sobota, 22 wrzesień 2012 09:25

Bartłomiej Królikowski: Nowa wspaniała Europa

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

euflag

Bartłomiej Królikowski

Państwa określane eufemistycznie jako „twarde jądro” Unii Europejskiej prowadzą geopolityczną ofensywę. Wskazują na nowe rozwiązania, zmiany w strukturze organizacyjnej zjednoczonej Europy. Federacja przedstawiana jest jako kolejny, naturalny krok ku realizacji wspólnych interesów. Coraz bardziej jednak interesy te są w rzeczywistości interesami jedynie najsilniejszych.

Czas kryzysu jest doskonałym momentem na przeprowadzenie gruntownych, kosztownych społecznie, acz koniecznych reform. Nierzadko jest to jedyny moment, w którym istnieje pewne wymuszone przyzwolenie społeczne na przeprowadzenie zmian gospodarczych. Można ten czas wykorzystać obejmując pakietem reform nie tylko miejsca wymagające natychmiastowej interwencji – będące źródłem patologii, ale także te, które funkcjonują gorzej niż zakładano i mogą wywołać zagrożenie w przyszłości. Wreszcie, argumentacja gospodarczej konieczności, jaka towarzyszy reformom w czasie kryzysu, może pomóc uzyskać społeczno-polityczne przyzwolenie na cięcia przerośniętych przywilejów socjalnych. W ujęciu geopolitycznym kryzys gospodarczy to doskonały czas na przeprowadzenie ofensywy, to czas geopolitycznych zbiorów owoców, które były przez długie lata drobiazgowo pielęgnowane. To czas, w którym silni zaczynają wystawiać rachunki. To czas, w którym w pakiecie z koniecznymi reformami gospodarczymi czy gospodarczo-politycznymi, łączy się, korzystając z okazji, daleko idące rekonstrukcje geopolitycznego ładu. W tym też przypadku tłumaczy się tę rekonstrukcję jako niezbędny składnik, warunek sine qua non, skutecznego przeprowadzenia reform w ujęciu ekonomicznym. Prezentuje się zmiany gospodarcze i geopolityczne jako nierozerwalny pakiet.

Kryzys w ujęciu międzynarodowym to także doskonały czas na łatwy błąd i kosztowną lekkomyślność podmiotów prowadzących słabą politykę zagraniczną. Jest to szczególnie groźne z tej przyczyny, że kryzys gospodarczy, jako geopolityczne „sprawdzam”, jest podsumowaniem pewnego etapu historii – za późno jest już wówczas na odważne manewry, za późno na zmianę wypracowanej lub utraconej pozycji. Jest to natomiast czas wytężonej czujności i ostrożności.

Słaba polityka

W ostatnim czteroleciu polska polityka w regionie dokonała znaczącego zwrotu. Bez względu na ocenę tego zwrotu, sam zwrot raczej nie podlega dyskusji. Poprzez tą zmianę kierunku zanegowano wcześniejszy kurs budowania sojuszu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – wzmacniania relacji z Ukrainą, Gruzją, państwami bałtyckimi, krajami grupy wyszehradzkiej. Co istotne, tego rodzaju polityka, zapoczątkowana jeszcze za rządów lewicy, a kontynuowana za rządów PiS, była w tym drugim okresie – z pobudek doraźnej polityki – całkowicie dyskredytowana wewnętrznie, w tym także na forum międzynarodowym. Można powiedzieć, że polityka o takim wektorze została nad Wisłą całkowicie pozbawiona powagi. Krytyka skierowana wobec tego kierunku, abstrahując od jej niemerytorycznego charakteru, przekroczyła dopuszczalne ramy i zaszkodziła nie tylko ówczesnej partii rządzącej, ale przede wszystkim polityce polskiej sensu largo. Należy to podkreślić bez względu na to czy ocenimy ówczesny kierunek za rozsądny czy też nie.

Dyskredytacja, w tym także właśnie na forum międzynarodowym, polityki polskiego rządu przez środowiska opozycyjne, w tym nie tylko polityczne, ale i opiniotwórcze, w latach 2005-2007, utrudniła znacząco prowadzenie skutecznej polityki zagranicznej w latach kolejnych. Wartość polskiej polityki, wewnętrznie osłabiona i zdeprecjonowana, została znacząco pozbawiona należnego szacunku już w sferze międzynarodowej i znacznie zawęziła sobie pole działania. Polityka międzynarodowa, mierzona skutecznością w realizacji interesu polskiego w regionie, została zahamowana, kto wie czy nie trwale. Pozycja polski osłabiła się tak znacznie, że głos polski przestał mieć istotne znaczenie nie tylko w Niemczech, ale także na Białorusi czy na Litwie, która kilkoma gestami w ostatnim czasie wskazała Polsce jej obecną pozycję w regionie. W takim otoczeniu, które środowisko Donalda Tuska samo sobie wcześniej zgotowało, trudno było – nawet przy najszczerszych chęciach – prowadzić skuteczną politykę zagraniczną, także w Unii Europejskiej.

