niedziela, 13 luty 2011 10:02

Robert Potocki: Państwo dysfunkcyjne w perspektywie geopolitycznej

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

ruina  dr Robert Potocki

Wraz z upadkiem systemu komunistycznego w latach 1989-1991 zniknęła „prostota” ówczesnego bipolarnego ładu globalnego. Na gruzach systemu jałtańsko-poczdamskiego nie pojawił się bynajmniej „koniec historii”, jak swego czasu wieścił to Francis Fukuyama, lecz nowy nieład planetarny identyfikowany głównie ze „zderzeniem cywilizacji” Samuela Huntingtona.

Nie doprowadziło to do stabilizacji systemu międzynarodowego. Wręcz przeciwnie – wyłaniający się porządek postzimnowojenny oraz towarzyszące temu procesy wielopłaszczyznowej i wielokierunkowej globalizacji sprzyjają dalszemu pogłębieniu się złożoności, ale i współzależności w ramach tego projektu. Inicjatywom internacjonalizacji, instytucjonalizacji towarzyszy bowiem stan pewnej anarchizacji i defragmentacji krajów znajdujących się w stanie permanentnego kryzysu politycznego [1]. Owe przypadki mogą wywoływać niekiedy stan niestabilności międzynarodowej, zwłaszcza kiedy to dotyczy krajów geopolitycznie osiowych, gdyż może to pociągać za sobą poczucie osaczenia ze strony poszczególnych graczy na „globalnej szachownicy” [2].

 

Z jednej strony jest to zatem czas unifikacji oraz demokratyzacji, z drugiej zaś na peryferiach systemu światowego następuje proces niekontrolowanego rozpraszania różnego rodzaju czynników natury militarnej, politycznej i gospodarczej w wyniku czego system zachodni stoi w obliczu permanentnego i długotrwałego zagrożenia asymetrycznego [3]. Zdaniem Richarda Haasa jest to zatem „epoka deregulacji”, podczas gdy Roberta Kaplan ostrzega przed postępującą anarchizacją systemu międzynarodowego [4].

W tym przednowoczesnym świecie podstawowe zagrożenie nie wynika z potęgi (siły) konkretnego kraju, lecz raczej jego słabości (dysfunkcyjności/dysfunkcjonalności), nieprzewidywalności, a nawet zaniku struktur państwowych wskutek osłabienia/utraty przez konkretny „ośrodek siły” – z przyczyn wewnętrznych – funkcji władczych, głównie w zakresie samo- i całowładności. Mamy tu zatem do czynienia ze zjawiskiem – które zostało przez G. Helmana i S. Ratnera – określone mianem Failed States („kraju upadłego”). Pionierami, którzy podjęli to zagadnienie byli Robert Kaplan i Chester Croker [5], zaś w 2008 roku wyszła monografia Ashrafa Ghaniego i Clare Lockharta poświęcona tej tematyce [6]. Z kolei w Polsce pisali na ten temat Jan Milewski, Stanisław Bieleń, Roman Kuźniar, Marcin Andrzej Piotrkowski, Jerzy Zajadło oraz Robert Potocki [7].

Według Roberta Coopera świat przednowoczesny (Chaos Power, Global Anarchy) obejmuje „kraje” znajdujące się na etapie przedpaństwowym i przedimperialnym oraz położone głównie na peryferiach systemu światowego. Wprawdzie tworzą go organizmy geopolityczne spełniające formalne wymogi międzynarodowego prawa publicznego, jednak w praktyce są to swoiste nie-państwa. Brak im bowiem spoistości wewnętrznej, ponadto de facto nie spełniają kryterium posiadania monopolu na stosowanie przymusu i siły fizycznej na własnym terytorium. Na ich obszarach panuje stan chronicznej anarchii, chaosu oraz wojny wszystkich ze wszystkimi oraz związanych z tym takich problemów jak trybalizm, ubóstwo, epidemie, kryzysy migracyjne, czystki etniczne i rasowe, terroryzm czy też zorganizowana przestępczość. Także w środowisku międzynarodowym ich głos jest słabo słyszany z uwagi na ewidentną słabość ekonomiczną, polityczną oraz niską spoistość społeczną. W konsekwencji kojarzone są one głównie z „krajami upadłymi”, „państwami-widmami” lub wręcz z „ziemią niczyją” [8].

Zgodnie z przyjętymi przez przez Failed States Index kryteriami sporządzonymi przez The Found for Peace oraz „Foreign Policy” z państwem dysfunkcyjnym/dysfunkcjonalnym [9], zwanym popularnie „krajem upadłym” mamy wówczas do czynienia, kiedy „[...] rząd traci kontrolę nad swym terytorium, bądź też nie posiada już monopolu na prawomocne użycie siły. Innymi symptomami rozkładu takiego państwa są: erozja systemu legitymizacji, niezdolność do zarządzania służbami publicznymi oraz utrata monopolu na reprezentowanie państwa w środowisku międzynarodowym” [10]. W tym przypadku zjawisko to opiera się na kilkunastu – subiektywnych z osobna – wskaźnikach zagrożenia państwa, które możemy sprowadzić do trzech zasadniczych uwarunkowań, działających jednak na zasadzie naczyń połączonych:

1. Sfery publicznej – demografia, procesy migracyjne, zinstytucjonalizowane wykluczenie pewnych grup społecznych, religijnych, etnicznych i rasowych, drenaż intelektualistów i naukowców przez inne podmioty;

2. Czynników ekonomicznych – nierównomierny rozwój gospodarczy i podział bogactwa narodowego, permanentna zapaść ekonomiczna, co pociąga za sobą zubożenie oraz wywołuje sytuację rewolucyjną;

3. Kondycji politycznej instytucji – oligarchizacja i autokratyzacja struktur decyzyjnych, stopniowe pogorszenie się jakości zobowiązań publicznych (służba zdrowia, edukacja, telekomunikacja, transport, kanalizacja), wzrost represyjności danego reżimu i powszechnego naruszania systemu normatywnego, bezkarność służb bezpieczeństwa oraz pojawienie się prywatnych organizacji paramilitarnych (milicji), wzrost tendencji populistycznych i nacjonalistycznych/trybalistycznych oraz obecność wojskowa podmiotów zewnętrznych (siły pokojowe, pomoc humanitarna), choć niekoniecznie konkretnych krajów (mogą to także być korporacje wojskowe sponsorowane przez wielkie korporacje transnarodowe) [11].

