terenie całego kraju, ta „mini-Burza” w samej Warszawie była jednak aktem desperacji – trochę na typowo polskiej zasadzie: „A nuż się uda...”. Jednak przecież sama Burza była niczym innym, jak skrajną utopią. Czy jakiś rozsądny polityk czy strateg mógł przypuszczać, że wycofujący się przez terytorium polskie Niemcy będą już tak słabi i rozbici, że ulegną w walce z miejscowymi, słabo uzbrojonymi powstańcami?

Dobrze, że w poszczególnych rejonach Polski formacje AK były w miarę silne. Tu należy się szczególne uznanie 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Jej formacje broniły, niejednokrotnie ze skutkiem pozytywnym, polskich etnicznie mieszkańców Wołynia i części Podola –  nie przed Niemcami zresztą, tylko przed ukraińskimi faszystami spod znaku Tryzuba. Niestety jakoś nie za bardzo politycy polscy obecnego czasu chcą pamiętać o tych wydarzeniach. Zasłoną milczenia pokrywa się także fakt, że nie tylko ukraiński Prawy Sektor zalicza się dumnie do pogrobowców faszyzmu.

Operacja wileńska, która rozpoczęła się 5 lipca, a w której wzięły też liczny i ważny udział jednostki AK,  pokazała, że Józef Stalin będzie traktował formacje zbrojne rządu londyńskiego jako wrogie. Istnieje jednak szereg przykładów ukazujących, że rzeczywiście w pewnej luce czasowej, między wycofaniem się Niemców a wkroczeniem oddziałów Armii Czerwonej, władzę zdołały przechwycić struktury i ludzie rządu londyńskiego. Były nawet wypadki, że jednostki frontowe Armii Czerwonej przez kilkanaście godzin traktowały te struktury może nie z życzliwością, ale z pewnym pragmatyzmem. Żądano bowiem od „londyńskich” wojewodów a częściej starostów, zapewnienia zaopatrzenia, łączności i napraw uszkodzonej infrastruktury. Trudno się więc dziwić, że niektórzy łudzili się możliwością współpracy czy nawet czymś w rodzaju kohabitacji.

Sytuacja jednak zmieniała się diametralnie, kiedy zjawiały się jednostki w niebieskich czapkach i z niebieskimi lampasami, czyli osławione NKWD. Wtedy pozostawało już tylko pytanie czy funkcjonariusze z tej formacji rozstrzelają zainteresowanych od razu, czy też wyślą ich w głąb Rosji radzieckiej.

Rząd londyński, po śmierci gen. Władysława Sikorskiego pogrążony był, jak to pośród Polaków bywa – we wzajemnych rozgrywkach personalnych. Brak było autorytetu na miarę poległego premiera. Jego następca Stanisław Mikołajczyk niewątpliwie był dobrym politykiem, ale też nie był żołnierzem, co w czasie wojny było jego poważnym mankamentem. Ponadto wywodził się z partii ludowej, co było nie do zniesienia dla super-konserwatystów, majaczących o swych latyfundiach, bankach i innych apanażach. Winston Churchill, Anthony Eden i inni politycy brytyjscy opędzić się wprost nie mogli od polskich polityków wzajemnie donoszących na siebie.

Powstanie w stolicy Polski było pewnym krokiem rozpaczy. Miał to być głośny krzyk. Jak sobie politycy polscy w Londynie wyobrażali – światowa opinia publiczna miała zaraz się o tym wielkim wyczynie dowiedzieć i po prostu zmusić zarówno brytyjskiego premiera, jak i nawet „wujaszka Joe” do politycznego uznania i wojskowej interwencji na korzyść warszawskiego zrywu. Dlatego też inżynier Jan Stanisław Jankowski, Delegat Polskiego Rządu na Kraj otrzymał nominację na wicepremiera. Dowiedział się o tym oczywiście drogą radiową.

Zderzenie z mocarstwową rzeczywistością

Polacy zostali potraktowani przez radzieckiego dyktatora już niejednokrotnie bardzo wrogo. Mimo to dalej wykazywali się przede wszystkim naiwnością. Nie liczyli się z tym, że nie istnieje taka siła w skali świata, która zmusiłaby zwycięskiego już prawie J. Stalina do jakichkolwiek pozytywnych działań na rzecz środowiska londyńskiego. Rządowi na emigracji nie otworzyła im zasklepionych oczu nawet, decyzja Moskwy o uznaniu Komitetu Lubelskiego za prawowity podmiot.

