środa, 26 wrzesień 2012 14:39

Konrad Rękas: Wygrała Biała Ruś

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Gmach_Izby_Przedstawicieli Konrad Rękas

Spośród wybranych w I turze 109 (na 110) deputowanych do izby Przedstawicieli Zgromadzenia Narodowego Republiki Białorusi, tylko 5 reprezentuje partie polityczne. Wśród nich są przedstawiciele Partii Agrarnej (1), Republikańskiej Partii Pracy i Sprawiedliwości (1) i Komunistycznej Partii Białorusi (3 – czyli o trzy mniej niż w poprzedniej kadencji). 63 posłów reprezentuje ruch społeczny "Biała Ruś”. Wśród deputowanych jest 29 kobiet.

Do nietypowej sytuacji doszło w okręgu nowobielickim w Homlu. W związku z wycofaniem się tuż przed wyborami faworyta tamtejszej elekcji, dawnego doradcy prezydenta Aleksandra Łukaszenki Igora Prokopienki oddawać swe głosy można było tylkona jednego pozostałego kandydata – Siergieja Mielnikowa z Liberalno-Demokratycznej Partii Białorusi. Otrzymał on jednak jedynie 13% głosów (przy frekwencji 56%), zaś przekazywane pośpiesznie informacje o wycofaniu I. Prokopienki uznano za spóźnione, niewystarczające i niedostatecznie czytelne dla wyborców. Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Lidia Jarmoszyna zasugerowała, że powtórzona I tura może zostać zorganizowana dopiero przy wyborach do władz lokalnych w 2014 r.

O 110 miejsc ubiegało się łącznie (po wycofaniu części opozycji z Białoruskiego Frontu Narodowego oraz Zjednoczonej Partii Obywatelskiej) 293 kandydatów. Najmniejszą frekwencję wyborczą odnotowano w okręgu nr 94 Świsłocz w Mińsku – 53,6% głosujących, największą w okręgu nr 81 w rejonie Mohylewa – 93%. Średnia frekwencja w kraju wyniosła 74,3%. Dane te kwestionuje opozycyjna Kampania „O sprawiedliwe wybory”, której zdaniem stwierdzone przez jej obserwatorów różnice we frekwencji wahają się od kilku do nawet kilkudziesięciu procent w stosunku do podanych oficjalnie. Opozycja skarży się też na „wymuszanie udziału w głosowaniu”, zwłaszcza na studentach i emerytach. Jednocześnie jednak – wbrew poprzednim zapowiedziom – nie podano rezultatów akcji „aktywnego bojkotu” w wybranym okręgu wyborczym w Mińsku, co miało być testem skuteczności działań ugrupowań antyrządowych.

Krytyka zewnętrzna

Wybory skrytykowały również Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) oraz Zgromadzenie Parlamentarne OBWE: „Wybory na Białorusi nie były bezstronne, nie zachowano także demokratycznych zasad prowadzenia kampanii wyborczej" – głosi wstępne sprawozdanie tych instytucji. Obserwatorzy OBWE zmuszeni byli jednak przyznać, że nie dysponują danymi, ani nie mieli odpowiednich instrumentów, by zweryfikować dane dotyczące frekwencji. Jednym tchem skrytykowano też niemrawe i słabo widoczne prowadzenie kampanii wyborczej w terenie („większe zainteresowanie budziły rozgrywki piłki nożnej i hokeja” – zżymał się Antonio Miłoszoski, szef misji ODIHR-u), jak również nakłanianie obywateli do udziału w wyborach – co trudno uznać za coś innego, niż zasadniczą sprzeczność.

Jeszcze przed podaniem oficjalnych wyników jednoznacznie negatywne stanowisko zajęły Stany Zjednoczone. „Wybory parlamentarne na Białorusi nie spełniły międzynarodowych standardów i nie mogą być uznane za wolne i uczciwe” – oświadczyła rzeczniczka Departamentu Stanu USA Victoria Nuland. Z głosem Waszyngtonu współgra krytyka ze strony części opozycji. ZPO, Młody Front (działający w... Czechach), grupa założycielska Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji, Białoruski Ruch (obecny głównie w Polsce), Niezależny Związek Zawodowy Pracowników Branży Radiowej, Rada Inteligencji Białoruskiej oraz kampania obywatelska „Europejska Białoruś” odniosły się do wyborów, nazywając nową Izbę Przedstawicieli „pseudoparlamentem”.

Ci ludzie, „opozycja”, zawsze sprzedawali swój kraj i zatruwali naród. Także i teraz pchali swoje brudne twarzy byle tylko wrócić do władzy. Jakiej byśmy nie prowadzili polityki, oni będą przeciw – skomentował ataki prezydent A. Łukaszenka.