W tej nowej jakości stosunków międzynarodowych chodzi zatem o coś innego niż tylko utrata niepodległości czy też katastrofa humanitarna. Jeśli bowiem uwzględnimy klasyczną już triadę definiującą pojęcie państwa: terytorium – ludność – władza, to w myśl międzynarodowego prawa publicznego w przypadku „kraju upadłego” wszystkie te warunki wydają się być nominalnie spełnione. Rzecz jednak w tym, że tylko formalnie. Problem bowiem polega na jakości świadczonych przez instytucje usług publicznych oraz osłabieniu zasad samo- i całowładności określonej przestrzeni publicznej, w przeciwieństwie do zjawiska dezagregacji państwa (świadomego ograniczenia segmentów wykonywania władzy centralnych), która się wiąże z procesami postępującej regionalizacji oraz globalizacji [12].

Jest to zatem taki stan istnienia państwa, które znajduje się w stanie wegetatywnym, na dość niejednoznacznym pograniczu między bankructwem politycznym a samounicestwieniem. Wobec tego mamy to do czynienia nie tylko z naruszaniem podstawowych atrybutów suwerenności, takich jak: polityka zagraniczna, finansowa, wojskowa; zjawisko to wiąże się także z osłabieniem lub wręcz unicestwieniem potencjału instytucjonalnego. Prowadzi to do zaniku zdolności tworzenia i egzekwowania prawa oraz niewypełniania przez państwo typowych dla niego funkcji minimalistycznych [13].

W praktyce międzynarodowej proces tworzenia państw dysfunkcyjnych po zakończeniu Zimnej Wojny dotyczy w dużej mierze obszarów środkowoamerykańskiego, interrioru afrykańskiego oraz eurazjatyckich Bałkanów. Trzeba jednak w tym miejscu zaznaczyć, iż w tym przypadku podstawowe przyczyny i stopień rozkładu może być różny dla konkretnego kraju. Zwyczajowo przyjmuje się, że zjawisko to można podzielić na trzy typy: państwo predysfunkcyjne (słabe), państwo paradysfukcyjne (upadające) oraz właściwe państwo dysfunkcyjne (upadłe) [14]. Granica między nimi jest jednak zasadniczo nieostra oraz czysto umowna; w praktyce także służy głównie do teoretycznego opisu zastanej rzeczywistości społeczno-politycznej.

Z perspektywy Zachodu kraje upadłe to przede wszystkim państwa stanowiące „miękkie” zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego [15]. W filozofii politycznej Unii Europejskiej, odwołującej się do zasad poprawności politycznej, nazwa ta ma sugerować, iż pewne kategorie podmiotów prawno-międzynarodowych, wskutek własnych błędów i nieprawości samoistnie wykluczyły się z grona społeczności cywilizowanej. Dlatego też w niniejszym studium przez państwo dysfunkcyjne rozumiemy organizm polityczny w rozumieniu międzynarodowego prawa publicznego, który z przyczyn wewnętrznych nie jest w stanie w pełni kontrolować, wykonywać i wykorzystywać atrybutów suwerenności na swym terytorium oraz w stosunkach zewnętrznych [16].

Tabl. 1. Cechy państwa dysfunkcyjnego

1

Źródło: Opracowanie autora

Omawiane tu zjawisko jest jednak stosunkowo nowe, zaś cała dotychczasowa tradycja normatywna oraz pragmatyka nie przewidywała powstania tego rodzaju fenomenu w globalnej przestrzeni publicznej. Trzeba się w tym miejscu zgodzić z Jerzym Zajadło, iż już samo mówienie o dysfunkcjonalności państwa jest zwykłą tautologią. Mamy bowiem w tym przypadku do czynienia z pojęciem, które posiada podwójne znaczenie: empiryczne oraz normatywne. Z jednej strony samo w sobie jest już ono zaprzeczeniem konstrukcji „państwa normalnego”, z drugiej zaś – jest to zjawisko realnie istniejące na arenie międzynarodowej [17]. Jednakże przekształceniu się państw w organizmy polityczne określane mianem dysfunkcyjnych sprzyja do pewnego stopnia istniejący ład globalny oraz brak wystarczających instrumentów nacisku (perswazji) ze strony społeczności międzynarodowej. Problem dysfunkcyjności wiąże się również z występowaniem dwóch wzajemnie przenikających się czynników:

1. Ubóstwa organizmów politycznych niedorozwiniętych strukturalnie i instytucjonalnie;

2. Panowania lub też istnienia tradycji posiadania przez te kraje systemu autokratycznego (najczęściej prezydencko-oligarchicznego).

Reżimy w państwach, które charakteryzowały się wspomnianymi cechami możemy z powodzeniem nazwać (nawiązując do określenia Maxa Webera) „neopatrymonialnymi”, albowiem w tym przypadku godność prezydenta jest z reguły traktowana jako forma zwierzchności lennej (Patrymonium), zaś biurokracja nie służy w tym przypadku jako narzędzie administrowania, lecz źródło nepotyzmu i oligarchii. Ponadto zachodzi tu zjawisko monizmu sfery politycznej, wojskowej, gospodarczej i finansowej. W tym przypadku struktury państwowe, zabiegając o rozszerzenie wpływów oligarchicznych, stopniowo przejmowały coraz więcej funkcji władczych, aż do osiągnięcia „punktu krytycznego”, po którym rozpoczynał się proces „defeudalizacji”, charakteryzujący się demonopolizacją i delegitymizacją dotychczasowego układu władzy.

Należy przy tym zastrzec, że przyjęta tu definicja państwa dysfunkcyjnego oznacza jedynie pewną kategorię modelową. W praktyce jednak zaliczenie jakiegokolwiek kraju do kategorii „kraju upadłego” lub jego pochodnych jest sprawą samą w sobie dość dyskusyjną i niekiedy niejednoznaczą. Należy tu także poczynić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze rozkład państwa słabego nie zawsze i niekoniecznie musi mieć charakter liniowy, co oznacza, że zjawisko to może być nie tylko procesem stopniowalnym, lecz i odwracalnym. A po drugie – granica pomiędzy poszczególnymi etapami rozkładu suwerenności jest płynna i rozłożona w czasie. To zaś wskazuje na podstawowe trudności w określeniu konkretnych czynników sprawczych, które generują tą zapaść. W sumie wszystko zależy zatem od konkretnych przypadków, powstałych okoliczności i reakcji społeczności międzynarodowej [18].

