czwartek, 08 wrzesień 2011 06:40

Łukasz Fleischerowicz: Serbia wobec integracji z UE po wprowadzeniu embarga przez Prisztinę

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

serbian_flags  Łukasz Fleischerowicz

Pojmanie i odesłanie do Hagi dwóch najważniejszych serbskich zbrodniarzy wojennych – Ratko Mladicia i Gorana Hadžicia, stworzyło Serbii realną szansę na uzyskanie statusu kandydata do Unii Europejskiej i uzyskanie terminu rozpoczęcia negocjacji jeszcze w czasie polskiej prezydencji. Jednak ostatnie zamieszki na północy Kosowa i chłodne słowa, które padły z ust kanclerz Niemiec Angeli Merkel, podczas jej ostatniej wizyty w Belgradzie, ostudziły optymizm Serbii.

W wyniku prowadzenia populistycznej polityki wobec Prisztiny, Belgrad strzelił sobie w przysłowiową stopę. Oddaliła się bowiem nie tylko perspektywa europejska, ale także każdego dnia serbscy przedsięborcy tracą wypracowywane zyski, pochodzące z dotychczasowego eksportu do byłej prowincji. Jak zawsze w takiej sytuacji, cieszą się inni.

Podczas ostatniej wizyty w Belgradzie, 23 sierpnia, kanclerz Niemiec Angela Merkel jednoznacznie przedstawiła stanowisko Niemiec w sprawie wejścia Serbii do Unii Europejskiej: Berlin docenia starania Belgradu w sprawie współpracy z Trybunałem w Hadze i widzi Serbię w UE, ale oprócz dotychczasowych reform w kraju, konieczny jest postęp w dialogu z Prisztiną. W rozumieniu Merkel oznacza to umożliwienie EULEX-owi działań na obszarze całego Kosowa oraz likwidację serbskich paralelnych struktur w Kosowie, które wciąż działają niezależnie od władz w Prisztinie.

Belgrad, który utrzymuje z państwowego budżetu struktury władz lokalnych, szkoły i instytucje zdrowia publicznego, traktuje je nie jako pararelne, ale jedyne organy państwowe legalnie funkcjonujące w prowincji swego kraju. Jasne jest więc, że ewentualne zamknięcie tych instytucji doprowadzi do całkowitej likwidacji wpływów Serbii w Kosowie.

Choć Merkel, nie postawiła przed Belgradem warunku uznania Kosowa, jako koniecznego przed przystąpieniem Serbii do Unii Europejskiej, dała jasno do zrozumienia, że „lepiej rozwiązywać trudne kwestie dzisiaj, niż zostawiać je na później”.

Postawa kanclerz Niemiec jest rezultatem ostatnich napięć na północy Kosowa. W zeszłym miesiącu po nieudanej próbie przejęcia kontroli na przejściach granicznych z Serbią przez specjalne jednostki policji i kosowskiej służby celnej, doszło do starć z serbską społecznością w Kosowie, która zablokowała drogi prowadzące do granicy. W wyniku zamieszek zginął jeden kosowski policjant.

Bezpośrednią przyczyną zamieszek była decyzja rządu Kosowa, podjęta 21 lipca, o wprowadzeniu zakazu importu towarów z Serbii oraz nałożeniu 10% akcyzy na produkty i usługi z Bośni i Hercegowiny. Decyzja ta była z kolei reakcją na brak postępów w sprawie poszanowania Porozumienia o Wolnym Handlu (CEFTA) od momentu ogłoszenia przez Kosowo niepodległości w 2008 r. Regulacje swobodnego przepływu towarów miały być przedmiotem szóstej rundy negocjacji pomiędzy Prisztiną a Belgradem, które zaplanowano na 20 lipca. Zostały jednak odwołane na dzień przed planowanym posiedzeniem w wyniku decyzji pośrednika UE, Roberta Coopera, który wskazał na zasadnicze rozbieżności stanowisk przedstawicieli Serbii i Kosowa. Rozmowy zostały przełożone na 2 września. Winą za odwołanie rozmów Prisztina obarczyła Belgrad, podejmując jednostronnie decyzję o wprowadzeniu embarga na towary z Serbii i przejęciu kontroli nad punktami granicznymi. W rezultacie tych decyzji kosowscy Serbowie wywołali zamieszki na północy kraju, co zmusiło do interwencji siły KFOR.