W tej grze szybko zorientowali się natychmiast równie cyniczni Brytyjczycy. Nie mieli sentymentów – W. Churchill praktycznie zmusił S. Mikołajczyka do podroży do Moskwy. Szef brytyjskiego rządu liczył bowiem, że zostanie uratowana jeszcze jakaś szansa nie tyle nawet na perspektywiczną instalację S. Mikołajczyka jako premiera w odrodzonej Polsce, ile raczej na zachowanie resztek brytyjskich wpływów w tym newralgicznym rejonie Europy. W. Churchillowi przecież jako reprezentantowi tradycyjnej, ale załamującej się brytyjskiej polityki imperialnej, bardzo zależało, aby nadchodzący porządek światowy świat miał bardziej tradycyjny wymiar – ze strefami wpływów, obszarami kolonialnymi, podziałem interesów itd.

Polscy londyńczycy tak naprawdę nigdy nie zrozumieli, że w tej grze to właśnie oni mają być tylko pionkami i klientami Zjednoczonego, ale bardzo słabnącego, Królestwa. Z kolei Polacy z Lublina, czy też bardziej z Moskwy, doskonale rozumieli czym mają i mogą być w poczekalni Stalina. I godzili się na to z pełną premedytacją. Bo przecież taki Bolesław Bernatowicz Bierut, wieloletni, ale tylko szeregowy, agent NKWD, kim mógł być w normalnym, może nawet nie w pełni demokratycznym państwie? Najwyżej jakimś drobnym urzędnikiem w powiatowej skali. Dlatego zarówno on, jak i jego zaciekle zwalczający się nawzajem towarzysze w pozycji, na baczność odbierali wszelkie rozkazy i instrukcje z Moskwy, strzelając obcasami na znak akceptacji i wfrażali. Doskonale każdy z nich wiedział ze najmniejsza niesubordynacja zakończy się w najlepszym wypadku długotrwałym pobytem np. na Wyspach Sołowieckich.

S. Mikołajczyk, jadąc do Moskwy, w chwili kiedy już trwało Powstanie i widać było że ponosi militarną klęskę, stał się bardziej pokornym suplikantem wobec Kremla niż jakimkolwiek partnerem. To, że jednak z nim rozmawiano, należy traktować jako po pierwsze swego rodzaju grzeczność wobec brytyjskiego premiera, gdyż ten, mimo słabnącej pozycji, był jeszcze J. Stalinowi do powojennej układanki potrzebny, oraz przezornością przebiegłego Gruzina. Radziecki przywódca w zaistniałej sytuacji miał w osobie S. Mikołajczyka swego rodzaju straszak na ekipę B. Bieruta i Edwarda Osóbki-Morawskiego.

Alianci mówią "Nie"

Jak dalece sięgała naiwność polskich polityków w Londynie, świadczy sprawa Polskiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej, którą dowodził gen. Stanisław Sosabowski. Polscy politycy byli święcie przekonani, że ta brygada jest właśnie decydującym argumentem militarnym na rzecz pomocy powstańcom. Po wybuchu Powstania na prawo i lewo opowiadali, że polska jednostka poleci na pomoc i będzie zrzucana... na Warszawę. Znamienne, że i niektórzy polscy wojskowi też dali się w te naiwne dywagacje wciągać – Wódz Naczelny Polskich Sił Zbrojnych gen. Kazimierz Sosnkowski, ok. 10 sierpnia 1944 r. zaczął, delikatnie co prawda, ale monitować Brytyjski Sztab Imperialny w kwestii możliwości użycia brygady w Warszawie. Brytyjczycy nawet nie raczyli odpowiadać. Mieli przy tym zupełną rację. Żaden bowiem wojskowy przy zdrowych zmysłach nie wyraziłby zgody na tego typu operację.

Z technicznego punktu widzenia brygadę trzeba byłoby transportować nie na ciągnionych szybowcach, ale tylko i wyłącznie w bombowcach i transportowcach dalekiego zasięgu. Strona aliancka posiadała oczywiście odpowiednia liczbę samolotów, ale wymagało to użycia ok. 600 maszyn w jednej fali, gdyż druga mogłaby być niemożliwa do realizacji. Potem pozostawało już tylko latanie w grupach po 60–80 maszyn z dostawami zrzutów zaopatrzeniowych. Ponadto desantowanie spadochroniarzy na miasto, w którym z map topograficznych trudno było odczytać, które kwartały należą do powstańców, a które do wroga, było wysoce problematyczne. W dodatku lądowanie na dachach, przewodach elektrycznych itd. stało już na pograniczu szaleństwa Oczywiście istniała alternatywa. Spadochroniarze mogliby z większym powodzeniem lądować na lotnisku na terenie Bielan lub obszernych polanach w rejonie Jaktorowa na południe od Warszawy, ale w wypadku realizacji takiego scenariusza pozostałoby zebranie pododdziałów i przebijanie się do Warszawy. Mimo że taki plan był niezwykle trudny do realizacji, miał to jednak znacznie większe przesłanki realizmu.