Przy braku wymiernych sukcesów albo też w świetle ewidentnych porażek ( jak choćby pozycja Polski w europejskim korpusie dyplomatycznym) polski rząd postawił na sukces wizerunkowy. To on ma być dziś dowodem, w zastępstwie osiągnięć namacalnych, skuteczności polskiej polityki zagranicznej ostatniego czterolecia. Działania te nie polegały jednak na budowaniu wizerunku polityki zagranicznej państwa silnego, świadomego swoich strategicznych celów, budującej szacunek dla niego samego, konstruującego interesujące propozycje geopolityczne. Działania te ograniczyły się jedynie do uzyskania werbalnego uznania, gestów, przychylnych komentarzy. A i to uznanie było dawkowane tylko wówczas, gdy działania polskiego rządu współgrały z oczekiwaniami liderów UE. Łukasz Warzecha na łamach „Rzeczpospolitej” mówił o tego rodzaju polityce polskiej w kategoriach „chwaleni, ale nie szanowani”: „gdy kraj ma potencjał, aby stwarzać problemy i twardo bronić swojego interesu, ale z jakiegoś powodu tak się nie dzieje. Wówczas partnerzy o odmiennych interesach mają wszelkie powody, aby utwierdzać przywódców takiego państwa w przekonaniu, że prowadzą świetną, dojrzałą politykę i tą drogą powinni iść dalej. Temu służą pochlebne artykuły w prasie (która np. w Niemczech konsekwentnie i twardo broni niemieckiego interesu narodowego – całkiem inaczej niż w Polsce), rozmaite nagrody i honory”.

Polska potrzeba akceptacji

Dlaczego brak wymiernych sukcesów i produkt zastępczy w postaci fikcyjnego uznania tak łatwo się w polskim przypadku przyjmują? Skąd tak łatwa akceptacja i brak trzeźwej oceny tego rodzaju polityki zarówno w społeczeństwie jak wśród elit? Nie można zrozumieć tego nienaturalnego stanu bez dostrzeżenia zwrócenia uwagi na to niezdrowy, pełen kompleksów stosunek Polaków do pozostałych państw czy narodów Zachodu, naiwne i pełne nierozsądnych wyobrażeń na temat celów i metod realizacji polityki zagranicznej.

Wspomniane polskie ułomności z pewnością mają swoje korzenie w opisywanej ostatnio często (szczególnie przez Rafała A. Ziemkiewicza) mentalności postkolonialnej znacznej części polskich elit oraz równie dużej części społeczeństwa. Ta zaś ma wpływ na bezkrytyczne zapatrzenie się na Zachód i całkowite wyparcie się własnych interesów, a ściślej interesów polskich. Skoro bowiem wątła jest w tym przypadku polska tożsamość, poczucie przynależności do wspólnoty, to równie obce będzie poczucie wagi interesów tej wspólnoty. Co istotne, interes tej wspólnoty będzie interesem wstydliwym, zaściankowym, tym bardziej traktowanym z niesmakiem im bardziej jego realizacja powodować będzie zmarszczenie czoła opinii w Europie Zachodniej. Co ciekawe, Zachód jest w Polsce stopniowalny. Dużo mniej bowiem liczy się opinia w Waszyngtonie, czy w Londynie (jednym z liderów UE), ze szczególną estymą traktuje się jednak każdą opinię płynącą z Berlina i Paryża. Jak wspomniano interes narodowy, a w zasadzie jego realizacja, powoduje zmarszczenie czoła nad Sekwaną i Sprewą. Tutaj dochodzimy do specyficznego polskiego rozumienia polityki zagranicznej. Otóż, ta w Polsce rozumiana jest jako zespół działań polskiego rządu, które zyskają dla naszego kraju i narodu więcej akceptacji, więcej pochwał, więcej stwierdzeń, że nie jesteśmy gorsi, że jesteśmy prawdziwymi Europejczykami z jednej strony, i deklarację pomocy, wyręczenia polskiego państwa w jego zadaniach z drugiej strony. Jest to polityka zagraniczna narodu pogrążonego w kompleksach. Dlatego też właśnie polityka absolutnego braku wymiernych sukcesów, rezygnowania z zajętych pozycji bez jakiegokolwiek ekwiwalentu ale przy dobrej prasie zagranicznej traktowana jest nad Wisłą jako powód do dumy. Z kolei realna polityka, polityka twardych interesów a przez to i krytyki kwitowana jest w Polsce w kategoriach „przynoszenia wstydu na Zachodzie”, „ośmieszania się” „wymachiwania szabelką”.

