wtorek, 30 wrzesień 2014 06:04

Tomasz Otłowski: Strategia Saudów

Oceń ten artykuł
(1 głos)

BObama-KSaudgeopolityka  Tomasz Otłowski

W tle ostatnich wydarzeń na Bliskim Wschodzie – wciąż na nowo zaskakujących świat swą dramaturgią – toczy się zażarta rozgrywka strategiczna między największymi regionalnymi potęgami. Na Bliskim Wschodzie toczy się gra zarówno o geopolityczny prymat i dominację w regionie, jak też o rząd dusz w świecie islamu, o przywództwo duchowe i religijne nad milionami muzułmanów.

Głównymi rywalami w tej skomplikowanej rozgrywce są sunnicka Arabia Saudyjska (której władcy mienią się oficjalnie strażnikami świętych miejsc islamu – Mekki i Medyny) oraz szyicka Islamska Republika Iranu, od ponad 30 lat dążąca do narzucenia innym państwom muzułmańskim własnych koncepcji ideologiczno-politycznej i ustrojowej, ujętych w ramy „rewolucji islamskiej”. Ale o swoje interesy i cele walczą też, wciąż jeszcze oficjalnie, świecka Turcja oraz islamscy ekstremiści i terroryści, zarówno ci powiązani z Al-Kaidą, jak i należący do drugiej generacji dżihadu, skupieni w organizacji Państwo Islamskie i odtworzonym przez nią niedawno kalifacie.

Zmiana gry

Po trzech latach burzliwych przemian na Bliskim Wschodzie, wywołanych Arabską Wiosną i jej konsekwencjami w postaci licznych wojen i rewolt, praktycznie żaden z dotychczasowych największych aktorów regionalnej sceny geopolitycznej nie może uważać się za bliskiego zwycięstwa. Dynamika zmian w regionie jest tak duża, że wszelkie budowane do tej pory strategie polityczne już dawno straciły na znaczeniu i aktualności. Najbliżsi osiągnięcia swych celów zdają się być tylko islamiści – ich pozycja i znaczenie (zarówno polityczne, jak i militarne) w regionie znacznie wzrosło w wyniku wydarzeń ostatnich lat.

W wielu częściach szerokiego Bliskiego Wschodu islamscy radykałowie uzyskali nowe – trwałe, jak wiele na to wskazuje – przyczółki (np. w Syrii, Libii, Tunezji, Egipcie, Mali), w wielu innych zaś rejonach (Irak, Jemen, Palestyna, półwysep Synaj) umocnili swą dotychczasową obecność. Szczytem ich sukcesów jest na razie próba odtworzenia kalifatu na części obszarów Syrii i Iraku, opanowanych przez Państwo Islamskie (dawniej: Islamskie Państwo Iraku i Lewantu – ISIL) w toku trwających w tych krajach wojen domowych.

Wydaje się jednak, że większość z regionalnych graczy jest dzisiaj znacznie dalej od osiągnięcia swych głównych zamiarów strategicznych niż jeszcze kilka lat temu. W pierwszej kolejności dotyczy to Iranu, który jest zmuszony walczyć (i to na trzech frontach równocześnie: w Libanie, Syrii i Iraku) w obronie swojej strefy wpływów w regionie, z mozołem budowanej przez ponad trzy ostatnie dekady.

