piątek, 11 lipiec 2014 06:06

Ronald Lasecki: Trzy scenariusze dla Rosji

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

russian_flags_3  Ronald Lasecki

Rozwój wypadków na Ukrainie wskazuje, że kraj ten dla Rosji jest już stracony. Odrębna tożsamość wykuwa się w obliczu wspólnego wroga. Dla Ukraińców wrogiem takim stała się Rosja. W ubiegłych miesiącach przekonali się, że z Rosją można walczyć i wygrywać. Utwierdzili się również w przeświadczeniu, że to Rosja jest największym zagrożeniem dla ich państwowości, bowiem wspiera na terenie Ukrainy siły separatystyczne. Niezależnie od rezultatu starć w Donbasie, na Ukrainie jako takiej orientacja antyrosyjska uległa znacznemu wzmocnieniu.

Ostatecznie niczego to jeszcze nie przesądza – znamy przypadki Mołdowy i Gruzji, których ciągłość terytorialna została przez Rosję w ubiegłych latach przerwana, a w których, mimo tego, Rosji udało się z czasem pozyskać część elity politycznej, która następnie zdobyła władzę i dokonała częściowej przynajmniej reorientacji tych państw w kierunku przez Moskwę pożądanym. Nie zmienia to faktu, że przynajmniej w najbliższych kilku latach, Ukraina pozostanie poza zasięgiem polityki rosyjskiej. Te kilka lat mogą się zaś okazać kluczowe dla okrzepnięcia zachodniej tożsamości Ukraińców i zachodniej orientacji państwa ukraińskiego.

W odniesieniu do Donbasu, opinie ekspertów i wypowiedzi dochodzące z samego rosyjskiego MSZ dają powstańcom jeszcze około dwóch tygodni. Walka może się oczywiście przedłużyć, a w wyniku jakiegoś nieuwzględnianego obecnie czynnika jej losy mogą się nawet odwrócić. Faktem jednak jest, że sama Moskwa nie wierzy już w możliwość przetrwania Donbasu, nie wykazuje większego zainteresowania jego losem i dąży do wygładzenia wzajemnych stosunków z Kijowem.

Wszystko to każe zadać pytanie o możliwe i pożądane z naszego punktu widzenia scenariusze rozwoju wypadków w samej Rosji. Wobec wciąż istotnej roli Rosji w globalnym układzie sił, wpływ kryzysu ukraińskiego na wewnętrzną sytuację w tym kraju jest również znaczący dla reszty świata, w tym dla przyszłości globalnej kontestacji liberalizmu. Spróbujmy zatem wskazać trzy takie możliwe scenariusze:

I. Scenariusz umiarkowanie optymistyczny

Władimir Putin, którego gnuśność i nieporadność jest podstawową przyczyną obecnego kryzysu, formalnie ma przed sobą jeszcze cztery lata prezydentury. W scenariuszu umiarkowanie optymistycznym, W. Putin powinien dotrwać na stanowisku przywódcy Rosji do końca swojej obecnej kadencji. Nie powinien jednak kandydować na kolejną, ani w inny sposób próbować przedłużyć swoich rządów.

Przed kryzysem ukraińskim perspektywy rysowały się zupełnie inaczej. Pozycja Rosji ulegała stale wzmocnieniu na wewnątrz i na zewnątrz. Odzyskanie Czeczenii, konsolidacja państwowości rosyjskiej, renacjonalizacja części majątku narodowego, rozprawienie się z otwarcie opozycyjnymi oligarchami, zwycięstwo nad Gruzją, zrównoważenie rosyjskiego budżetu państwowego, budowa kolejnych gazociągów do Europy, uratowanie Syrii, konserwatywny zwrot w rosyjskiej polityce wewnętrznej i – prawem echa – podobne kroki ze strony władz Białorusi i Kazachstanu, nawet zapowiedzi odejścia od dolara amerykańskiego jako od środka tezauryzacji – wszystko to było pasmem następujących jeden po drugim sukcesów obecnego prezydenta. Wydawało się wobec tego, że pozostanie przez niego jak najdłużej przy władzy byłoby scenariuszem pożądanym. W kręgach konserwatywnych dawały się nawet słyszeć głosy, że W. Putin powinien ogłosić się carem. Porażka na Ukrainie i wcześniejszy rozwód z żoną zmieniają jednak biegunowo polityczną i moralną ocenę jego rządów.