Niestety brygada spadochronowa, mimo że złożona z Polaków i organizacyjnie pozostająca pod jurysdykcją polską, pod względem operacyjnym była całkowicie podległa Brytyjczykom. Nie była jeszcze wówczas dodatkowym wzmocnieniem angielskiej 1. Dywizji Spadochronowej. Nastąpiło to dopiero przed operacją Market-Garden. Nie zmienia to faktu, że nawet gdyby polski rząd czy też Wódz Naczelny, zwrócili się z oficjalną prośbą do W. Churchilla o wykorzystanie jednostki do pomocy Powstaniu – w najlepszym wypadku usłyszeliby twarde „Nie!”.

Scenariusz radziecki

Oczywiście pozostawał też drugi scenariusz dla udzielenia wsparcia militarnego walczącym powstańcom – liczono mimo wszystko na bardziej obiektywne niż, zamierzone, przyjście z pomocą Powstaniu przez wojska radzieckie. To była i nadal pozostaje podstawową kwestią licznych sporów. Poza oczywistą dyskusją pozostaje, że J. Stalin nie miał jak najmniejszego zamiaru pomagać stronie, która była jego politycznym wrogiem. Prawdą jest także, że ofensywa radziecka szła jeszcze w drugiej połowie lipca z kilku frontów na zachód. Jednak też prawdą jest to, że ze względów czysto logistycznych ofensywa wygasała. Oczywiście dążeniem każdego z poszczególnych dowódców frontów było zajść jak najdalej na zachód. Podkreślenia jednak wymaga fakt, że celem tej ofensywy była linia Wisły, ale przekroczenie tej kolejnej przeszkody wodnej było uwzględniane w zamiarach radzieckich planistów.

W rejonie Warszawy broniła się niemiecka 9 Armia. Ta formacja poniosła szereg klęsk a w rezultacie wielkich strat nie za bardzo miała siły i środki dla prowadzenia skutecznej obrony. Mimo dyrektyw OKW, dowództwo tej armii szukało możliwości reorganizacji i uzupełnień właśnie za linią Wisły. Na kierunku warszawskim nacierał I Front Białoruski, dowodzony prze gen. Konstantego Rokossowskiego. W jego strukturze znajdowała się I Armia Wojska Polskiego, dowodzona przez gen. Zygmunta Berlinga.

Armia Czerwona i kierownictwo Powstania absolutnie nie koordynowały swoich działań. Pozostaje otwartym pytanie, czy strona radziecka wiedziała o przygotowaniach a następnie o pierwszych fazach zrywu w stolicy Polski. Odpowiedzi jednoznacznej na to pytanie nie ma i zapewne nie będzie. Tyle, że Rosjanie tradycyjnie posiadali dobry wywiad. Zresztą w samej Warszawie funkcjonowały też struktury Armii Ludowej (AL), które wywiadowczo współpracowały z Moskwą. Zatem pytanie raczej pownno brzmieć, nie „czy...?”, ale ile wiedzieli i jak zamierzali wykorzystać swoja wiedzę?

Czy do realnej współpracy między powstańcami a Armią Czerwoną mogło dojść? Wojskowo oczywiście tak. Jednak tu musi paść zarzut pod adresem gen. Tadeusza „Bora” Komorowskiego i jego współpracowników. W tym kontekście należało bezwzględnie utrzymać Pragę, ponieważ tylko tam można było realnie rozpocząć współpracę. Tymczasem Powstanie na Pradze zakończyło się dosłownie w ciągu paru pierwszych dni. To doprowadzenie do wojskowej izolacji Powstania musiało się zemścić.