Wracając jednak do teoretycznej natury naszych rozważań należy stwierdzić, iż w efekcie końcowym powstaje organizm dysfunkcyjny, który cechuje: słabość funkcjonalna, osłabienie potencjału instytucjonalnego, delegitymizacja władzy, atomizacja społeczeństwa, demonopolizacją władzy administracyjnej i wojskowej oraz deterytorializacja. Z punktu widzenia społeczności międzynarodowej oznacza to zaś: destabilizację regionalną, pojawienie się problemu uchodźstwa oraz łamanie elementarnych praw człowieka (łącznie ze zjawiskiem czystek etnicznych i ludobójstwem), a także – stanowi podatny grunt dla funkcjonowania zorganizowanej przestępczości transgranicznej (głównie chodzi tu o przemyt broni, narkotyków, materiałów radioaktywnych i handel ludźmi) i międzynarodowego terroryzmu. Stosunkowo „nowym” zjawiskiem jest również zapaść państwa z powodu bankructwa finansowego (casus Republiki Środkowej Afryki z 2005 roku), choć katastrofy humanitarne III świata nie budzą już takich emocji i wydają się już trwałym elementem ładu globalnego (przykład Haiti z 2010 roku) [19].

Tabl. 2. Państwa dysfunkcyjne w 2010 roku według „Foreign Policy”

2

Źródło: The Rankings 2010, (29 VI 2010).

Najbardziej charakterystyczną cechą omawianego fenomenu są jednak przede wszystkim krwawe i długofalowe wewnętrzne konflikty zbrojne o niskiej intensywności. Jest to bowiem klasyczny świat hobbesowski „walki wszystkich ze wszystkimi o wszystko”. W państwach dysfunkcyjnych mamy bowiem do czynienia ze zjawiskiem wojny odpaństwowionej, której podstawowym celem nie jest powrót do status quo, czy też stabilizacja, lecz trwanie stanu „zorganizowanej anarchii”. W przypadku klasycznej destabilizacji władzy państwowej przywrócenie porządku polega z reguły na doprowadzeniu do podpisaniu kompromisu narodowego, tymczasem w krajach dysfunkcyjnych o wojnie i pokoju nie decyduje społeczeństwo, lecz ci, którzy dysponują największym arsenałem i określoną gotowością do użycia przemocy. Nie jest to także typowy konflikt zbrojny, lecz długoterminowy proces wzajemnego przenikania się grup paramilitarnych oraz zorganizowanej przestępczości. Wynika to z faktu, iż z chwilą zakończenia Zimnej Wojny oficjalnie zanikło zjawisko sponsoringu wojen lokalnych przez mocarstwa. Aby w tej sytuacji zapewnić sobie źródła finansowania oraz zracjonalizować koszta prowadzenia tego typu „operacji militarnych” doszło do swoistej ich prywatyzacji przez miejscowych watażków (Warlords), barbaryzacji – w której przeciwnicy (zazwyczaj są to lokalne milicje lub organizacje paramilitarne) wzajemnie się „oszczędzają”, kosztem ludności cywilnej, archaizacji – gdzie głównym narzędziem do zabijania staje się broń lekka lub biała (szczególnie maczety), komercjalizacji – gdyż, to głównie miejscowi „przywódcy’ są beneficjentami wojny [20].

Ponieważ, jednak jak pokazuje to w swoich rozważaniach Robert Kagan, paradygmat hobbesowski nie stracił jednak na swej aktualności, nadal na arenie międzynarodowej obowiązuje zasada realizmu geopolitycznego [21]. W tej sytuacji nie należy się dziwić, że istnieje ścisła zależność między państwem dysfunkcyjnym a państwem-moderatorem (mocarstwem) danego układu geostrategicznego w konkretnym subregionie. Kohabitacja ta sprowadza się do stwierdzenia, że mocarstwa kontynentalne są do pewnego stopnia zainteresowane w istnieniu i podtrzymywaniu analizowanego tu zjawiska. Wynika to z przekonania, które wyrażą chociażby motto przytoczone na początku niniejszego studium. Ponadto samo istnienie tego fenomenu wpływa w sposób znaczący na wielkość i chłonność rynku handlu bronią (głównie lekką, choć równocześnie jest to doskonała okazja aby pozbyć się także egzemplarzy „historycznych” i to po wyśrubowanych cenach), zapewnia dostęp do relatywnie tanich surowców strategicznych, czy też obszarów geopolitycznie osiowych. Z drugiej zaś strony wpływa to destrukcyjnie, osłabiając ich potencjał społeczno-gospodarczy, na kraje ościenne, które nie mogą sobie poradzić z takimi zjawiskami jak: wzrost pospolitej przestępczości, handel ludźmi, prostytucja, przemyt narkotyków, problem migracji, czy też „dzieci wojny” oraz chroniczny stan wojny niskiej intensywności. Z tej perspektywy państwo dysfunkcyjne pełni równocześnie rolę specyficznego stabilizatora, a zarazem destruktora systemu polityczno-gospodarcego. W konsekwencji mamy tu do czynienia z wyjątkowym procesem samozapętlenia „kraju upadłego” w środowisku międzynarodowym.

Jak wynika z poniższego schematu ośrodek decyzyjny w kraju dysfunkcyjnym – zdając sobie sprawę z ewidentnych słabości strukturalnych oraz podtrzymania stanu wojny permanentnej z powodów czysto egzystencjalnych, które stanowią dla niego „być albo nie być” samego istnienia – stara się, przy pomocy czynników grupy A, oddziaływać demoralizująco na państwa posiadające w tym regionie określone interesy geopolityczne. Mechanizm ten wpływa równocześnie w sposób negatywny na samo środowisko międzynarodowe, generując określone uwarunkowania destabilizujące (zakłócające) ład globalny. W celu wywarcia presji wykorzystuje się lobby strategiczne, które zapewnia o potencjalnych korzyściach płynących z posiadania „swojego autokraty” bądź też odwołuje się do moralizatorskich skłonności społeczeństw zachodnich wykorzystując w tym celu syndrom „pożytecznych idealistów”. W efekcie państwo modelujące ład regionalny, kierując się powyższymi racjami, wykorzystuje – świadomie lub nie – czynniki grupy B do podtrzymania stanu wojny w kraju dysfunkcyjnym. Trzeba jednak podkreślić, że oficjalnie polityka ta ma głównie na celu powstrzymanie stanu wojny i ustabilizowanie ładu regionalnego, choć niezmiernie rzadko pada tu pytanie o ramy czasowe i skuteczność tego rodzaju strategii. W efekcie końcowym system zachodni – demoralizowany przez czynniki grupy A oraz przekonany o efektywności instrumentów grupy B nie stworzy spójnej i długofalowej wizji politycznej zmierzającej do zlikwidowania konfliktu oraz prowadzi politykę oficjalnego zdystansowania się (Akreacjonizm), co powoduje też, że społeczność międzynarodowa nie wykazuje ani woli politycznej, ani też nie posiada wystarczających instrumentów dyscyplinujących państwo dysfunkcyjne (Adecyzjonizm).