Hołd berliński

Z tej perspektywy, a więc odbioru polityki zagranicznej w kraju, ale również i faktycznej pozycji w jakiej ustawiła się polska polityka w roku 2007 r. i wcześniej w dobie przekraczającej przyjęte normy dyskredytacji polityki własnego rządu, własnego państwa, naturalną koleją rzeczy jest wpisanie się w ton nadawany przez liderów Unii Europejskiej. Wraz z automatycznym wpisaniem się w tenże nurt, przy równoczesnym wysłaniu sygnałów o nierozerwalnym wpisaniu się w ów nurt, bez możliwości korekty tej linii, oznaczało brak jakichkolwiek korzyści, oprócz wątpliwego splendoru w postaci występowania na wspólnej fotografii liderów Unii Europejskiej. Wspomniany nurt liderów w dobie kryzysu znacznie się zawężył, odpadły z niego Włochy, jeszcze bardziej zdystansowała się Wielka Brytania. Na scenie pozostali dwaj rozgrywający: Berlin i Paryż, z wyraźnym wskazaniem na tę pierwszą stolicę.

Z tej perspektywy berlińskie wystąpienie ministra Sikorskiego nie powinno być traktowane jako nagły zwrot w polskiej polityce zagranicznej. Polsce wpisała się w ton nadawany przez liderów Unii Europejskiej, a ten z kolei w dobie kryzysu coraz wyraźniej wskazuje na konieczność przełomowych zmian nie tylko gospodarczych, ale również – w pakiecie – geopolitycznych. Tymi zmianami i odpowiedzią jest zawsze głębsza integracja. Teraz mowa już wprost o federalizacji. Pozostając w głównym nurcie już teraz francusko-niemieckim Polska wpisała się także w kurs federalizacyjny. Z punktu zwolenników mocne słowa Sikorskiego były sygnałem mocnej pozycji Polski w tej ewentualnej federalnej Europie. Dotychczasowa rola Polski wskazuje jednak bardziej na to, że szeroko zakrojona propozycja Sikorskiego to raczej nadgorliwość neofity, która wygląda mało poważnie przede wszystkim dlatego, że z polskich celów strategicznych czy wręcz z polskich pryncypiów zrezygnowano w zamian za uścisk dłoni.

Determinizm europejski

W Polsce nie zwrócono uwagi na wspomnianą na wstępie prawidłowość kryzysu i dobry moment z jednej strony na ofensywę a z drugiej strony na lekkomyślność. W odniesieniu do wystąpienia ministra Sikorskiego warto skupić się także na reakcjach na berliński referat w Polsce. Te zaś, co stało się już Polską specyfiką, były emocjonalne, wręcz histeryczne i silnie spolaryzowane.

Wśród zwolenników tez Sikorskiego razi przede wszystkim powierzchowność analizy. Nie odnoszono się do politycznych konsekwencji, a już tym bardziej do mechanizmu realizacji tak szalenie skomplikowanego i kontrowersyjnego procesu. Nie odnoszono się, jak zwykle zresztą, do aspektów gospodarczych i z niesmakiem – również jak zwykle – sygnalizacyjnie tylko wspominano o interesie polskim w całym projekcie. Podkreślić więc należy pozamertoryczny charakter tego rodzaju ocen, charakter raczej życzeniowy, całkowicie nie wsparty rzeczową argumentacją, hasłowy i wrzaskliwie emocjonalny.

Brak korzyści, a już tym bardziej brak korzyści z punktu widzenia interesu narodowego, przykryła gruba warstwa europejskiej frazeologii, nadużywanych haseł o solidarności, które w większości w dobie kryzysu całkowicie pozbawione zostały treści, a niektóre wręcz zostały brutalnie obnażone. Projekt sformułowany przez Sikorskiego nie był – i w tym klimacie nie mógł być – oceniany z punktu widzenia zysków i strat, a już zwłaszcza zysków i strat dla Polski. Nad Wisłą nie ocenia się w ten sposób polityki zagranicznej, przynajmniej w wiodącym nurcie opinii publicznej. Wystąpienie Sikorskiego oceniono pod kątem tego „jak wielkie uznanie zdobyło ono w Paryżu, a zwłaszcza Berlinie”.