Teheran, broniąc swych pozycji i wpływów na Bliskim Wschodzie, nie zawahał się sięgnąć po retorykę i symbolikę odwiecznego konfliktu sunnicko-szyickiego, co wyraźnie wzmocniło religijny wymiar już i tak zawziętej geopolitycznej konfrontacji irańsko-saudyjskiej i dało nowy, krwawy impuls wydarzeniom w regionie. Nawet rozgorzały ostatnio na nowo odwieczny konflikt izraelsko-palestyński, pozornie oderwany od rywalizacji regionalnych mocarstw, stanowi jednak w istocie część tej rozgrywki. Sunnicki palestyński Hamas, od siedmiu lat w bezwzględny i autorytarny sposób rządzący Strefą Gazy, paradoksalnie uzyskał tę władzę głównie dzięki wsparciu szyickiego Iranu i alawickich władz Syrii. To właśnie Teheran jest do dziś głównym sponsorem tej palestyńskiej organizacji, którą uważa za narzędzie bezpośredniej walki z Izraelem oraz forpocztę procesu zyskiwania politycznego i duchowego wpływu na sunnitów. Hamas, który przekształcił Gazę w siedlisko islamskich ekstremistów i terrorystów (także tych związanych z Al-Kaidą), traktuje chyba jednak to irańskie wsparcie w czysto utylitarny sposób – dąży raczej do realizacji własnych celów. A do tych należy przede wszystkim umocnienie władzy Hamasu w Strefie Gazy i przejęcie przezeń kontroli nad Zachodnim Brzegiem Jordanu, co musi oznaczać pokonanie rządzącego tam dzisiaj Fatahu. Sytuację wokół państwa Palestyny próbuje wykorzystać Turcja, uważająca się za „naturalnego” opiekuna Palestyńczyków i adwokata ich interesów. Działania Ankary, ostentacyjnie antyizraelskie i odwołujące się do historycznej spuścizny imperium Osmanów, przypominają jednak działania słonia w składzie porcelany i jako takie z góry są skazane na niepowodzenie.

Konstruktywne niezaangażowanie

W szczególnie trudnej sytuacji strategicznej znalazła się jednak Arabia Saudyjska. Zmiany zachodzące w ostatnich latach w środowisku międzynarodowym Bliskiego Wschodu oraz jego najbliższego otoczenia strategicznego (Afryka Subsaharyjska i Wschodnia, Azja Centralna i Południowa, Zakaukazie) z perspektywy Rijadu są bardzo niekorzystne. Oprócz bezpośrednich skutków samej Arabskiej Wiosny, takich jak wzrost nieprzewidywalności strategicznej w regionie, pogłębienie chaosu i pogorszenie ogólnych warunków regionalnego bezpieczeństwa międzynarodowego, Saudowie muszą mierzyć się z wieloma znacznie poważniejszymi reperkusjami najnowszych wydarzeń w świecie arabskim.

W pierwszej kolejności należy do nich zaliczyć dramatyczną w skutkach (dość popatrzeć na to, co się dzieje w Iraku) reorientację polityki zagranicznej USA wobec Bliskiego Wschodu. Wycofanie się Amerykanów z Iraku (końcówka 2011 roku), systematyczne ograniczanie ich obecności militarnej w regionie bliskowschodnim po 2008 roku oraz znaczące zmniejszenie zainteresowania politycznego Waszyngtonu problemami tej części świata – wszystko to natychmiast wpłynęło na dramatyczne obniżenie się poziomu bezpieczeństwa w całym regionie.

Problem ten nie pojawił się oczywiście ani dzisiaj, ani nawet wczoraj – narasta systematycznie od kilku lat, a jego przyczyną jest radykalna zmiana priorytetów w polityce zagranicznej administracji Baracka Obamy, zapoczątkowana już u zarania jego rządów w Białym Domu. Schyłek drugiej kadencji amerykańskiego prezydenta to czas zbioru plonów fatalnej polityki zagranicznej, prowadzonej przez wiele lat. Dzisiaj to żniwo dotyczy Iraku i regionu bliskowschodniego, za kilka miesięcy obejmie najpewniej również Afganistan oraz obszar Azji Południowej i Centralnej.