Z głowy na nogi

Komentarze wobec sytuacji powyborczej na Białorusi pisane są pod z góry przyjętą tezę i trudno oprzeć się wrażeniu, że spora ich część powstała jeszcze przed ogłoszeniem wyników elekcji. Co więcej, dość ewidentnie kategoryczne oceny formułowane w stosunku do procedur wyborczych, przebiegu i rezultatów zakończonej kampanii – opierają się na szeregu nieporozumień i manipulacji. Po pierwsze – oczywiste jest inne nastawienie tak społeczeństwa, jak i samych potencjalnie zainteresowanych udziałem w wyborach – wobec parlamentu w realiach republiki prezydenckiej, niż w systemie parlamentarno-gabinetowym. Nawet zresztą i w Polsce (gdzie formalna władza prezydenta jest niewielka), to wybory głowy państwa budzą większe zainteresowanie elektoratu od sejmowych. Względna „niemrawość kampanii” wynikała także, a może przede wszystkim – z przyjętego większościowego systemu wyborczego, w którym spadła rola partii politycznych oraz zewnętrznych akcji propagandowych, a wzrosło znaczenie bezpośrednich kontaktów z wyborcami i indywidualnego autorytetu i poparcia poszczególnych kandydatów. Przyzwyczajeni do wydawania milionowych sum i kampanii ulicznej, plakatowej i telewizyjnej – nie mamy właściwego punktu odniesienia, by oceniać, czy choćby poprawnie postrzegać przebieg wyborów na Białorusi.

Dalej – co najmniej hipokryzją trąca ubolewanie nad rzekomym „wyeliminowaniem białoruskiej opozycji z wyborów” w sytuacji, gdy po pierwsze pewna jej część sama nie poddała się weryfikacji, preferując np. emigrację (dość ewidentnie zarobkową) w Polsce i Europie Zachodniej, a po drugie – współczynnik faktycznie dokonanych odmów rejestracji kandydatów na Białorusi nie był istotnie większy niż w Polsce, gdzie z ostatniego procesu wyborczego drogą kruczków prawnych wyeliminowano wszak takie siły polityczne i obywatelskie jak Kongres Nowej Prawicy, czy Prawica Rzeczypospolitej, a także Nowy Ekran, w którego sprawie musiał orzekać aż Sąd Najwyższy. Skoro tamte represje administracyjne były tylko wyrazem „twardych, ale sprawiedliwych reguł demokracji”, to na jakiej podstawie krytykowane są działania CKW Białorusi, domagającej się od kandydatów m.in. składania dokładnych oświadczeń majątkowych?

Przede wszystkim zaś – tylko do pewnego stopnia słuszne utożsamianie jest „dojrzałych demokracji” z dominacją partii politycznych. Zjawisko to, występujące na Zachodzie – można uznać równie dobrze za neutralną cechę immanentną, jak i za patologię systemu. Co więcej zaś, występujący w wielu krajach demokratycznych system dwupartyjny, czy dwublokowy daleki jest wszak od precyzyjnego oddawania preferencji politycznych obywateli, a ponadto poważnie ogranicza równość szans wyborczych. Wyniki osiągane przez przedstawicieli różnych partii w wyborach na Białorusi świadczą, że cieszą się one poparciem od kilku do kilkunastu procent wyborców, nie przyciągają też w swoje szeregi osób wystarczająco znanych i popularnych, by zyskiwać przez to szerszą reprezentację parlamentarną. Można pokusić się o wniosek, że gdyby w Polsce również nie narzucono obywatelom systemu wielopartyjnego traktowanego jako „zdobycz cywilizacyjna” – rezultaty mogłyby być podobne. Niestety, przemiany ustrojowe w Polsce dokonywały się w innych warunkach i w swoim czasie pod jeszcze większą niż na Białorusi presją zewnętrzną.

Wreszcie problem (?) frekwencji – przyjętej sprytnie przez opozycję jako miernik poparcia dla władzy. Miernik znakomity, bowiem idealny do zinterpretowania na własną modłę. Rzekomym „milczącym wsparciem opozycji” miałoby więc i zignorowanie parlamentu jako mniej istotnego ośrodka władzy, i przekonanie, że skoro rządzącym idzie dobrze, to nie ma sensu się tym przejmować. Nawet przypadek Polski po 1989 r. dowodzi, że istnieje znacząca grupa mieszkańców w ogóle niezainteresowana udziałem w procedurach demokratycznych i żaden system nie ma na to większego wpływu. Opozycja – celowo unikająca realnej weryfikacji swych wpływów społecznych – znakomicie o tym wie, rozumie też jednak, że obowiązująca na Zachodzie (i oddziałująca na część zapatrzonych w Zachód kręgów białoruskich) oficjalna frazeologia każe widzieć w demokracji partyjnej i udziale w akcjach wyborczych najwyższe stadium rozwoju społeczeństw. Jest to więc deklaratywna fascynacja samym mechanizmem, przy całkowitym ignorowaniem celu wszelkiej aktywności społecznej. Nieważnym ma być, czy dane państwo jest dobrze rządzone, tylko czy stosowane procedury odpowiadają pewnym z góry przyjętym, ujednoliconym wzorcom. Polityka Białorusi przewraca to pomylenie pojęć, w którym metoda jest ważniejsza od efektu i ustawia prawidłowo hierarchię wartości. I tego Białorusinom możemy tylko zazdrościć.

Czytany 5273 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04