Schemat 1. Samozapętlenie państwa dysfunkcyjnego w środowisku międzynarodowym

schem

A – Surowce strategiczne, „brudne pieniądze”, przemyt narkotyków, handel ludźmi, nielegalne transplantacje narządów, uchodźcy, położenie geograficzne.
B – Pomoc humanitarna, „wyprane pieniądze”, broń lekka, najemnicy i instruktorzy wojskowi, wojskowe akcje punktowe

Źródło: R. Potocki, M. Kocoń, op.cit., s. 328.

Aby równocześnie modelowi temu nadać cechy racjonalności „kraj upadły” w swojej propagandzie i wszelkiego rodzaju innych strategiach wywierania wpływu w oddziaływaniu na zachodnią opinię publiczną zwraca uwagę , że każda potencjalna „interwencja wygaszająca” to nic innego jak tylko powrót do polityki neokolonialnej zmierzającej wprost do Huntingtonowskiego „zderzenia cywilizacji”. Z drugiej zaś strony, odwołując się do zasad humanizmu, idealizmu oraz postkolonialnego „poczucia winy”, kraje te zwracają uwagę, że brak udzielenia systematycznej (i niekiedy długotrwałej) pomocy humanitarnej lub jej ograniczenie zmierza wprost do globalnego nihilizmu oraz generuje kolejne zagrożenia asymetryczne. W ten oto sposób państwo dysfunkcyjne, wykorzystując zasady „podwójnych standardów” tworzy autokatalityczny mechanizm funkcjonowania stanu anarchii międzynarodowej, powodując tym samym defragmentyzację ładu globalnego, w ramach którego wszystkie strony hipotetycznie zaspakajają swe cele: Zachód uspokaja swoje sumienie (gdyż w końcu pospieszył z pomocą, ale skoro oni nie umieją się dogadać ze sobą to ...), zaś ognisko konfliktu trwa nadal w stanie permanetnym (co przynosi określone zyski lokalnym autokratom, grupom przestępczym oraz nieuczciwym wielkim korporacjom transnarodowym). Z tegoż też powodu wyjście z tego rodzaju samozapętlenia jest swoistą próbą rozwiązania „kwadratury koła”.

W ten oto sposób – z powodu istnienia w świadomości Zachodu określonych zagrożeń asymetrycznych – okazało się, że to nie bynajmniej potęga, lecz słabość państwa stała się jedną z poważniejszych przyczyn dekompozycji i destabilizacji postzimnowojennego ładu globalnego. Wśród opinii zewnętrznych przeważa stanowisko, iż „kraj upadły” z uwagi na swoje ewidentne słabości wewnętrzne – może stać się bazą werbunkową lub/i logistyczną dla wszelkiego rodzaju ruchów terrorystycznych oraz ekstremizmów politycznych, które mają dość jednoznaczne antyokcydentalistyczne oblicze. Poczucie zagrożenia wojną asymetryczną idzie jednak w parze w kryzysem postmodernistycznej koncepcji społeczeństwa wielokulturowego [22]. Towarzyszy temu świadomość, że imigracja z państw dysfunkcyjnych nie tylko nie prowadzi do zmniejszenia napięć demograficznych na peryferiach systemu światowego, lecz zagraża ona już także samemu „centrum”. To z tegoż powodu niektórzy autorzy ostrzegają Europę przed zalewem elementu islamskiego (kalifatem eurabskim), a Stany Zjednoczone przed napływem emigrantów latynoskich (problem katolicyzacji USA, jak formułowania idei Mexykomeryki). Istotą tego rodzaju antagonizmu jest zasadniczo konflikt między liberalną, świecką demokracją a religijnym integryzmem reprezentowanym przez światy niezachodnie [23]. Ponadto napięcie to potęgowane jest przez fakt, że z punktu widzenia polemologii Gastona Bouthoula skłonność danego państwa do wszczynania konfliktów zbrojnych jest wprost proporcjonalna do wzrostu liczby ludzi w wieku poborowym w ramach danego społeczeństwa [24].

Z kolei do przyczyn wewnętrznych formowania się zjawiska dysfunkcyjności państwa relatywnie słabego należy zmniejszenie jego funkcji ekonomicznych. Powoduje to upadek więzi społecznych i separatyzm regionów bogatszych, które nie chcą utrzymywać już prowincji uboższych. Z drugiej jednak strony także i niedostatek generuje dalszą defragmentaryzację, gdyż staje się ona najczęściej przyczyną „plemiennego” trybalizmu/nacjonalizmu w imię domniemanych praw etnoterytorialnych [25]. Konflikty te występują najczęściej w krajach, które francuski geopolityk Yves Lacoste określa mianem „państwa beznarodowego”.

Zdaniem autora główną przyczyną zaistnienia państw dysfunkcyjnych na obszarze Czarnej Afryki oraz interriorze Azji jest „zakonserwowanie” w II połowie XX wieku istniejącego autokratycznego porządku społeczno-politycznego oraz wynikła z tego „kultura roszczeniowa”. W latach 1960-tych – w oparciu o „Kartę Afryki” uznano bowiem suwerenność państwową oraz nienaruszalność terytorialną byłych posiadłości europejskich za podstawowy wyznacznik procesu dekolonizacji. W konsekwencji zatem nie tylko zalegalizowano w ten sposób zerwanie wielowiekowych więzów terytorialnych i kulturowych, lecz ponadto nie potrafiono w czasie ostatnich dziesięcioleci niepodległości nie potrafiono dokonać skutecznych przemian instytucjonalnych, które zapoczątkowałyby budowę na tych obszarach narodu politycznego. Nie wszystkie zatem zaniechania krajów peryferyjnych można przypisać istnieniu wcześniejszego dziedzictwa kolonialnego, czy współczesnym inklinacjom neokolonialnym ze strony niektórych państw Zachodu.

Z tych to powodów zamiast spodziewanego wzrostu gospodarczego całych regionów (teoria zerowego wzrostu Walta Rostowa) kontynent afrykański pogrążył się w wojnach domowych i „afropesymizmie”, a tym samym stał się „odpadek globalizacji” (określenie Zygmunta Baumana). Natomiast odpowiedzią rozgoryczonych krajów islamskich jest „epoka wojen muzułmańskich” (wg S. Huntingtona) oraz wzrost radykalizmu religijnego. W wielu zaś państwach życie społeczne wróciło do czasów przednowoczesnych, gdzie jedyną formuła sprawiedliwości jest „równe dzielenie biedy” [26].