Rijad od lat pozostaje najważniejszym i największym arabskim sojusznikiem USA w regionie Zatoki Perskiej, a może i na całym Bliskim Wschodzie. Nawet wówczas, gdy pod presją saudyjskiej i arabskiej opinii publicznej Waszyngton zdecydował się ponad dekadę temu na wycofanie swych sił zbrojnych bazujących na terytorium królestwa Saudów. Tym bardziej więc dzisiejsza polityka USA wobec Bliskiego Wschodu, polegająca na faktycznym przyjęciu postawy „konstruktywnego niezaangażowania”, jest dla Rijadu czytelnym sygnałem, że nastały nowe czasy. Czasy, w których dotychczasowi bliskowschodni sojusznicy i partnerzy Waszyngtonu (zarówno ci arabscy, jak i sam Izrael) są – w długofalowym, strategicznym ujęciu – zdani faktycznie na własne siły i środki. Ze wszystkimi tego konsekwencjami dla bezpieczeństwa regionu i sytuacji tychże państw.

Dżihad 2.0

Oprócz faktycznej strategicznej rejterady Stanów Zjednoczonych z Bliskiego Wschodu, Saudowie stoją dziś także w obliczu wielu innych, niekorzystnych dla siebie czynników w międzynarodowym środowisku bezpieczeństwa. Jednym z nich jest wspomniany już wzrost siły i regionalnego znaczenia islamskich ekstremistów sunnickich. Saudyjczycy obserwowali ten trend, narastający od 2011 roku, z dużym niepokojem, słusznie upatrując w nim ewidentne zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa i regionalnych interesów strategicznych.

Wiele wskazuje jednak na to, że po cichu liczyli na możliwość dyskretnego wpływania na proces umacniania się islamistów i jego kontrolę, choćby poprzez taktykę koncesjonowania części struktur islamistycznych (np. w Syrii czy Libii), co miało służyć rozmywaniu ideologiczno-organizacyjnej wyrazistości całego ruchu dżihadu i osłabianiu wpływów wrogich królestwu Saudów struktur, takich jak Al-Kaida. Polityka ta nie zdała jednak egzaminu, czego dowodem jest pojawienie się ponad rok temu nowej generacji islamskich fanatyków, skupionych wokół ISIL.

Swoisty „Dżihad 2.0” – nowe oblicze islamizmu – jest samowystarczalny i niezależny od sponsorów, zarówno państwowych, jak i pozapaństwowych, a pod względem ideologiczno-politycznym i religijnym znajduje się całkowicie poza oddziaływaniem dotychczasowych ośrodków wpływu, w jakimś stopniu kontrolowanych przez Saudów. Nic więc dziwnego, że niedawne odtworzenie przez ISIL kalifatu – choć mające głównie symboliczne i propagandowe znaczenie – tak bardzo wstrząsnęło Rijadem. Kalifat to przecież nie tylko tradycyjny islamski organizm państwowy, a więc ośrodek władzy politycznej, lecz także (a może przede wszystkim) centrum władzy religijnej, duchowy i moralny punkt odniesienia dla każdego prawowiernego muzułmanina. Nie bez znaczenia dla nerwowości Saudyjczyków jest fakt, że nowy kalif już zapowiedział rychłe „wyzwolenie” świętych miejsc islamu w Arabii Saudyjskiej. Biorąc pod uwagę dotychczasową skuteczność Państwa Islamskiego, Saudyjczycy nie mogą nie brać słów Ibrahima na serio.

Zaciekły przeciwnik

Zagrożenie dla Rijadu ze strony nowej generacji islamskich ekstremistów pojawiło się w najmniej sprzyjającym momencie. Wskutek niekorzystnego obrotu spraw w regionie w minionych trzech latach, Saudowie stanęli nagle przed perspektywą bezpośredniej, twardej rywalizacji ze swoim odwiecznym wrogiem – Islamską Republiką Iranu. I to rywalizacji nie tylko na płaszczyźnie strategicznej, politycznej i religijnej, lecz także (a może głównie) militarnej.