Decyzja rządu w Prisztinie o wprowadzeniu embarga była o tyle zaskakująca, że 2 lipca po 5 miesiącach negocjacji, Serbia uznała dokumenty obywateli kosowskich, co wielu analityków zajmujących się regionem oceniło za wydarzenie przełomowe.

Quo vadis, Serbio?

Apel niemieckiej kanclerz o konieczności odnowienia dialogu z Prisztiną krytycznie ocenił szwajcarski Neue Zürcher Zeitung, który stwierdził, że choć Belgrad nie potrafił porozumieć się w sprawie kosowskich pieczątek, wcale nie zerwał dialogu z Prisztiną. Potępił też pochopne działania Prisztiny w sprawie nałożenia embarga.

W odpowiedzi na postawę Merkel, prezydent Serbii Boris Tadić zapowiedział, że jest gotowy podjąć ryzyko przesunięcia daty uzyskania statusu kandydata do UE, gdyż Serbia nie może zlikwidować swoich instytucji w Kosowie. Wypowiedzią tą, Tadić wywołał w kraju prawdziwe poruszenie. Opozycyjna Serbska Partia Postępowa (SNS) wydała oświadczenie, w którym stwierdziła, że Tadić „podpisał kapitulację polityki, którą realizował przez ostatnie lata”. Serbscy politycy nie mogą wyrzec się ani Kosowa ani integracji z UE – stwierdził przewodniczący SNS, Tomislav Nikolić, dodając że obywatele Serbii powinni wypowiedzieć się w obu kwestiach w referendum. Wicepremier odpowiedzialny za integrację europejską, Božidar Djelić ogłosił, że poda się do dymisji, jeśli Belgrad nie uzyska statusu kandydata do końca br.

Żądanie wobec Belgradu, by zlikwidował paralelne instytucje w Kosowie i zaprzestał ich finansowania, zaniepokoiło Serbów pozostałych w kosowskich enklawach. Według oficjalnych danych serbskiego ministerstwa ds. Kosowa i Metochii z budżetu państwa utrzymywanych jest około 22 tys. osób w całym Kosowie, co kosztuje ok. 240 mln euro rocznie. Nic więc dziwnego, że miejscowi Serbowie boją się utraty pracy i płacy, którą otrzymują. A ponieważ w Kosowie nie ma pracy dla Albańczyków, nie liczą na to, że znajdzie się i dla nich. Serbowie spodziewają się raczej emigracji.

Sytuacja obecnego rządu Serbii jest zatem niezmiernie trudna. Jeśli Niemcy nie odpuszczą i wyhamują aspiracje Belgradu wobec UE, Serbię czeka stagnacja polityczna aż do wyborów na wiosnę przyszłego roku. Tadić i rząd nie zaryzykują bowiem wyboru pomiędzy Kosowem a Unią, gdyż to wzmocniłoby i tak już silną opozycyjną partię Nikolicia. Jeśli ci ostatni wygrają wybory, w niedługim czasie można się spodziewać w Serbii referendum w sprawie dalszych starań o członkowstwo w Unii i uznania Kosowa. Biorąc pod uwagę obecne nastroje społeczne (poparcie dla Unii topnieje z miesiąca na miesiąc i w czerwcu br. wyniosło już tylko 53%, zaś brak aprobaty wobec niepodległości Kosowa wyraziło na koniec 2010 r. 67% obywateli Serbii), należy spodziewać się negatywnej decyzji w obu przypadkach, a to oznacza dalszą europejską izolację Serbii i pchnięcie jej w ramiona Rosji.

Taki scenariusz bynajmniej nie jest dobry i dla samej Unii, gdyż może prowadzić do wzrostu postaw nieprzychylnych wobec tej organizacji i wzmocnić serbski nacjonalizm zarówno w Kosowie, jak i w Republice Serbskiej w BiH. Trudno będzie też usprawiedliwić zasadność obecności EULEX-u w Kosowie, której celem jest wdrażanie pokoju i szerzenie wartości europejskich w regionie. UE niezdolna do wspierania pozytywnych rozwiązań na Bałkanach nie powinna brać odpowiedzialności za bezpieczeństwo obywateli poza swoimi granicami. Po której więc stronie leży piłka?