W. Putin nie nadaje się na przywódcę Rosji. Jest do tego za słaby i powinien ustąpić pola komuś silniejszemu, podobnie jak uczynił to Borys Jelcyn pod koniec swojej kadencji. Najlepszym, co może obecny szef rosyjskiego państwa uczynić dla Rosji, to namaścić na swojego następcę – „delfina” spośród patriotycznych funkcjonariuszy swojej administracji i stopniowo przekazywać mu władzę, tak by w 2016 r. sukcesja odbyła się równie bezboleśnie jak w 1999 r. odbyło się namaszczenie samego W. Putina.

Kandydatów nie brakuje, by wymienić choćby Siergieja Głazjewa, Dmitrija Rogozina, Siergieja Iwanowa, Aleksieja Puszkowa, czy Siergieja Szojgu. Najlepszym spośród nich kandydatem byłby chyba wywodzący się z polskiej szlachty Dmitrij Rogozin. To on właśnie starał się organizować polityczne i wojskowe wsparcie dla walczącego ludu Donbasu i to jego staraniem rosyjscy nacjonaliści organizowani byli w grupy ochotnicze, szkoleni, zbrojeni i wysyłani do Doniecka i Ługańska To D. Rogozin odpowiedzialny jest również za rosyjskie wsparcie dla  Naddniestrza i Gagauzji oraz za całość rosyjskiej polityki wobec Mołdowy. D. Rogozin rozumie przy tym Polskę i Polaków, często w swoich wypowiedziach podkreśla wpływ polskiego romantyzmu na swoją życiową postawę, nie szczędząc jednak przy tym władzom naszego państwa słusznej krytyki za wysługiwanie się Waszyngtonowi i awanturnictwo w polityce zagranicznej.

Scenariuszem umiarkowanie optymistycznym byłoby zatem, gdyby W. Putin przekazał władzę w Rosji komuś o silniejszej niż on sam osobowości i charakterze, a przy tym o patriotycznych poglądach. Następca taki musiałby podjąć starania dla zachowania rosyjskiego Krymu i zdefiniowania na nowo międzynarodowej roli Rosji, po tym jak straciła ona swoją ukraińską „Algierię”. Najpewniej byłby to rosyjski wariant „kemalizmu” z elementami panslawizmu, to jest konsolidacja wewnętrzna na gruncie nacjonalistycznym i uzasadniane panrusizmem wsparcie dla rodaków poza granicami Rosji. Więcej by w tym było z Aleksandra Sołżenicyna, niż z Aleksandra Dugina. Panslawizm zwyciężyłby zza grobu z eurazjatyzmem.

II. Scenariusz umiarkowanie pesymistyczny

Możliwy jest jednak również wariant negatywny. W. Putin może chcieć zapewnić sobie „miękkie lądowanie”, jednak zarazem przekazać władzę nie siłom patriotycznym, ale liberalnym i technokratycznym. To chyba najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju wypadków.

Pamiętajmy, że w 2008 r. W. Putin przekazał władzę nie wspomnianemu już S. Iwanowowi, tylko  bezpłciowemu technokracie Dmitrijowi Miedwiediewowi, który do dziś pozostaje szefem rosyjskiego rządu, tworząc z niego matecznik liberałów i zapadników – nazywanych przez A. Dugina „szóstą kolumną”.