Oto nagle ugrupowania syryjskiej opozycji, wspierane finansowo i materiałowo przez Rijad, znalazły się oko w oko z formacjami szyickich „ochotników”, popieranych i wyposażanych przez Teheran, walczących po stronie władz w Damaszku. Są wśród nich zarówno bojownicy z Iraku oraz Libanu (głównie Hezbollah), jak i z wielu innych krajów, w których żyją szyici (podobno nawet z tak odległych krain, jak Afganistan i Pakistan). Walczą też wśród nich i Irańczycy – w tym zwłaszcza żołnierze z elitarnego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (Pasdaran). Sytuacja ta nieoczekiwanie postawiła Saudyjczyków w stanie niemal jawnej, otwartej konfrontacji militarnej z Iranem. Coś takiego nie miało miejsca od lat osiemdziesiątych XX wieku, gdy Arabia Saudyjska i inne państwa arabskie udzielały szeroko zakrojonej pomocy Irakowi Saddama Husajna, walczącemu wówczas z islamskim rewolucyjnym Iranem.

Perspektywa wybicia się przez Iran na pozycję regionalnego hegemona – coś, przed czym Rijad broni się od kilkudziesięciu lat – jest dla rodziny Saudów koszmarem. Bo choć Teheran, jak wspominano wcześniej, musi dzisiaj walczyć w obronie swych dotychczasowych zdobyczy w regionie, zagrożonych przez niekorzystny obrót spraw politycznych i militarnych, to równocześnie cały czas pracuje nad przejęciem roli regionalnego mocarstwa. I wbrew pozorom wciąż ma na to duże szanse.

Status taki może bowiem zapewnić Iranowi jego program nuklearny, konsekwentnie i wytrwale realizowany od ponad ćwierćwiecza, wraz z równolegle prowadzonymi projektami rozbudowy arsenału rakietowego. Irańczycy już dzisiaj dysponują rakietami balistycznymi mogącymi osiągnąć dowolny punkt w promieniu około 2500 km, co oznacza, że praktycznie cały Bliski Wschód znajduje się w zasięgu tych pocisków. Co więcej, zaawansowany irański program budowy tzw. nosicieli kosmicznych (czyli rakiet mogących osiągać orbitę Ziemi) rodzi poważne podejrzenia, że w istocie mamy tu do czynienia z projektem pocisków międzykontynentalnych – zdolnych razić cele w Europie, a może nawet i w USA. Jeżeli Iranowi uda się z sukcesem zakończyć program jądrowy i wejść w posiadanie broni atomowej, jego status regionalnego mocarstwa będzie oczywisty.

Rozwój wydarzeń, zachodzących w regionie bliskowschodnim w minionych kilku latach, z pewnością nie jest więc korzystny dla Arabii Saudyjskiej. Pozycja geopolityczna saudyjskiej monarchii uległa znacznemu osłabieniu, a możliwości projekcji jej interesów i wpływy w regionie mocno się skurczyły, co nie rokuje dobrze na przyszłość. Saudyjczycy mają chyba pełną świadomość powagi sytuacji. Wiedzą, że jeśli chcą skutecznie rywalizować geopolitycznie z Iranem (wykraczając poza bieżące, harcownicze w istocie starcia w Syrii, Iraku i Palestynie) oraz zabezpieczyć się przed rosnącą szybko nieprzewidywalnością własnego otoczenia międzynarodowego, to muszą już dzisiaj podjąć kilka ważnych strategicznych decyzji, o skutkach sięgających daleko w przyszłość. Wiele wskazuje na to, że część z tych decyzji już w Rijadzie zapadła, a nawet weszła właśnie w fazę intensywnej realizacji.

Ostre przyspieszenie

Saudyjczycy przede wszystkim przyspieszyli prace w ramach własnego militarnego programu nuklearnego (oficjalnie oczywiście on nie istnieje). Nad saudyjskimi „atomówkami” prowadzi się je (z wydatną pomocą Chin i Pakistanu) już od ponad dziesięciu lat i są podobno na bardzo zaawansowanym etapie. Na tyle zaawansowanym, że Rijad postanowił niedawno odświeżyć swój strategiczny arsenał rakietowy.