Nierozstrzygnięte pozostaje jednak pytanie: jak zapobiegać tworzeniu się państw dysfunkcyjnych oraz gdzie szukać wystarczających środków i metod, które pozwoliłyby leczyć tego rodzaju „chorobę”? Analizowane tu zjawisko jest, z punktu widzenia społeczności międzynarodowej, dość trudne do ogarnięcia, wygaszenia lub opanowania, gdyż w tym przypadku rzadko kiedy tradycyjne strategie „odstraszania” czy też „powstrzymywania” okazują się na skuteczne. Bywa jednak czasami i tak, że podjęte wówczas działania i tak przynoszą efekty odwrotne od zamierzonych. „W epoce ciągłych kryzysów «ostrożna dalekowzroczność» musi stać się najważniejszym elementem każdej roztropnej polityki [...]. Termin «sprzyjające warunki» nie oznacza nieuchronności konfliktu, a jedynie duże prawdopodobieństwo jego wybuchu, w przypadku, gdy decydenci zlekceważą jego oznaki [27]. Dlatego też, zdaniem Roberta Kaplana polityka zwalczania zagrożeń asymetrycznych na peryferiach systemu światowego powinna kierować się zasadami sceptycyzmu i pewnego rodzaju determinizmu. Wynika to bowiem z przekonania, że ciągła bezkompromisowość wobec rażących naruszeń praw człowieka, jak i całkowity cynizm w tej materii jest równie szkodliwy, gdyż nie tylko pogłębia proces anarchizacji państw dysfunkcyjnych, ale i generuje dalszy wzrost postaw radykalnych [28]. W pewnych okolicznościach lokalni despoci sami specjalnie prowokują społeczność międzynarodową, aby w ten sposób wymusić legitymizację swej władzy oraz zapewnić sobie dostawy potrzebnych towarów i usług. Problemem nie jest tu nadto sposób usunięcia tego despoty, lecz odpowiedź na podstawowe pytanie: co należy uczynić później, skoro mieliśmy tu do czynienia z lokalną odmianą „prawa Kałasznikowa”, opartą na spersonalizowanej formie suwerenności, która przynajmniej teoretycznie gwarantowała jakieś formy praworządności. Czasami po prostu okazuje się, że dyktatura jest lepszym rozwiązaniem (zwłaszcza ta dbająca o pozory i stroniąca od antyzachodniej retoryki), niż totalna i niekontrolowana przez żadne siły polityczno-wojskowe anarchia. Ponadto pragmatyka życia międzynarodowego pokazuje, że ani pomoc humanitarna, ani też interwencje zbrojne raczej nie rozwiązują tego rodzaju kwestii, lecz jedynie prowadzą do zamrożenia konfliktów oraz często wywołują nowe problemy natury prawnej i strategicznej.

W przypadku organizowania pomocy humanitarnej należy przyznać, że często zdarza się i tak, że w państwach dysfunkcyjnych głównym jej beneficjentem nie jest bynajmniej poszkodowana społeczność czy też uchodźcy koczujący nierzadko w prymitywnych warunkach, lecz ci, który na obszarze dotkniętym kataklizmem dysponują „silniejszymi argumentami przekonywania”. Aby temu zapobiec potrzebna jest z kolei sama obecność wojsk pokojowych ONZ, które jednak w chwilach zagrożenia wymagających użycia broni – nawet w samoobronie – unikają walki lub przepadku przejęcia konwoju przez rebeliantów stają się elementem przetargowym. Słabością sił interwencyjnych w takich przypadkach jest z reguły zbyt wąski zakres uprawnień, złożoność struktury dowodzenia, nadmiernie rozbudowany aparat administracyjny, niedoinwestowanie misji oraz zbyt krótki czas pobytu. Ponadto w przypadku obecność kontyngentów zachodnich mogą się pojawić od czasu do czasu oskarżenia o imperializm, neokolonializm oraz wykorzystywania kobiet przez żołnierzy. Z kolei w przypadku wojsk z państw III świata ich podstawową słabością jest niskie morale, złe efektywność i wyszkolenie, brak odpowiedniego ekwipunku i sprzętu specjalistycznego oraz zbyt szybkie uleganie demoralizacji [29]. Jednakże w misjach humanitarnych podstawowym wyznacznikiem powodzenia tej operacji jest przede wszystkim czas jej trwania, konieczność zapewnienia ludności cywilnej poczucia bezpieczeństwa oraz efektywna pomoc socjalna. W praktyce jednak operacje tego typu organizowane są przez państwa Zachodu pod wpływem impulsu na wieść o jakimś kataklizmie i mają głównie na celu zapewnienie pierwszej pomocy (poszukiwania ludzi, doraźna pomoc logistyczna, dostawy żywności). Ponadto trwają one tak długo, dopóki media są skłonne drążyć ten temat, po czym problem „samoistnie się sam rozwiązuje”.

Klasycznym przykładem takiego postępowania jest przypadek Haiti, gdzie w 1994 roku przeprowadzono ograniczoną interwencję zbrojną, która poza przywróceniem „porządku demokratycznego” nie doprowadziła do żadnych przemian instytucjonalnych, ani też społeczno-gospodarczych. Z kolei w 2010 roku, kiedy w kraju tym wystąpił kataklizm geograficzny reakcja ONZ w zasadzie ograniczyła się do dostarczenia artykułów pierwszej pomocy oraz namiotów. To, że w tym przypadku nastąpił rozkład władzy państwowej, która nie była w stanie wypełniać swych elementarnych zadań nie miało już dla tej organizacji większego znaczenia. Stany Zjednoczone co prawda wysłały z tego powodu ograniczony kontyngent wojskowy w celu ustabilizowania sytuacji, lecz w Europie podniosły się od razu głosy, że takie formy działania to zwykły imperializm. W konsekwencji zamiast faktycznego protektoratu Narodów Zjednoczonych i kompleksowego programu pomocowego nastąpił – jak zazwyczaj robi się w takich przypadkach -- „efekt porzucenia”, gdyż społeczność międzynarodowa trzyma się w tym przypadku bezwzględnie zasady respektowania zasady suwerenności państwowej. Jest to jednak wyłącznie swego rodzaju wymówka, gdyż – z perspektywy USA i UE – chodzi zazwyczaj o szybką efektywność zanim nastąpi „zmęczenie społeczeństwa”, zagłuszenie własnego sumienia, zamiast długoterminowej pomocy logistycznej i instytucjonalnej w celu odbudowy państwa oraz podstaw gospodarki. Nie zapominajmy przy tym o kosztach takiego projektu.