Serbski analityk Dušan Janjić uważa, że rząd w Belgradzie powinien pierwszy wyjść z kompromisową propozycją. Jedną z nich mogłaby być forma przechodniej autonomii dla północnej części Kosowa, która dałaby czas na przygotowanie serbskich mieszkańców Kosowa do dalszych zmian. Z drugiej strony przyjęcie autonomii dla północy, w praktyce oznaczałoby rezygnację ze wspierania Serbów w pozostałej części Kosowa.

Alternatywą dla takiego rozwiązania pozostaje jedynie propozycja podziału Kosowa, o którym w Serbii mówiono jeszcze przed konfliktem. Opcja ta nie cieszyła się wówczas popularnością wśród belgradzkich elit politycznych, teraz jednak wydaje się dużo bardziej atrakcyjna.

Jedno jest pewne, obecny, czy przyszły rząd w Belgradzie, zamiast podkreślać to, na co się nie zgodzi w kwestii Kosowa, powinien zacząć mówić o tym, jakie rozwiązania są możliwe i korzystne z punktu widzenia narodowego interesu.

W piśmie do gazety Dnevnik przewodniczący Unii Socjaldemokratycznej Žarko Korać (jedyny przedstawiciel tej partii w serbskim parlamencie), zaproponował, by rząd w Belgradzie zmobilizował Serbów z północy Kosowa do rozpoczęcia politycznego dialogu z Prisztiną i by domagał się wprowadzenia w życie planu Ahtisariego, który zakłada specyficzną formę autonomii na północy Kosowa. Według słów Koracia nadszedł już czas, by Belgrad przyjął do wiadomości, że najsilniejsze państwa UE uznały niepodległość Kosowa i pogodził się z faktem, że Serbia nie ma i już nie będzie mieć większego wpływu na przyszłość Kosowa.

Według politologa z Uniwersytetu Belgradzkiego, prof. Predraga Simicia, postawa kanclerz Merkel jasno daje do zrozumienia, że serbskie władze powinny zaakceptować plan Ahtisariego, w przeciwnym razie kraj czeka blokada w kwestii integracji europejskiej. Inny profesor stołecznego uniwersytetu, Nikola Samardžić zauważył, że pretensje Niemiec wobec Serbii są uzasadnione, gdyż Belgrad blokując import z Kosowa, naruszył postanowienia, które uznał wcześniej za wiążące. W jego opinii podpisując porozumienie CEFTA, Serbia potraktowała Kosowo jako równoprawnego partnera gospodarczego, który posiada te same prawa co inni sygnatariusze.

Wydaje się jednak, że rząd Serbii po tym, jak uznał kosowskie dokumenty tożsamości, nie będzie chciał iść na kolejne ustępstwa przed wyborami, ale będzie zmierzał do zrealizowania planu minimum – uzyskania statusu kandydata bez określania daty rozpoczęcia negocjacji. Mało prawdopodobna wydaje się likwidacja paralelnych struktur w Kosowie, a jeszcze mniej przyjęcie planu Ahtisariego.

Kosowskie embargo przynosi straty przede wszystkim Serbii

Według szacunków makroekonomicznych w wyniku blokady eksportu towarów Serbia straci w tym roku co najmniej 250 mln euro. Wartość eksportu z Serbii do Kosowa w roku ubiegłym wyniosła 319 mln USD (dane Serbskiej Izby Rzemieślniczej), zaś w pierwszych pięciu miesiącach br. 161 mln USD.