Pamiętajmy również, że W. Putin sam jest liberałem [1]: wywodzi się z grupy bliskich współpracowników liberalnego mera Sankt-Petersburga, Anatolija Sobczaka. Córka zmarłego  w 2000 r. A. Sobczaka, Ksenia jest jedną z głównych twarzy rosyjskiej opozycji demokratycznej (i modelką pornograficznej prasy). Warto też pamiętać, że w 1991 r. W. Putin poparł B. Jelcyna wobec puczu Giennadija Janajewa, a w 1993 r. ponownie poparł go wobec patriotycznej opozycji parlamentarnej. Wreszcie pamiętajmy, że wbrew tworzonej w naszym kraju przez rozmaitych paranoików spiskologii, KGB z którego wywodzi się W. Putin, było w czasach radzieckich formacją reformistyczną. To właśnie z KGB wywodził się Jurij Andropow, który już na początku lat 1980' przygotowywał w ZSRR „pieriestrojkę”. Kuźnią patriotycznych kadr był w Związku Radzieckim wywiad wojskowy GRU. Demonizowane u nas KGB było tymczasem formacją skażonych zachodnim duchem ideologicznych i politycznych oportunistów [2].

Gdyby zatem W. Putin przekazał władzę komuś ze swojego technokratyczno-liberalno-prozachodniego otoczenia, spodziewać by się należało deklaracji „resetu” w stosunkach Rosji z Zachodem. Nowy prezydent najpewniej oddałby Ukrainie Krym w zamian za podpisanie korzystnego dla Rosji dwustronnego układu o przyjaźni i współpracy i rozmaite koncesje energetyczne i gospodarcze. Zapewne czujący się zagrożonymi przez Ukrainę mieszkańcy Krymu zostaliby stamtąd w sposób planowy ewakuowani do Rosji. Moskwa zrezygnowałaby z poszukiwania własnej idei narodowej i dołączyła ideologicznie do Zachodu. Stałaby się silnym państwem o znaczącej roli wynikającej z pozostających w jej dyspozycji zasobów energetycznych. Rosja stałaby się typowym państwem BRICS – dającym się wpisać w geoekonomiczne prognozy zachodnich analityków stosunków międzynarodowych. Paradygmat ideologiczny i system wewnętrzny Rosji upodobniłby się do zachodniego. Zarazem, władza i państwowość pozostałyby stabilne, a Rosjanie zachowali dotychczasowy poziom życia.

III. Scenariusz pesymistyczny

Można sobie wyobrazić jeszcze inny, choć najmniej na szczęście prawdopodobny rozwój wypadków. Pomimo upokorzenia i zrujnowania swojego wizerunku jako „silnego człowieka” i „patrioty”, W. Putin może wcale nie chcieć oddać władzy. Starzejący się „satyr” wciąż będzie grał rolę „samca alfa”, nie mogąc się pogodzić z tym, że jego czas już minął i pora ustąpić miejsca silniejszym i bardziej energicznym od siebie. To bardzo częsta przypadłość polityków, że „przyrastają” do stołków i po kilkunastu latach niezmiennego siedzenia na nich, nie umieją wyobrazić już sobie innego życia. Nie mamy żadnych danych, by domniemywać jak zachowa się W. Putin. Może okazać równą dojrzałość jak B. Jelcyn i zrozumieć, że wobec rozstrzygającego historycznie dla swojego narodu wyzwania nie podołał, gdy zatem tylko pojawi się ktoś będący go w stanie odciążyć od przerastającej go już wyraźnie funkcji, W. Putin może zwolnić mu miejsce. Może też jednak stać się inaczej.

Gdyby W. Putin trzymał się kurczowo władzy, dla Rosji mogłoby okazać się to tragiczne. Władza bowiem byłaby mu wydzierana kolejnymi kawałkami. Dziś zabrali mu Ukrainę i dopuścili się prowokacji na pograniczu. Jutro zaczną się prowokacje w Czeczenii lub na Kubaniu. Pojutrze może będą już groźby NATO i zajęcie Abchazji, Osetii i Naddniestrza. W dalszej kolejności głowę podniesie „piąta kolumna” w samej Rosji i w Moskwie wyrośnie miejscowa kopia „Majdanu”. Finałem tego dramatu ludzkiej małości z jednej, a zdrady z drugiej strony, byłoby rewolucyjne załamanie państwowości rosyjskiej i być może nawet zniknięcie Rosji w dzisiejszych jej granicach z mapy świata.