Głównym elementem, o który opierano słuszność idei federalizacji, była po prostu nieuchronność, swoisty europejski determinizm. O tym, co jest nieuchronne i jakie działania należy podjąć , o tym już zadecyduje „Centrum”. Polska, po wskazaniu rzeczonej nieuchronności otrzyma stosowną instrukcję jakie przedsięwziąć działania.

Jak już wspomniano, tak lekceważące i pełne kompleksów rozumienie polityki zagranicznej to typowa cecha narodów o mentalności postkolonialnej. Warto zwrócić uwagę na pejoratywne znaczenie jakie powoli uzyskuje „interes narodowy” „racja stanu” a więc podstawowe pojęcia normalnie funkcjonujących państw. W Polsce natomiast dodaje się do nich epitety: zaściankowy, nacjonalistyczny. Kierowanie się interesem narodowym to dowód egoizmu – w polskim rozumieniu - prowincjonalności i powód do wstydu. Tymczasem patriotyzm, także ten lokalny, obywatelskość, aktywne tworzenie wspólnoty i obrona interesu wspólnego to przejaw rozwoju nie tylko zbiorowości, ale także człowieka, który w tych działaniach bierze udział. W Polsce jednak postkolonialny grunt sprawia, że deprecjonowanie interesu narodowego, a nawet dalej, suwerenności państwa, nie spotyka się z naturalnym przecież oburzeniem. Odpowiednia reakcja wymaga bowiem pewnego stopnia rozwoju, zbudowania pewnej skomplikowanej tożsamości, tej tożsamości dziś w Polsce powszechnie nie ma – nie ma też społeczeństwa na odpowiednim stadium rozwoju.

O kiepskiej kondycji polskich elit – także w świetle berlińskiego wystąpienia – można mówić także w odniesieniu do reakcji głównej partii opozycyjnej i jej lidera. Stronnictwo Kaczyńskiego i on sam zareagowali w sposób najgorszy z możliwych. W delikatnej kwestii, wymagającej umiejętnego języka, reakcji stanowczej ale i precyzyjnej wytoczono działa o zdradzie, odwołaniach do IV Rzeszy itd. Jednym słowem użyto dokładnie takiego języka, jakiego oczekiwaliby ci, którzy mówią o zaściankowości w kontekście racji stanu. Jakość odpowiedzi Prawa i Sprawiedliwości uzależniona była – jak można przypuszczać – od przelicytowania innych środowisk prawicowych. Odpowiedź ta wyrządziła poważne szkody we właściwym rozumieniu suwerenności i interesu narodowego. Debata na temat wystąpienia Radosława Sikorskiego pokazała stan w jakim znajduje się polskie społeczeństwo, jego elity (z obu stron dyskursu), jak wygląda polska wizja i stosunek do suwerenności i racji stanu.

Lekarstwo na wszystko

Termin „eurosceptyk” uznawany jest za epitet. Tymczasem eurosceptykiem może stać się każdy euroentuzjasta, który uzna, że Unia Europejska jest w obecnym kształcie optymalną formą i nie należy jej pogłębiać. Wydaje się więc, że Europa wchodzi w stan, w którym termin „euroentuzjasta” będzie zarezerwowany tylko dla zadeklarowanych zwolenników federacji.