Embargo wywołało nie tylko niezadowolenie małych i średnich przedsiębiorców w Serbii, ale przede wszystkim spowodowało prawdziwą burzę na rynku pracy. W zdominowanych przez Albańczyków Preszevie i Bujanovacu, których mieszkańcy wypracowywali zyski głównie poprzez handel z Kosowem, właściciele niektórych firm już zwolnili połowę swoich pracowników. Według wstępnych ocen Agencji Rozwoju firmy z miast, które odznaczają się najwyższym wskaźnikiem bezrobocia w kraju, liczą swoje miesięczne straty w setkach tysięcy euro (około 600 tys. euro). Ale na tym nie koniec. Twierdzi się, że straty mogą być dwa razy większe, jeśli weźmie się pod uwagę nie tylko średnie firmy, ale i pomniejsze, oparte na produkcji eksportowej do Kosowa.

Przedsiębiorstwo „Fluidi”, które przetwarza owoce i produkuje soki, poza eksportem do krajów Unii i USA, 60% swoich wyrobów wysyłało do Kosowa. W takich okolicznościach co drugi pracownik firmy stracił pracę. W podobnie trudnej sytuacji znalazły się inne przedsiębiorstwa, prowadzone także przez Serbów – „Simpo” czy „Alfa plan” z Vranja.

Gdzie dwóch się bije…

Po wprowadzeniu przez Prisztinę embarga na towary z Serbii i 10% cła na produkty z BiH na rynku powstała dziura o wartości około 400 mln USD do zapełnienia w skali roku. Poza serbskim eksportem, którego wartość wyniosła w 2010 r. 319 mln USD, ucierpiała też gospodarka BiH, która w roku ubiegłym wyeksportowała do Kosowa towary o wartości 83 mln USD.

Według pierwszych danych kosowskiego ministerstwa gospodarki tylko 10% serbskich produktów zostało zastąpionych przez rodzimą produkcję. O pozostałe 90% rozpoczęła się zażarta batalia.

Jako pierwsza w niszę postanowiła wskoczyć Bułgaria, skąd zainteresowanie wejściem na kosowski rynek przejawiło aż 700 firm. Największą bułgarską inwestycją w Kosowie jest obecnie budowa gmachu sądu w Prisztinie, której podjęła się Glavbolgarstroj. Bułgarska delegacja producentów rolnych, pod przewodnictwem ministra rolnictwa Mirosława Najdenowa spotkała się 17 sierpnia z przedstawicielami władz w Prisztinie. Najdenow poczynił daleko idącą obietnicę, mianowicie że Sofia gotowa jest nawet opróżnić własne rezerwy żywieniowe, by wspomóc rynek kosowski. Prisztina zapowiedziała likwidację przeszkód administracyjnych oraz barier celnych na import żywności z Bułgarii. Szacuje się, że bułgarscy przedsiębiorcy mogą zapełnić kosowski rynek produktami o rocznej wartości 300 mln euro.

Swojej szansy nie zamierza też zaprzepaścić Chorwacja. Trzy dni po wizycie kanclerz Merkel w Zagrzebiu (skąd następnego dnia udała się do Belgradu), Prisztinę odwiedziła premier Chorwacji Jadranka Kosor. Wcześniej, podczas forum ekonomicznego Chorwacja-Kosowo, spotkało się 50 przedstawicieli przedsiębiorstw z pierwszego i ponad 100 z drugiego kraju. Rozmawiali wówczas o możliwościach wzajemnej współpracy. W Kosowie działa obecnie około 120 firm chorwackich, a wymiana handlowa między oboma krajami wynosi rocznie 57 mln euro. Według szacunków Zagrzebia potencjał Chorwacji w Kosowie ocenia się na około 180 mln euro. Jedynym problemem wzrostu eksportu z nadadriatyckiego kraju są wysokie koszty transportu, które powodują, że chorwackie produkty trafiają na średnią i wyższą półkę cenową.

Najlepiej rozwiniętą wymianę handlową z Kosowem poza Serbią miała do tej pory Macedonia, która w roku ubiegłym wyeksportowała towary o łącznej wartości 320 mln USD. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że 33% stanowią paliwa wyprodukowane przez macedońską rafinerię ОКТA. Znaczącą przeszkodą dla rozwoju macedońskiego eksportu w Kosowie jest fakt, że produkty znad Wardaru obecne na kosowskim rynku, nie dzięki lokalnym przedstawicielstwom i izbom handlowym, ale za sprawą kosowskich. Nie istnieje zatem żadna baza logistyczna, ani wsparcie marketingowe, co może spowodować łatwą utratę rynku na rzecz konkurencji.