Z pewnością wyłonione z moskiewskiego „Majdanu” nowe władze ustąpiłyby natychmiast z Krymu, choć to akurat byłoby najmniej dotkliwe, w porównaniu ze zniszczeniami jakich rozmaite Aleksije Nawalne, Gari Kasparowy, Michaiły Kasjanowy i Władimiry Ryżkowy mogłyby dokonać w aparacie państwa rosyjskiego.  Wyobraźmy sobie przyszłość Rosji pod rządami kogoś pokroju libertariańskiego paranoika i regularnego zdrajcy np. Władimira Bukowskiego [3], a będziemy mieli miarodajny obraz rysującej się na horyzoncie tragedii. Rządy opłacanych przez USA prozachodnich zdrajców z „Bołotnoj Ploszczadi” z pewnością skończyłyby się fragmentacją państwa rosyjskiego, a być może nawet wojną domową – gdyby lud rosyjski powstał przeciwko takiej okupacji.

Tragiczna epopeja Donbasu mogłaby powtórzyć się na większa skalę w Rosji. Zna ona przecież ze swojej historii wielkie i zatrważające wojny ludowe w rodzaju powstania Bołotnikowa lub powstania Pugaczowa. Zawsze kończyły się one jednak klęską i masakrą ludu rosyjskiego. Tego rodzaju dramat mógłby rozegrać się jeszcze raz, tym razem na naszych oczach. Widzieliśmy już podobny bunt, tyle że abortowany w zarodku, w końcu 1993 r. Być może jednak tym razem współcześni odpowiednicy Aleksandra Ruckoja, Rusłana Chasbułatowa i Alberta Makaszowa mieliby więcej szczęścia? Rosyjska wojna domowa byłaby jednak - niezależnie od tego, kto by w niej zwyciężył – zupełnym załamaniem państwa rosyjskiego i jego międzynarodowej pozycji.

Wielka Smuta

Wbrew wszystkim początkowym nadziejom (żywionym również przez niżej podpisanego), bilans dotychczasowych rządów W. Putina czyni go, obok Mikołaja II i Michaiła Gorbaczowa, jednym z najgorszych przywódców Rosji na przeciągu ostatnich stu lat. Historia Rosji jest historią powolnego wzrastania w siłę i mozolnej ekspansji, przerywanych okresami gwałtownych, katastrofalnych załamań. Takim załamaniem była pierwsza Wielka Smuta początku XVII w. Była nim również inwazja Napoleona Bonaparte na początku XIX w. Kolejnymi tąpnięciami były wojna krymska, pierwsza i następnie druga wojna światowa, wreszcie zaś rozpad ZSRR. Za każdym razem, znokautowana Rosja podnosiła się i na dawnym lub nowo obranym kierunku geopolitycznym wetowała sobie doznane straty. Zazwyczaj towarzyszyła temu jednak zmiana władcy, a niekiedy nawet załamanie dotychczasowego systemu politycznego (dynastii panującej) i zastąpienie ich nowymi.

Dziś Rosja wchodzi właśnie w podobnej rangi kryzys, w kolejną „smutę”, spowodowaną cofnięciem granic geopolitycznych tego państwa do stanu z XVI w. Rosja bez Ukrainy jest bowiem tym, czym Francja bez Algierii, Chiny bez Tajwanu, Serbia bez Kosowa, lub Boliwia bez dostępu do Pacyfiku. Obecny kryzys ukraiński, pod względem swojej struktury, da się porównać do wojny krymskiej lat 1853–1856. Upadek Słowiańska zajętego przez siły ukraińskie to współczesny odpowiednik zajęcia Sewastopola przez wojska zachodnie we wrześniu 1855 r. Wówczas, skutkiem było zastąpienie konserwatywnego uniwersalizmu Mikołaja I nacjonalistycznym partykularyzmem i społecznym modernizmem Aleksandra II. Car-nacjonalista ustąpił Zachodowi basen czarnomorski, a później odsprzedał też Alaskę. Czy zatem następca W. Putina zakończy spór ukraiński na warunkach Zachodu i odsprzeda rosyjski Krym? Gdyby władzę objął na przykład D. Miedwiediew – byłoby to całkiem prawdopodobne.