Od końca lat osiemdziesiątych XX wieku Arabia Saudyjska (wraz z Izraelem i Iranem) należy do elitarnego grona państw bliskowschodnich dysponujących rakietami balistycznymi średniego zasięgu (Medium Range Ballistic Missile – MRBM). Niestety, znajdujące się w wyposażeniu saudyjskich sił strategicznych chińskie rakiety balistyczne Dongfeng-3 (DF-3, w kodzie NATO znane jako CSS-2) o zasięgu około 2500–2700 km są już mocno przestarzałe technologicznie i najpewniej w większości nie nadają się do bojowego użycia. Te jednostopniowe rakiety, napędzane paliwem ciekłym i odpalane z mobilnych wyrzutni na platformach kołowych, mogą przenosić głowicę o masie ponad 2 t, ale ich istotną wadą jest mała celność. Rozrzut sięga nawet 1 km, co nie ma dużego znaczenia w wypadku ładunku jądrowego, ale po zastosowaniu głowicy konwencjonalnej czyni już tę broń nieefektywną. Wszystkie 70 (a według części źródeł 120) rakiet CSS-2, które posiadają Saudyjczycy, są przystosowane wyłącznie do przenoszenia głowicy konwencjonalnej.

Dzisiaj Rijad rozgląda się już więc za nowymi, i to takimi, które mogą być także nosicielami broni jądrowej. Zresztą, nie można wykluczyć, że wymiana arsenału rakietowego królestwa trwa już od pewnego czasu. Jeszcze w 2006 roku, podczas historycznej wizyty saudyjskiego monarchy w Chinach, zawarto wiele dwustronnych umów o współpracy wojskowej i w dziedzinie bezpieczeństwa. Kilka z nich było niejawnych, a jedną stanowiło podobno właśnie porozumienie o stopniowej wymianie saudyjskich CSS-2 na nowocześniejszego następcę – dwustopniową, napędzaną stałym paliwem rakietę balistyczną DF-25, o imponującym jak na bliskowschodnie realia zasięgu 3500 km.

Koszty wymiany arsenału balistycznego (podobnie jak programu nuklearnego) z pewnością są ukryte pod innymi, pozornie niewinnymi pozycjami w budżecie obronnym królestwa, co częściowo mogłoby wyjaśniać zauważalny w ostatnich latach jego bardzo szybki wzrost. Oczywiście, gros nowych wydatków na obronność Arabii Saudyjskiej, poniesionych w ostatnich latach, to rekordowe zakupy nowoczesnych konwencjonalnych systemów uzbrojenia, głównie samolotów bojowych, śmigłowców uderzeniowych, czołgów i transporterów opancerzonych. Rijad zresztą w całym regionie bliskowschodnim jest niedoścignionym rekordzistą pod względem tempa wzrostu wydatków na zbrojenia i obronność: w ciągu minionej dekady Saudyjczycy zdołali podwoić wysokość swojego budżetu obronnego, co nie udało się nikomu innemu w regionie.

Poszukiwanie sojuszników

Narastające w Arabii Saudyjskiej poczucie strategicznego osamotnienia w regionie, wywołane zmianą polityki USA, a także rosnące zagrożenie ze strony Iranu i islamskich ekstremistów popychają Saudów do poszukiwania nowych sojuszy i zacieśniania współpracy z dotychczasowymi partnerami. I niekiedy są to sojusze niezwykle egzotyczne, jak choćby nieformalne, niejawne zbliżenie z Izraelem, głównie na tle wspólnego zagrożenia obu państw ze strony Teheranu. Rijad nigdy nie przyzna się do takiego aliansu. Wiele przemawia jednak za tym, że jego tajna współpraca z Tel Awiwem-Jafą (głównie na polu wywiadowczym) ma już stały i nawet zinstytucjonalizowany charakter. Warto w tym kontekście odnotować zadziwiająco miękkie (zwłaszcza na tle ogólnego oburzenia opinii publicznej na świecie i w regionie) saudyjskie komentarze na temat ostatniej izraelskiej operacji militarnej w Strefie Gazy.

