środa, 11 marzec 2015 07:37

Mateusz Piskorski: Europejska armia wyrazem kontynentalizmu?

Oceń ten artykuł
(8 głosów)

dr Mateusz Piskorski

Wraz z intensyfikacją politycznego wymiaru konfliktu na południowym wschodzie Ukrainy dochodzi do poważnych dyskusji na temat europejskiej architektury bezpieczeństwa. Dość wyraźnie, po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat i ówczesnej agresji na Irak, pojawiają się głosy mogące świadczyć o istnieniu podziałów pomiędzy państwami Unii Europejskiej, a także wewnątrz nich, związanymi z konkurującymi ze sobą dwiema orientacjami geopolitycznymi – atlantycką (w umiarkowanym wydaniu – euroatlantycką) a europejską. Spór ten na razie ma charakter nieco zawoalowany z uwagi na kanony poprawności politycznej, obowiązujące w zachodnim dyskursie w stosunku do Federacji Rosyjskiej od ponad roku. Jego istnienie jest jednak czymś ewidentnym, o czym świadczą rozbieżne wypowiedzi całego szeregu polityków i ekspertów.

Przyczynkiem do kolejnych dyskusji na temat potencjału geopolitycznego europejskiego kontynentalizmu stała się wypowiedź przewodniczącego Komisji Europejskiej Jeana-Claude Junckera, stanowiąca powrót do nie dyskutowanej już od dłuższego czasu idei powołania wspólnych europejskich sił zbrojnych. W wywiadzie udzielonym niemieckiemu tygodnikowi „Welt am Sonntag” (wydanie z 8 marca 2015 r.) ten były premier Luksemburga opowiedział się za rozpatrzeniem możliwości powołania tzw. euroarmii. „Taka armia pomogłaby nam kształtować wspólną politykę zewnętrzną i obronną i razem przygotować się do pełnienia odpowiedzialnej roli na świecie” – mówił J.-C. Juncker. Jednocześnie legitymizował przedstawianą przez siebie koncepcję retoryką euroatlantycką, której zasadniczym elementem jest dziś przekonanie o konieczności wspólnych działań obronnych, zabezpieczających przed agresywną polityką rosyjską. Nowa armia miałaby stać na straży „wartości Unii Europejskiej” przede wszystkim w najbliższym sąsiedztwie UE. Jest to bezpośrednie nawiązanie do sytuacji na Ukrainie, odebrane już zresztą w Moskwie jako próba budowy nowego bloku wymierzonego przeciwko jej interesom. Czy słusznie?

Koncepcja powołania wspólnych europejskich sił zbrojnych zyskała przychylność większości polityków niemieckich. Przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Bundestagu Norbert Röttgen (CDU), popierając szefa Komisji Europejskiej, mówił: „Europejczycy wydają na obronę ogromne kwoty, wielokrotnie przekraczające analogiczne wydatki Rosji. Tymczasem nasze zdolności militarne są z przyczyn politycznych nieznaczące i będzie tak, dopóki utrzymywać będziemy niewielkie armie narodowe, funkcjonujące i utrzymujące się w takiej postaci, jak dziś”. Wtórował mu przewodniczący Komisji Obrony Hans-Peter Bartels (SPD), który zauważył jednocześnie, że Unia Europejska od dziesięciu lat poczyniła bardzo niewielkie kroki w kierunku integracji w dziedzinie obrony. „Nie powinniśmy już czekać na ogólną koncepcję obrony przedstawioną przez każde z dwudziestu ośmiu państw członkowskich, lecz raczej zacząć już uzgadniać koncepcję wspólną między poszczególnymi krajami” – powiedział socjaldemokrata. Poparcie dla koncepcji wspólnej polityki obronnej i wspólnych sił zbrojnych wyraziła również niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen (CDU), czyniąc to w przededniu wizyty w Warszawie. Według niemieckich polityków, preludium do utworzenia europejskiej armii jest już prowadzona przez Niemcy współpraca w tym zakresie z sąsiednimi państwami UE. Jako jej przykłady, wymienia się przekazanie dowodzenia nad jednostkami Wojska Polskiego Niemcom, a Bundeswehry – Polakom, a także podobną formułę przyjętą w relacjach niemiecko-holenderskich i niemiecko-francuskich. Nad koncepcją wspólnej euroarmii pracowała również grupa ekspertów pod przewodnictwem byłego sekretarza generalnego NATO Hiszpana Javiera Solany, która opublikowała właśnie dokument pod znamiennym tytułem „Więcej unii w europejskiej obronie” (ang. „More Union in European Defense”).