A może nowy władca Rosji, tak jak w XIX wieku Aleksander II, wobec klęski na południowym zachodzie (Gruzja i Ukraina), zwróci politykę Rosji w kierunku, gdzie napotyka ona na mniejszy opór, to jest do Azji Centralnej? „Wielki” (według Edwarda Raczyńskiego, w rzeczywistości wielkość ta znajdowała wyraz głównie w jego fizycznej posturze) car nie tylko stracił dla Rosji Morze Czarne i Alaskę, ale też zyskał Turkiestan. Może zatem odepchnięta na zachodzie Rosja, zwróci się w stronę Chin? Gazowy „kontrakt stulecia” pomiędzy rosyjskim Gazpromem a chińską CNPC z końca maja tego roku jest być może pierwszym krokiem na drodze tego rodzaju reorientacji polityki rosyjskiej. A pamiętajmy, że po ekspansji w Turkiestanie, „kwestia wschodnia”, to jest kwestia preponderancji w basenach Morza Czarnego i wschodniej części Śródziemnego, w polityce XIX-wiecznej Rosji powróciła. Po niecałych dwudziestu latach od klęski w wojnie krymskiej.

Fot. www.gazettenet.com

______________________________________
1. Można by przeprowadzić analogię, że W. Putin to ktoś w rodzaju rosyjskiego odpowiednika Jana Marii Rokity; człowiek niewątpliwie elokwentny, jak na standardy demoliberalne oczytany, ze skłonnością do pozerstwa i kreowania się na „silnego przywódcę”, w rzeczywistości jednak o słabym charakterze, banalnej osobowości i wąskich horyzontach. Niedoszłego polskiego „Viktora Orbana” wypchnęła z polityki jego własna żona. W. Putina ograło parę tysięcy „kiboli” z metalowymi kijami ma Placu Niepodległości w Kijowie. Obydwaj zawiedli jako „silni ludzie” i skompromitowali się jako mężczyźni, obydwaj okazali się pozerami, obydwaj są rozwodnikami. Genealogie polityczne obydwu każą widzieć w nich liberałów. Kategorie rozumianej organicznie ojczyzny, Eurazji, Imperium znajdują się poza horyzontem intelektualnym W. Putina, podobnie jak to, że można rządzić w sposób inny niż demoliberalny, znajduje się poza horyzontem myślowym Jana Marii Rokity. Oczekiwać od W. Putina budowy imperium eurazjatyckiego było równą naiwnością, jaką byłoby spodziewać się po Janie Marii Rokicie budowy Imperium Europejskiego. Oni po prostu takich kategorii nie rozumieją. To zekonomizowani, choć patriotycznie nastawieni, prawicowi liberałowie. Dzisiejsza polska prawica nabrała się na W. Putina, podobnie jak kiedyś meksykańscy konserwatyści nabrali się gen. A. L. de Santa Annę, polscy konserwatyści na J. Piłsudskiego, francuska prawica na gen. Ch. de Gaulle'a.

2. Szukając analogii w naszym kraju, można by wskazać tworzony na początku lat 1990' spośród studentów Wydziału Prawa UW „atlantycki” UOP i rekrutujące się spośród wojskowych z czasów Układu Warszawskiego „kontynentalne” WSI (których likwidacja nieprzypadkowo stała się obsesją neokonserwatywnego PiS).

3. Pod względem światopoglądowym, gdyby chcieć szukać w Polsce analogii wobec tego szaleńca, należałoby wskazać cierpiącego na antysemicką paranoję i postkomunistyczną manię prześladowczą Stanisława Michalkiewicza. Wierny towarzysz Janusza Korwin-Mikkego od lat, tak samo jak W. Bukowski, pisze o wszechmogących i wszechwiedzących „razwiedkach”, pałając maniakalną wręcz nienawiścią do służb informacyjnych i do państwa jako takiego. Pod względem szkodliwości jednak, W. Bukowski bardziej niż marginalnego i powszechnie obśmiewanego S. Michalkiewicza, przypomina działającego na gruncie polskim szkodnika dużo większego kalibru – Bronisława Wildsteina, który, korzystając, podobnie jak Bukowski, z luki w prawie, ujawnił tajne materiały państwowych służb informacyjnych. Tak czy inaczej, wszyscy trzej wymienieni powinni skończyć przed sądem.

Czytany 3673 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04