Dość zaskakujący jest fakt, że typowana przez wielu Czarnogóra jako kraj, który mógłby najbardziej skorzystać z embarga na produkty z Serbii, nie podejmuje znaczących działań politycznych w celu zwiększenia swojego eksportu. Kosowo ma silne związki rodzinne z albańską cześcią społeczności Czarnogóry. W roku ubiegłym wymiana handlowa między tymi krajami wyniosła 19,4 mln euro, z czego eksport z Czarnogóry do Kosowa wyniósł 18,1 mln euro.

Po ogłoszeniu embarga spekulowano, że znaczący rozwój współpracy gospodarczej nastąpi przede wszystkim pomiędzy Kosowem i Albanią, ale problem polega na tym, że zachodni sąsiad najmłodszgo państwa na Bałkanach jest wciąż jednym z najbiedniejszych nie tylko w Europie, ale i w regionie i sam uzależniony jest od importu wielu towarów.

Do podziału kosowskiego tortu chętna jest także Turcja, która uchodzi za najbardziej pożądanego partnera Kosowa. Już od pierwszego dnia po uznaniu niepodległości Kosowa, Stambuł zaangażował się w pomoc tureckim przedsiębiorcom chcącym inwestować w Kosowie. Zauważmy tylko, że turecki import był w ostatnim roku wart 190 do 210 mln euro. Biznesmeni znad Bosforu zakładają tam banki, obsługują lotnisko, budują szkoły i instytucje zdrowia publicznego. Przez ostanie 10 lat kosowska Agencja ds. promowania inwestycji zagranicznych (APIK) zarejestrowała 405 tureckich przedsiębiorstw oraz 2.339 nowych miejsc pracy w sektorze budownictwa, edukacji, turystyki, zdrowia, telekomunikacji, transportu i handlu.

Najbardziej zauważalne zaangażowanie widoczne jest po stronie Bułgarii, która szuka dla siebie nowych rynków zbytu i chce odgrywać znaczącą rolę polityczną w regionie. 27 sierpnia ministrowie spraw zagranicznych – Bułgarii Nikołaj Mładenow i Kosowa Enver Hoxhaj, podpisali protokół o współpracy między tymi resortami oraz międzyrządową umowę o międzynarodowym transporcie towarów. Podjęli też wstępne rozmowy o możliwościach stworzenia mapy drogowej  (planu) liberalizacji reżimu wizowego do krajów UE. Obecnie rząd w Prisztinie przygotowuje plan likwidacji obciążeń dla bułgarskiego eksportu od nadmiernych opłat, czyniących jego produkty mało konkurencyjnymi na kosowskim rynku (cła i VAT podnoszą cenę bułgarskich produktów o 26%).

Pierwsze efekty zmian na kosowskich półkach sklepowych są już widoczne gołym okiem. Produkty najpopularniejszego na świecie producenta napojów gazowanych – Coca-Coli, dotychczas importowane z Serbii, niemal we wsztystkich sklepach i restauracjach zastąpione zostały sprowadzanymi z Bułgarii. I choć zarówno serbska fabryka w belgradzkiej dzielnicy Zemun, jak i bułgarska w Kostinbrodzie należą do tej samej, greckiej spółki – Coca-Cola Hellenic Bottling Company, to jednak zmiany źródeł importu z pewnością  będą miały negatywne skutki dla serbskiej gospodarki.