W konsekwencji też, pomoc humanitarna niekiedy zamiast pomagać niejednokrotnie służy przedłużaniu konfliktu zbrojnego (casus Sudanu) lub generuje zwiększoną przestępczość pospolitą (przykład Haiti i Somalii). Trzeba jednak zaznaczyć, że tego rodzaju pomoc, czy też operacje „strażackie” spełniają pokładane w nich nadzieje głównie w przypadku, kiedy dotyczą one krótkotrwałych i ściśle ograniczonych zdarzeń losowych, mają charakter czasowo ograniczony oraz znajdują się pod jurysdykcją międzynarodową, zaś władze krajowe nadal zachowały kontrolę nad przebiegiem wydarzeń [30].

Tabl. 3. Interwencje USA w państwach anarchizujących ład globalny w latach 1989-2010

3

Źródło: Opracowanie własne

Podobnie rzecz ma się z różnego rodzaju interwencjami zbrojnymi mającymi na celu wygaszenie lub też zażegnanie konfliktu. Zachód nie jest skłonny do użycia przemocy w stosunkach międzynarodowych w sytuacji, gdy sam nie czuje się zagrożony lub też nie zostały w sposób rażący zagrożone jego żywotne interesy strategiczne. „Gdy Zachód zastanawiał się nad interwencją w byłej Jugosławii i innych miejscach, również przyświecał mu cel, aby przemoc zastąpić sprawiedliwością [...]. Realista może mieć te same cele co idealista, lecz tylko on rozumie, że czasami, aby odnieść sukces, nie należy działać zbyt pochopnie” [31]. Dlatego też wszelkiego rodzaju interwencje (para)militarne mają racje bytu wyłącznie w sytuacji, gdy są one uzasadnione moralnie i strategicznie, kiedy ją ściśle nakreślone cele tego typu operacji, znane jest źródło finansowania oraz gdy nie złudzeń, co do uwarunkowań historycznych i ograniczeń geograficzno-politycznych: klimatu, odległości, lokalnych separatyzmów oraz ogólnego niedorozwoju kraju dysfunkcyjnego. Tego rodzaju kalkulacja z uwzględnieniem trzech elementów: interesów, możliwości oraz zagrożeń to proces skomplikowany i trudny, lecz bezwarunkowo konieczny. Formuła „selektywnego zaangażowania” jest zatem sformułowaniem zasadniczo słusznym, gdyż Zachód nie ma przecież obowiązku wybawiania poszczególnych krajów niezachodnich z opresji, jeśli tylko popadły w kłopoty z własnej winy, lecz równocześnie pociąga ona za sobą konieczność opracowania jasno zdefiniowanych kryteriów selektywności, politycznej konieczności oraz wypracowania do tego celu niezbędnych środków [32].

Społeczności międzynarodowej udało się zidentyfikować cechy państwa dysfunkcyjnego, choć nadal trwają dyskusje na temat definiowalności tego zjawiska oraz nadal nie potrafi ona stworzyć odpowiednich procedur i mechanizmów działań na rzecz uzdrowienia sytuacji panującej w takim kraju [33]. Zostały jednak wyodrębnione podstawowe zasady interwencji wojskowej pod auspicjami ONZ: precyzyjnie określony mandat, cywilne zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi, ochrona praw człowieka a nie obalanie systemu politycznego, respektowanie prawa humanitarnego, nadrzędność wypełnienia misji w stosunku do konieczności zapewnienia bezpieczeństwa formacji mandatowych i organizacji pozarządowych oraz stabilizacji władzy cywilnej [34]. Wiąże się to z potrzebą „[...] możliwie najgłębszego zrozumienia realnego stanu rzeczy [...], koniecznością uniknięcia opierania się na niesprawdzonych założeniach lub powierzchownej informacji, a zarazem poważnego i uważnego zrozumienia związków zachodzących pomiędzy różnymi aktorami uczestniczącymi w danej sytuacji, przede wszystkim zaś rozumienia sytuacji kraju, na który spadnie dobrodziejstwo interwencji” [35]. Tylko kto jest w stanie zweryfikować w sposób obiektywny i rzeczowy stan wiedzy o państwie dysfunkcyjnym skoro źródła osobowe i techniczne mogą dostarczyć jedynie cząstkowe i fragmentaryczne dane. Do tego należy liczyć się ze wspomnianą wrażliwością Zachodu na straty ludzkie w przypadku wysłania wojsk ekspedycyjnych oraz niecierpliwością społeczeństw Europy i Ameryki w przypadku przedłużania się konfliktu.

Dlatego istotne są przede wszystkim nowe rozwiązania instytucjonalne i proceduralne, a nawet terytorialne, zwłaszcza w sytuacji kiedy podstawowym zadaniem ONZ jest nie tyle prewencja czy też współtworzenie nowego ładu globalnego, lecz konserwowanie istniejącego status quo, stanie na straży idei suwerenności państwa oraz jego integralności terytorialnej [36]. Podstawą rozwiązania problemu defragmentaryzacji państwa dysfunkcyjnego może być zatem odpowiednio umotywowana i uwarunkowana interwencja zewnętrzna (Somalia, Liberia) odpowiednio ukierunkowana pomoc logistyczna, techniczna i doradztwo (Kolumbia), „wymuszony” konsensus między lokalnymi liderami polityczno-wojskowymi (Rwanda) lub wręcz podział kraju pod egidą społeczności międzynarodowej (Etiopia i Erytrea). Są to jednak zazwyczaj rozwiązania czysto funkcjonalne, które jednak nie likwidują podstaw destabilizacji. W takich przypadkach potrzebne jest już rozwiązanie kompleksowe [37]. Zdaniem autora najbardziej oryginalne rozwiązania w tej „kwadratury koła” zaproponowali Benjamin Barber i Francis Fukuyama. Odwołując się zatem do porównań natury medycznej możemy zauważyć, iz propozycja tego pierwszego autora – Lex Humana (demokracji prewencyjnej), wywodząca się z liberalnej koncepcji stosunków międzynarodowych zasadniczo postuluje wspieranie procesów samouzdrowienia państw dysfunkcyjnych przy pomocy odpowiednio dawkowanej mieszaniny leków naturalnych oraz poradnictwa psycho-fizycznego. Z kolei pesymistyczna wizja F. Fukuyamy – State-building (rekonstrukcji państwa), mająca swe źródło w paradygmacie realistycznym, zwraca uwagę w pierwszej kolejności na konieczność hospitalizowania pacjenta, odpowiednią kurację antybiotykową, a nawet jego resocjalizację [38].

Tabl. 4. Koncepcje rozwiązania problemu państw dysfunkcyjnych

4

Źródło: R. Potocki, M. Kocoń, op.cit., s. 333.