Z diametralnie odmiennymi opiniami wystąpili politycy brytyjscy, którzy – niezależnie od swoich politycznych barw – poddali ostrej krytyce wypowiedzi szefa Komisji Europejskiej. Zareagował m.in. rzecznik rządu Zjednoczonego Królestwa: „Nasze stanowisko jest bardzo jasne: obrona jest sprawą narodową, a nie kompetencją UE – nie ma szans na zmianę tego stanowiska i nie ma szans na powstanie europejskiej armii”. Wtórowali mu w jeszcze ostrzejszych słowach parlamentarzyści z Partii Pracy, Liberalnych Demokratów, Partii Konserwatywnej, a także rosnącej w siłę Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa. Sceptycznie wobec pomysłu zdążył się już też wypowiedzieć minister spraw zagranicznych Finlandii Erkki Tuomioja. Przeciwko koncepcji wypowiedzieli się również – jak można było się tego spodziewać – polscy politycy. Minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna oznajmił, że Warszawa traktuje jako priorytet wzmacnianie NATO, a wszelkie pomysły na euroarmię należy uznać za szkodliwe. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej zauważył, że pomysł nie ma na razie szans na realizację z uwagi na brak środków i zbyt płytki charakter integracji europejskiej.

Wypowiedzi J.-C. Junckera i sprzyjających mu polityków niemieckich prawdopodobnie nieprzypadkowo miały miejsce po informacjach opublikowanych przez tygodnik „Der Spiegel”, który donosił, iż wypowiedzi dowódcy sił NATO w Europie, amerykańskiego generała Philipa Breedlove’a, na temat zaangażowania Rosji w konflikt ukraiński nosiły, zdaniem niemieckich decydentów, prowokacyjny i konfrontacyjny charakter, a Europa nie powinna dawać się wciągać w wojenną retorykę USA. Ów kontekst pozwala na sformułowanie kilku hipotez, których weryfikację mogą przynieść kolejne miesiące i następne dyskusje nad powołaniem unijnych sił zbrojnych.

Po pierwsze, być może J.-C. Juncker istotnie wierzy w tezę o rosyjskim zagrożeniu, któremu Europa powinna się wspólnie przeciwstawić i na które powinna być przygotowana również militarnie. Być może zaś jest to retoryka mająca uspokoić protesty zwolenników opcji jednoznacznie atlantyckiej. Szef KE w sposób jednoznaczny zaznaczył, że ewentualny potencjał wojskowy UE miałby stanowić dopełnienie i uzupełnienie dla NATO, nie zaś alternatywę dla tego paktu. Trudno jednak mówić o takim zastąpieniu bloku zdominowanego przez Waszyngton przez blok sterowalny z Brukseli, biorąc pod uwagę zdolności militarne i ograniczenia budżetowe państw UE, nie wspominając już o politycznych różnicach je dzielących.

Po drugie, poparcie Berlina dla całej koncepcji – a przynajmniej dla rozpoczęcia debaty nad nią – stanowić może świadectwo rosnącego dystansu politycznego pomiędzy Niemcami a Stanami Zjednoczonymi. Odrzucenie idei a priori przez Londyn, Warszawę i kilka innych stolic świadczy zaś o utrzymywaniu się ich tradycyjnego lęku przed wzmocnieniem zdominowanej przez Niemcy UE. Wyraźnie wskazuje również na istnienie hierarchii lojalności elit politycznych tych krajów, według której Berlin zawsze będzie daleko z tyłu za Waszyngtonem.

Po trzecie, rozpoczęcie debaty na temat euroarmii spowoduje powstanie dwóch obozów wśród jej zwolenników – tych, którzy przekonywać będą o konieczności opracowania wspólnej polityki obronnej w imię wspólnego z USA przeciwstawienia się rzekomemu rosyjskiemu zagrożeniu, oraz tych, którzy będą całą inicjatywę postrzegali w kategoriach długofalowego planu emancypacji geopolitycznej UE spod hegemonii Waszyngtonu.

Prawdopodobnie wypowiedzi J.-C. Junckera przyczynią się – obok innych czynników – do reaktywacji podziału na „starą” i „nową” Europę. W skład owej „nowej” Europy, zgodnie z oczekiwaniami strategów amerykańskich, mają wejść Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Rumunia i być może Bułgaria, a także jednoznacznie proamerykańska Wielka Brytania. Rdzeń Europy „starej” tworzyć będą Niemcy z Francją, wraz z krajami Beneluksu. Uaktualniony w ten sposób po raz kolejny spór stanowić będzie źródło zarzutów i oskarżeń o współpracę z Moskwą. Nie ma bowiem wątpliwości, że potencjalne powstanie niezależnej w sensie militarnym od Stanów Zjednoczonych Unii Europejskiej, doprowadzi w konsekwencji do osłabienia wpływów Białego Domu na Starym Kontynencie, a w konsekwencji do rozpoczęcia dialogu pomiędzy UE a najistotniejszym z jej sąsiadów – Federacją Rosyjską. Prawdopodobnie właśnie z tego wynika, nadpobudliwa reakcja niektórych europejskich przywódców. Na jej podstawie opracować można uaktualnioną, obecną mapę wpływów politycznych Waszyngtonu w Unii.

Czytany 5479 razy Ostatnio zmieniany środa, 11 marzec 2015 09:29