Dużo ważniejsze znaczenie dla Saudów ma jednak współpraca z Chinami. Pekin systematycznie od dwóch dekad zwiększa zainteresowanie regionem bliskowschodnim, szukając tam dogodnych i stabilnych źródeł surowców energetycznych dla swej szybko rozwijającej się gospodarki. Arabia Saudyjska – jako największy producent ropy i naturalny lider „naftowych państw arabskich” w rejonie Zatoki Perskiej – jest partnerem szczególnie atrakcyjnym dla Chińczyków. Dla Rijadu to nie tylko duży i przewidywalny odbiorca surowców petrochemicznych, lecz także silny (politycznie, gospodarczo i militarnie) partner oraz potencjalny sojusznik, który w razie potrzeby może wesprzeć działania Saudyjczyków w regionie w trosce o zachowanie dogodnych źródeł surowcowych. Rijad liczy więc w kontaktach z Pekinem na wytworzenie pewnej symbiozy, swoistej współzależności interesów i potrzeb strategicznych.

Nieco inny charakter mają relacje saudyjsko-pakistańskie, również bardzo intensywnie rozwijane. W stosunku do Pakistanu to Saudyjczycy są zdecydowanie górą, głównie ze względu na posiadane środki finansowe i bogactwa naturalne, ale i Islamabad ma w relacjach z Rijadem swoje atuty, jak choćby wspomniane wcześniej know-how w konstruowaniu broni nuklearnej i w zaawansowanych technologiach rakietowych. Niezwykle ciepłe w ostatnim czasie oficjalne stosunki saudyjsko-pakistańskie są oparte także na osobistych związkach głównych polityków obu państw. Obecny premier Pakistanu Nawaz Sharif przebywał bowiem na wychodźstwie w królestwie Saudów podczas dyktatorskich rządów Perveza Musharrafa w Islamabadzie, co sprzyja zacieśnianiu współpracy, także w wymiarze bezpieczeństwa i obronności. Dla Saudów dobre relacje z Pakistanem – jedynym państwem muzułmańskim (i co ważne: sunnickim) oficjalnie dysponującym bronią atomową – są dodatkowym czynnikiem budującym szeroką regionalną przeciwwagę strategiczną dla szyickiego Iranu.

Saudowie, dążąc do poprawy swojego położenia geopolitycznego w regionie, nie zaniedbują także stosunków z mniejszymi monarchiami arabskimi regionu Zatoki Perskiej, skupionymi w Radzie Współpracy Zatoki (Gulf Cooperation Council – GCC). Kuwejt, Bahrajn czy Zjednoczone Emiraty Arabskie w naturalny sposób upatrują swego bezpieczeństwa i gwarancji ekonomicznego rozwoju w protekcji wielkiej Arabii Saudyjskiej, będącej wszak naturalnym liderem regionu. W ostatnim czasie obserwujemy więc szybkie zacieśnianie współpracy w ramach GCC – na szczeblu zarówno politycznym i ekonomicznym, jak i militarnym. Obecnie państwa Rady tworzą już coś na kształt mini-NATO – z własnymi siłami szybkiego reagowania, wspólnym dowództwem wojskowym, zaawansowaną współpracą służb wywiadowczych i ośrodków reagowania kryzysowego. Jak widać, nic tak dobrze nie wymusza bliskiej koordynacji działań strategicznych, jak wspólne poczucie zagrożenia ze strony zdeterminowanego przeciwnika.

Zmiany w środowisku bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie, wywołane wybuchem Arabskiej Wiosny, w ciągu zaledwie kilku lat radykalnie wpłynęły na inny obraz tego regionu. Świat, jaki się wyłoni z obecnego chaosu, z pewnością nie będzie przypominał tego Bliskiego Wschodu, który znaliśmy sprzed wybuchu rewolucji. Arabia Saudyjska, chyba jako jedyne państwo regionu, pozostaje jednak w czołówce regionalnych graczy strategicznych, dostosowujących – jak dotychczas skutecznie – swoją politykę i działania do szybko zmieniających się uwarunkowań geopolitycznych.

Artykuł pochodzi ze strony polska-zbrojna

Czytany 8090 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04