Trzeba jednak przy tym pamiętać, że nie można ot tak po prostu wkroczyć zbrojnie do państwa w stanie rozkładu. Nie uda się także z powodzeniem przeprowadzić procesu „resocjalizacji”, jeśli założymy, że podstawowym celem interwencji Zachodu jest wyłącznie w tym przypadku demokracja proceduralna oraz ochrona praw człowieka, jeśli nie uwzględnimy realnie istniejących uwarunkowań geograficznych, społecznych, historycznych oraz nie uda się do tego projektu przekonać znacznego odsetka danej społeczności oraz liczących się sił politycznych (Somalia, Irak, Afganistan). Nie uda się także wprowadzić demokracji liberalnej, jeśli zawczasu nie stworzy się odpowiednich instytucji i nie zapewni wystarczającego poparcia ze strony autochtonów. Dlatego też – z punktu widzenia Zachodu – pierwszoplanowym zadaniem w zwalczaniu dysfunkcyjności powinna być pomoc logistyczna i techniczna w restytucji/zbudowaniu aparatu państwowego i samorządu terytorialnego. Brak silnych, stabilnych i kompetentnych instytucji państwowych nie sprzyja rozwojowi gospodarczemu, zaś brak bezpieczeństwa jest równoznaczny z brakiem rozwoju. Odtworzone państwo musi w pierwszej kolejności zatroszczyć się o bezpieczeństwo wewnętrzne i zabezpieczenie podstawowych warunków egzystencji ludności, by później zająć się takimi kwestiami jak odbudowa infrastruktury, edukacja, podprawa służby zdrowia. Do tego niezbędne jest warunkowe poparcie i rozważna długoterminowa pomoc zewnętrzna, która w niektórym przypadkach powinna przyjąć formę protektoratu Narodów Zjednoczonych. Projekt ten tylko wówczas zakończy się powodzenie, jeśli uda się zbudować miejscowe instytucje polityczne zdolne do samodzielnej egzystencji oraz nie skażone grzechem zaniechania, korupcji i autokracji [39]. Znacznie trudniejszym zadaniem jest jednak odbudowa więzi grupowych, na bazie których powstanie naród obywatelski [40]. Najbardziej znanym przykładem „kraju upadłego” który przeszedł taką metamorfozę jest Korea Południowa. W epokę postdysfuncyjności w 2010 roku wkroczyła także Kolumbia znana wcześniej z narkobiznesu [41]. Z kolei największe zagrożenie dla bezpieczeństwa międzynarodowego budzi dziś kwestia niestabilności Pakistanu (broń jądrowa) oraz Somalii (piractwo w Zatoce Adeńskiej) [42].

Nie miejmy jednak złudzeń co do motywów kierujących Zachodem, gdyż „[...] stosunki międzynarodowe nie są już jednak [tylko] rozgrywką między mocarstwami, lecz grą, w której wydarzenia w małych krajach mogą mieć ogromne skutki dla świata” [43], dlatego też tacy historycy jak chociażby Niall Ferguson postulują powrót to zasad „liberalnego imperium”, które w sposób ewolucyjny i długoterminowy zapewniłoby lokalnym społecznościom targanym permanentnymi konfliktami polityczno-militarnymi stabilizację wewnętrzną, odbudowę społeczno-gospodarczą oraz „wychowanie” w duchu zachodnim nowej elity politycznej [44]. Ostatecznie też musimy przyznać, iż wszelkiego rodzaju koncepcje rekonstrukcji państw dysfunkcyjnych mają swoje ograniczenia i niekiedy ukazują swe podwójne oblicze: z jednej strony są one pewnego rodzaju próbą uporania się z dziedzictwem historycznym (postkolonializm, autokratyzm), z drugiej zaś stanowią zapowiedź powrotu do „dyplomacji kanonierek” jeśli określone państwa – z powodu permanentnej słabości wewnętrznej – okażą się zagrożeniem dla równowagi sił w określonym regionie lub będą stanowiły zbyt duże zagrożenie dla „miękkiego bezpieczeństwa” Zachodu [45].

Artykuł ukazał się w nr 2 (8) półrocznika Racja Stanu wydawanego przez Instytut Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego.

________________________________________________________________________
1 J. Wilkin, Globalizacja – moje nadzieje i obawy, „Res Publica Nova” 2004, nr 1, s. 86-93; C. Jean, Geopolityka, Wrocław 2003, s. 245-338; B. Balcerowicz, Pokój i „nie-pokój” na progu XXI wieku, Warszawa 2002, s. 127-155; J. Kukułka, Główne czynniki ewolucji ładu międzynarodowego w XXI wieku, „Stosunki Międzynarodowe” 2001, nr1-2.