Dla Kosowa, silnie uzależnionego od importu produktów, embargo oznacza tylko korzyści na wewnętrznym rynku. Większa konkurencja oznacza bowiem niższe ceny dla konsumentów i stwarza szersze możliwości inwestycyjne na rynku, który przestanie być zdominowany przez swego rodzaju monopol. Kosowski budżet zapewne na tym nie zarobi, gdyż rząd będzie zabiegał o zniesienie wszelkich możliwych barier podatkowych, ale Prisztina zyska zapewne nowych sprzymierzeńców na arenie międzynarodowej – przede wszystkim słabo obecną do tej pory w Kosowie, Bułgarię. Po wejściu do UE Chorwacji, Kosowo będzie miało w Brukseli dwa głosy po swojej stronie w sytuacji ewentualnych sporów z Serbią, która do tej pory mogła liczyć jedynie na wsparcie Aten. Grecja jednak pogrążona w głębokim kryzysie nie będzie miała wiele do powiedzenia w sprawie ustępstw wobec Belgradu, zwłasza, że sama blokuje rozmowy ze Skopiem i traktuje spór z Macedonią jako priorytetowy.

Wnioski i sugestie dla polskiej prezydencji

Zarówno Niemcy, jak i cała Unia nie podejmą obecnie ryzyka, by przedstawić Serbii konkretną datę rozpoczęcia negocjacji akcesyjnych. Ostatnie wydarzenia w Kosowie, które przerodziły się  w wojnę celną i doprowadziły do wybuchu zamieszek na północy kraju, przypomniały bowiem o tym, jak skomplikowana pozostaje wciąż kwestia międynarodowego uznania Kosowa. Bardzo realny staje się zatem scenariusz grecko-macedoński, czyli oficjalne wystosowanie zaproszenia dla Belgradu bez podania daty rozpoczęcia negocjacji. Tu jednak hamulcem nie będzie twarde weto jednego z krajów członkowskich, lecz brak swobodnego przepływu ludzi i towarów pomiędzy Kosowem a Serbią oraz słabości toczącego się dialogu politycznego między oboma państwami. W takich okolicznościach przegranym pozostanie nie Kosowo, które oprócz braku uznania suwerenności, ma dużo więcej problemów prawnych i ekonomicznych, a Serbia, która poczyniła w ostatnim czasie znaczące postępy we wdrażaniu reform w kraju i współpracy z Trybunałem w Hadze. Nie kto inny jak Serbia ma największy interes w tym, by uregulować spór wokół ceł i uznania kosowskich pieczątek. Po pierwsze dlatego, że chce przyspieszyć procesy integracji z UE, po drugie, ponieważ ma jeszcze szanse utrzymać może już nie trzecią, ale czołową pozycję wśród importerów w Kosowie. W tym kontekście odrzucenie przez Belgrad możliwości uznania kosowskich pieczątek celnych, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie są one oznaczone nazwą „Republika Kosowo”, należy traktować jako krótkowzroczne i nieracjonalne.

Do nadchodzących wyborów parlamentarnych należy zatem oczekiwać więcej gestów ze strony Belgradu, które zaświadczać będą o jedności Kosowa z Serbią, niż działań zmierzających do przyspieszenia integracji europejskiej. W wyniku trwającego embarga Serbia odnotuje milionowe straty gospodarcze, a serbscy mieszkańcy Kosowa, którzy odczują wzrost cen żywności jeszcze bardziej się zradykalizują. Tym samym Serbia może zaprzepaścić szansę uzyskania statusu kandydata do UE.

Uznanie Kosowa nie było i nie jest warunkiem przystąpienia Serbii do Wspólnoty Europejskiej. Odpowiadając na serbskie aspiracje europejskie, nie będzie się wymagać od Belgradu, by uznał Prisztinę za suwerenny ośrodek władzy politycznej. Taka decyzja w perspektywie powyborczej byłaby jednak najlepszą z możliwych dla samej Serbii. Uznanie planu Ahtisariego i zagwarantowanie autonomii serbskiej populacji w północnej części Kosowa zmusi lokalną społeczność do zaangażowania się we współpracę z Prisztiną. Dobrym punktem zaczepnym dla dalszych negocjacji byłaby zgoda ze strony Prisztiny na subwencjonowanie przez Belgrad serbskich instytucji w Kosowie, które funkcjonowałyby pod wspólną flagą Kosowa. Dla polepszenia klimatu do dyskusji konieczne jest jednak zniesienie embarga na produkty z Serbii i uznanie przez Belgrad kosowskich pieczątek celnych – słowem dwustronne poszanowanie umów CEFTA. Kluczem do rozwiązania konfliktu pozostanie zatem przyszły status północnej cześci Kosowa.