Sama federalizacja obok skomplikowanej operacji na niespotykaną skalę pozostaje hasłem, albo wręcz aksjomatem. O federalizacji mówi się jako o czymś bezdyskusyjnym, oczywistym. Każdy kto zadaje pytanie o sens i zalety federalizacji, przez sam fakt pytania staje się eurosceptykiem, a z taką osobą się ani nie debatuje ani nie traktuje się jej poważnie. Według tego mechanizmu dalsze ograniczenia władzy państw na rzecz organów unijnych nie podlega dyskusji i trudno dowiedzieć się na czym ma polegać użyteczność i skuteczność tego rodzaju działań. „Pogłębienie integracji” a teraz już „federalizacja” pojawia się niemal zawsze, gdy jest mowa o jakichkolwiek problemach na terenie Unii Europejskiej – jest złotym lekiem na wszystko. Jak wspomniano wcześniej, nikt nie wie, na czym ma polegać jego zbawcza moc. Co istotne „pogłębienie integracji” jest nie tylko lekiem na wszelkie problemy Unii, ale jest to lek jedyny. Innego nie ma i jak łatwo się domyśleć nad innym nawet nie ma dyskusji bez przez to narusza się nienaruszalny przecież aksjomat federacji. Tymczasem Unia Europejska może sięgnąć po lekarstwa znacznie mniej inwazyjne. Wskazać można w tym konieczność pojawienia się „liberalnej rewolucji” deregulacji gospodarki, liberalizacji prawa pracy, obciążeń względem przedsiębiorstw, deetatyzacji – zmniejszenia ogromnej roli państwa w gospodarce, zmniejszenie ogromu kolosalnych wydatków socjalnych, wydatków na administrację czy fikcyjne projekty promujące ideę europejską, albo też dotujących jedne firmy kosztem innych i demontaż wolnego rynku. Unia Europejska powstała w obecnym kształcie w czasach prosperity i w swej strukturze nie jest przygotowana na czas kryzysu. Zamiast więc pogłębienia regulacji, zamiast centralizacji poprzez fereralizację potrzebna jest właśnie decentralizacja, ograniczanie wspomnianych wcześniej wydatków, oswobodzenie rynku przy zachowaniu najważniejszych zrębów polityki europejskiej. O tych najprostszych tylko przecież elementach mało kto wspomina. Rozrost unijnego państwa wydaje się być bowiem celem samym w sobie.

Z drugiej zaś strony Unia Europejska poprzez rozrośnięte państwo opiekuńcze, państwo, które myśli i podejmuje decyzje za obywatela, finansuje go wychowała specyficznie ukształtowane społeczeństwo – społeczeństwo młodych, leniwych, egoistów, których trudno pozbawić uzyskanych wcześniej przywilejów. Ich gniew odczuła niemal każda europejska stolica od Londynu po Ateny.

Koncert mocarstw

Typowa unijna retoryka z hasłem „solidarności” w tle straciła już niemal całkowicie wiarygodność. Dziś widać jak na dłoni, że szef KE Jose Barrosso, czy Herman van Rompuy nie mówiąc już nawet o Jerzym Buzku – szefie Parlamentu Europejskiego, pozostają w głębokim cieniu prezydenta Francji i kanclerz Niemiec. To oni – nie zważając na brak legitymacji – nadają ton, czy wręcz dyktują warunki całej Unii. Korzystając z kryzysu, z trudnej sytuacji gospodarczej, mogą zbierać plon swojej długotrwałej polityki. Jest to istotne zwłaszcza wobec Niemiec – silniejszego gracza, tej pary które mogą po raz pierwszy od długiego czasu tak bardzo wprost wyrażać swoje interesy narodowe. To, że najsilniejsze państwa (w przeciwieństwie do Polski, która uwierzyła w mit końca historii i interesów narodowych) realizują interes narodowy ani nie wspólnotowy nie zaskakuje już teraz nikogo. Tak samo też owa bezdyskusyjna federalizacja, choć również przeprowadzona pod hasłami interesu wspólnotowego, służy do stworzenia mechanizmów, w których jeszcze mocniej akcentować będą mogły interesy silniejsi niż Polska. Kryzys daje doskonałą szansę na realizację tych aspiracji. Federalizacja opisywana w Polsce jako konieczność dziejowa, nie jest ani ową koniecznością ani też jednym lekarstwem na europejskie problemy – nie wiadomo nawet jak miałoby to lekarstwo zadziałać, w jaki sposób miałoby pomóc. Jest natomiast zrozumiałym i naturalnym dążeniem silniejszych do większej władzy i jeszcze większego wpływu na urządzenie Europy według własnej wizji i pod kątem własnych interesów. Kryzys jest doskonałym momentem na wykonanie kolejnego dużego kroku w tym kierunku. Kryzys jest – dla takich państw jak Polska – okresem szczególnie niebezpiecznym, także geopolitycznie, a więc winien być okresem czujności, staje się jednak okresem lekkomyślności. W czasach, gdy nad Wisłą włożono interes narodowy do muzeum, wszyscy inni wokół realizują go tak, jak nigdy dotąd. Europa Federalna, jak rozumiem, pod kierownictwem zwycięzcy koncertu mocarstw i przy biernym milczeniu rozluźnionych w socjale narodów, nie nastanie z dnia na dzień. Pewnie prowadzi do niej droga kilku a może i kilkudziesięciu traktatów. Który był tym przełomowym, pewnie oceni to historia.

Tekst pochodzi z kwartalnika myśl.pl nr 23 (2/2012) mysl23


Czytany 6530 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04