2 D. Miłoszewska, Anarchizacja ładu globalnego, „Przegląd Geopolityczny” 2009, t. 1, s. 91-100.
3 J. Pawłowski, Zagrożenia asymetryczne, Warszawa 2003; M. Madej, Zagrożenia asymetryczne bezpieczeństwa państw obszaru transatlantyckiego, Warszawa 2007, s. 69-128; Idem, Zagrożenia asymetryczne – istota, specyfika, faktyczna ranga strategiczna we współczesnym świecie [w] Zagrożenia asymetryczne współczesnego świata, red. S. Wojciechowski, R. Fiedler, Poznań 2009, s. 11-25; K. Kubiak, Asymetria – pojęcie definiujące czy dezinformujące? [w:] Tamże, s. 27-33.
4 R. Haass, Rozważny szeryf: Stany Zjednoczone po zimnej wojnie, Warszawa 2004, s. 37-70; R. Kaplan, The Coming Anarchy: Shattering the Dreams of the Post Cold War, New York 2000, s. 3-57.
5 R. Kaplan, Coming Anarchy, „The Atlantic Monthly” 1994, no. 2, s. 44-76; Ch. Croker, Engaging Failing States, „Foreign Affairs’ 2003, no. 5, s. 32-45.
6 A. Ghani, C. Lockhart, Fixing Failed States: A Framework for Rebuilding A Fractured Word, New York 2008.
7 J. Milewski, Państwo w Afryce: dylematy i kierunki przeobrażeń [w:] Stosunki międzynarodowe w Afryce, red. J. Milewski, W. Lizak, Warszawa 2002, s. 52-54; S. Bieleń, Państwa upadłe [w:] Organizacja Narodów Zjednoczonych: Bilans i perspektywy, red. J. Symonides, Warszawa 2006, s. 622-639; Idem, Państwa w stanie kryzysu i upadku? [w:] Państwo w teorii i praktyce stosunków międzynarodowych, red. M. Sułek, J. Symonides, Warszawa 2009, s. 45-64; R. Kuźniar, Polityka i siła: Studia strategiczne – zarys problematyki, Warszawa 2005, s. 266-267, 274-294; M. Piotrkowski, Uwarunkowania oraz konsekwencje rozkładu i rozpadu struktur państwowych [w:] Północ wobec Południa. Południe wobec Północy, red. M. M. W. Solarz, Warszawa 2005, s. 259-268; J. Zajadło, Prawo międzynarodowe wobec problemu „państwa upadłego”, „Państwo i Prawo” 2005, nr 2, s. 3-20, R. Potocki, Problem rekonstrukcji państw dysfunkcyjnych na peryferiach systemu światowego po 11 września 2001 r. [w:] Północ wobec Południa, s. 289-301; R. Potocki, M. Kocoń, Państwo dysfunkcyjne w środowisku międzynarodowym [w] Państwo w świecie współczesnym, red. K. Trzciński, Warszawa 2006, s. 321-335.
8 R. Cooper, Pękanie granic: Porządek i chaos w XXI wieku, Poznań 2005, s. 37-39; F. Fukuyama, Budowanie państwa; władza i ład międzynarodowy w XXI wieku, Poznań 2005, s. 59-108. R. Kaplan, dz.cyt., s. 3-57, 99-102, 111-117.
9 Autor niniejszego studium celowo posługuje się w tym przypadku terminologią przyjętą w polskiej edycji przywoływanej już rozprawy F. Fukuyamy. Por.: Idem, dz.cyt., s. 109-136.
10 R. Potocki, M. Kocoń, dz.cyt., s. 322.
11 A. Ghani, C. Lockhart, dz.cyt., s. 17-111.
12 R. Kuźniar, dz.cyt., s. 266-267; S. Bieleń, Idem, Państwa w stanie kryzysu, s. 45-51
13 A. Ghani, C. Lockhart, dz.cyt., s. 124-167.
14 M. Piotrkowski, dz.cyt., s. 162-163.
15 S. Bieleń, Idem, Państwa w stanie kryzysu, s. 54-62.
16 Na temat samego pojęcia funkcja i funkcjonalizm, patrz; R. Włoch, Funkcje polityki zagranicznej [w:] Wstęp do teorii polityki zagranicznej państwa, red. R. Zięba, Toruń 2004, s. 118-136.
17 J. Zajadło, dz.cyt., s. 5-8.
18 A. Ghani, C. Lockhart, dz.cyt., s. 124-167.
19 J. Bielecki, Od państwa nie będzie odwołania, „Rzeczpospolita” 28 VII 2005, s. 6; R. Woś, Trzęsienie ziemi zmieniło Haiti w międzynarodowy protektorat, „Dziennik Gazeta Prawna” 22-24 I 2010, s. A9.
20 H. Münkler, Wojny naszych czasów, Kraków 2004, s. 7-45.
21 P. Kimla, Polityka Hobbesa – przebrzmiały mit? [w:] Zrozumieć politykę: Główne problemy teorii polityki i współczesnej myśli politycznej, red. R. Bäcker i inni, Toruń 2003, s. 113-120.
22 L. Freedman, Revolution in Strategic Affrais, London 1998; K. Piątkowski, Wojna nowego typu, „Polska w Europie” 2002, nr 1(39), s. 19-45.
23 T. A. Kisielewski, Imperium Americanum? Międzynarodowe uwarunkowania sprawowania hegemonii, Warszawa 2004, s. 36-61.
24 J. Keegan, Historia wojen, Warszawa 1998, s. 15-58; M. Howard, Wojna w dziejach Europy, Wrocław 1990, s. 14-17.
25 A. Etzioni, The Evils of Self-Determination, „Foreign Policy” 1992, nr 4, s. 21-35.
26 R. Potocki, dz.cyt., s. 295.
27 R. Kaplan, Polityka wojowników: Dlaczego przywództwo potrzebuje pogańskich wartości, Elbląg 2008, s. 98-99.
28 Tamże, s. 110-112, 136.
29 A. Leszczyński, ONZ – remont czy rozbiórka? „Gazeta Wyborcza” 13-15 VIII 2005, s. 16-17.
30 R. Kaplan, Ratują, nie atakują, „Forum” 17-23 X 2005, nr 42, s. 13.
31 Idem, Polityka wojowników, s. 52, 54.
32 R. Potocki, M. Kocoń, dz.cyt., s. 330-331; J. Ramos-Horta, Świat widziany z Timoru, „Puls Świata” 2004, nr 7, s. 75-79.
33 J. Zajadło, dz.cyt., s. 7; S. Bieleń, Państwa upadłe, s. 628-631.
34 Tamże, s. 20.
35 R. Kuźniar, dz.cyt., s. 263.
36 R. Cooper, dz.cyt., s. 42-43; A. H. Tofflerowie, suwerenność do lamusa? „Rzeczpospolita” 18019 X 2003, s. A6.
37 A. Ghani, C. Lockhart, dz.cyt., s. 169-195.
38 B. Barber, Imperium strachu: Wojna, terroryzm i demokracja, Warszawa 2005, s. 163-173; Idem, Dziedzictwo Roosewelta i Wilsona: Demokracja prewencyjna zamiast wojny prewencyjnej, „Wprost” 10 IV 2005, s. 98-100; F. Fukuyama, dz.cyt., s. 109-139; Idem, Państwo made in USA, „Wprost” 11 IV 2004, s. 91-94; R. Potocki, dz.cyt., s. 296-299.
39 A. Ghani, C. Lockhart, dz.cyt., s. 221-230.
40 S. Huntington, Wielki uskok przed skokiem, „Forum” 20 XII 2004 – 2 I 2005, nr 51-52, s. 14-22; Z. La?di, Czekając na Nescafe, Tamże 7-13 II 2005, nr 6, s. 6-8
41 M. F. Gawrycki, Czy Kolumbia to państwo w stanie upadku [w:] Państwo w świecie współczesnym, s. 337-351.
42 T. A. Kisielewski, dz.cyt., s. 196-211; D. Zbytek, Azjatycka szachownica; Ameryka, Chiny, Indie, Pakistan, Warszawa 2008, s. 58-69; M. Szymuś, Piractwo morskie w świecie współczesnym, „Geopolityka” 2009, nr 2, s. 123-138.
43 F. Fukuyama, dz.cyt., s. 93.
44 N. Ferguson, Imperium: Jak Wielka Brytania zbudowała nowoczesny świat, Warszawa 2007, s. 23-65, 327-340; Idem, Kolos: Cena amerykańskiego imperium, Warszawa 2010, s. 257-298.
45 A. Ghani, C. Lockhart, dz.cyt., s. 198-217; S. Bieleń, Państwa w stanie kryzysu, s. 51-54; M. Piotrowski, dz.cyt., s. 266-268; A. Jabłońska, Dyplomacja kanonierek, „Wprost” 29 VIII 2004, s. 82-83.

Czytany 16158 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04