Kiedy wojska radzieckie opanowały wreszcie praski brzeg Wisły, Powstanie było już głęboko izolowane. Tu pojawia się wielkie pytanie polityczne o próbę forsowania rzeki przez jednostki armii gen. Z. Berlinga. Działania Z. Berlinga w tym względzie nie były wynikiem przypływu fali patriotyzmu, na mocy której rozkazał kilku batalionom forsować Wisłę. Działanie to było podparte rozkazem szefa sztabu Frontu gen. Michaiła Malinina. W tym miejscu rodzą się kolejne znaki zapytania. Rozpocząć należy od tego, że sam Z. Berling był oceniany jako marny dowódca, zaś M. Malinin cieszył się bezwzględnie bardzo wysoką opinią. Był to praktycznie najlepszy radziecki szef sztabu frontów. M. Malinin, wydając Z. Berlingowi rozkaz forsowania Wisły na wysokości Czerniakowa, wybrał bardzo korzystny dla desantu rejon. Naprzeciw rozciągały się resztki, ale jednak słynnego miasta ogrodu Czerniaków. Można było tam się skrycie przemieszczać, rozwijać itd. Jednak na tym pozytywy się kończą. Front nie przydzielił I Armii żadnych środków przeprawowych. Armia z kolei, każda zresztą, posiadała bardzo skromne środki etatowe,  służące do przepraw. Po drugie, zasadą radzieckiej sztuki wojennej przy forsowaniu wielkiej przeszkody wodnej było, że dla wsparcia przeprawy należało użyć w masowej skali silnej artylerii. Tak też zawsze postępowano. Tylko nie tu nad Wisłą. Również wtedy, gdy chodziło o desant dla przeprowadzenia rozpoznania walką. Natomiast desant Z. Berlinga wspierały pułkowe moździerze... Na drugą stronę przeprawiono przeliczeniowo trzy bataliony, czyli ok. 900 ludzi, biorąc oczywiście pod uwagę stany osobowe tych poważnie osłabionych, ofensywą batalionów. Niektórym grupkom żołnierzy z desantu udało się nawiązać łączność z powstańcami. Później walczyli w ich szeregach. Jednak straty wśród desantowanych żołnierzy były olbrzymie. Do szeregów I Armii wróciło zaledwie ok. 80 żołnierzy.

Nie ma sensu po raz któryś analizować lotów nad Warszawę z zaopatrzeniem i decyzji J. Stalina o nie udostępnieniu lotnisk. Rzekomo miało tych obiektów nie być. To oczywiste kłamstwo, gdyż w rejonie Lublina funkcjonowało wówczas osiem dobrych lotnisk, z takimi, jak Świdnik i Mielec na czele. Tutaj aspekt polityczny był jasny. J. Stalin pokazywał swoje zęby i pazury. Tyle, że jak wykazały analizy – zrzuty wpadały generalnie w ręce Niemców. Tylko około 15% masy zrzutów otrzymali powstańcy. Ponadto w rejonie Warszawy Niemcy szybko ustawili ok. 30 dział przeciwlotniczych kal. 88 mm. Ta uniwersalna armata przeciwlotnicza działała skutecznie do wysokości ok. 4,5 km. Zatem załogi samolotów nie mogły ryzykować, gdyż trzeba było jeszcze lecieć ok. 6 godzin z powrotem. W wypadku uszkodzenia, maszyna raczej miała marne szanse dotarcia do macierzystej bazy. Oczywiście były też nocne zrzuty z pojedynczych samolotów, startujących z włoskiego lotniska w dalekim Brindisi. Tylko ze samoloty te musiały wracać w dzień, przelatując nad Rumunią, Austrią i okupowaną przez Niemców częścią Włoch. Wiele z nich zostało zestrzelonych zwłaszcza w trakcie drogi powrotnej.

Błędy w obliczu klęski

Kiedy klęska Powstania była już „widoczna gołym okiem”, gen. T. Komorowski, wydal kolejny bezsensowny rozkaz – zarządził koncentryczny marsz na Warszawę wszystkich możliwych oddziałów partyzanckich. Rajd ten podjęło poprzez nieznany teren, czasem również niesprzyjające środowiska, ok. 4,5 tys. partyzantów AK.

Wojskowe horyzonty gen. T. Komorowskiego w czasie kampanii wrześniowej – dowódcy pułku, który niczym szczególnym się nie wyróżnił, były takie, jakie niestety były. Aresztowanie jego poprzednika – gen. Stefana „Grota” Roweckiego, było wielka pod każdym względem klęską AK. Jego następca został w praktyce wyznaczony przez polityków, którym był wyjątkowo uległy.

Czyżby w tej konkretnej sytuacji, gen. T. Komorowski żywił nadzieję, że te 4.5 tys. partyzantów, pozbawionych skoordynowanego dowództwa, znajomości miasta, słabo uzbrojonych, odbije Warszawę? W czasie tego koncentrycznego marszu poległo ok. 800 żołnierzy. Wielu zostało rannych Szereg oddziałów zostało definitywnie rozbitych. Tak się mściły „częstochowskie decyzje” miernego dowódcy...

Powstanie w sytuacji, w jakiej podjęto decyzję o jego wybuchu – szans nie miało. Praktycznie wszystko było nieprzygotowane. Pytanie zatem należy postawić, czy wywołało jakiś efekt w kategoriach nowej geopolitycznej szachownicy?

Tak, znacząco przez swą klęskę, zapewne do reszty osłabiło pozycję rządu londyńskiego, który już jako podmiot przestał się liczyć. Anglicy prawie zupełnie przestali mu udzielać swego poparcia Dowodem na to jest nieco późniejsza decyzja S. Mikołajczyka o wystąpieniu z tej struktury. Polska już wtedy de facto stała się państwem zależnym od ZSRR...

Czytany 3054 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04