W stosunkach z Prisztiną, Serbia powinna kierować się podejściem pragmatycznym, czyli jak sugerują niemieccy politycy stosować się do modelu polityki RFN wobec NRD w czasach zimnej wojny. Przyjmując taki model działań politycznych, Belgrad mógłby liczyć na poparcie najbardziej wpływowego kraju Unii. Taki model mógłby się okazać równie skuteczny w przypadku polityki wobec Bośni i Hercegowiny (Republiki Serbskiej), która nieprzerwanie dąży do połaczenia z Serbią.

Serbia powinna zadbać o interesy Serbów w Kosowie i to zarówno w enklawach na południu Kosowa, jak i na północ od rzeki Ibar, a korzyści w obecnej sytuacji może przynieść im tylko zgoda na plan Ahtisariego i wypracowanie elestycznego modelu autonomii dla północy Kosowa, gdzie Serbowie stanowią znaczącą większość.

Pierwsze efekty ostatniej bałkańskiej burzy będziemy mogli zaobserwować już podczas jutrzejszego spotkania rządu serbskiego i kosowskiego, to jest 2 września. Pokaże on, czy Belgrad planuje działać racjonalnie, czy populistycznie. Wiele też zależy od tego, czy rząd w Prisztinie będzie dążył do tego, by przejąć siłą kontrolę na północy kraju, czy zaprezentuje postawę kompromisową wobec wprowadzenia zmian.

Oświadczenie jednego z głównych kreatorów serbskiej polityki, wicepremiera Serbii Ivicy Dačicia o możliwym podziale Kosowa coraz bardziej odzwierciedla nastroje społeczne w Serbii. Taka strategia, choć ma nikłe szanse na powodzenie, głównie ze względu na brak zgody ze strony krajów europejskich, nie jest niewykluczona. Pomysł zmiany granic Kosowa poprzez zamianę północy Kosowa na Dolinę Preszewa będący wynikiem dwustronnych porozumień między Prisztiną a Belgradem, wcale nie musiałby oznaczać kolejnej katastrofy na Bałkanach. Przeciwnie rewizje granic tak i zewnętrznych jak np. pomiędzy Jugosławią i Albanią (chodzi o obszar wokół jeziora Ochrydzkiego wymieniony w 1925 r. na ziemie w pobliżu miejscowości Peshkopoje) oraz wewnętrznych – między SR Serbią a SR Macedonią (do Serbii przyłączono obszar wokół monastyru Prohora Pczińskiego, gdzie ogłoszono powstanie jugosłowiańskiej Macedonii), znane są z nie tak dawnej przeszłości. Konsekwencją takiego porozumienia musiałoby być uznanie przez Serbię Kosowa jako suwerennego państwa, co zapobiegłoby rozpadowi Bośni i Hercegowiny. Taka wizja „wymiany i uznania” byłaby atrakcyjna dla Kosowa, a opłacalna dla Belgradu, gdyż oznaczałaby zakończenie raz na zawsze problemu mniejszości serbskiej w Kosowie (poza nielicznymi enklawami) i otwarcie drogi do integracji z Unią Europejską.

Czy jednak istnieje wola i chęć prowadzenia takiej polityki w Brukseli? Wszystko wskazuje na to, że nie.

Polska, jako kraj przewodzący obecnie UE, który uznaje suwerenność Kosowa powinien jasno dać do zrozumienia Belgradowi, że układając się z Berlinem, zyska poparcie większości krajów unijnych. Z drugiej strony, w dialogu z sąsiednimi Niemcami, Warszawa powinna zaprezentować postawę oznaczającą poparcie serbskich aspiracji w sprawie członkostwa w Unii, i przekonywać Berlin, że Belgrad zasługuje na uzyskanie statusu kandydata. O ile wyznaczenie daty podczas polskiej prezydencji zostało znacznie oddalone, o tyle samo zaproszenie powinno stać się dla Polski ważnym priorytetem. Oznaczać będzie ono bowiem docenienie starań Serbii, w której poparcie społeczne dla członkostwa w UE wcale nie jest takie jednoznaczne. Odmowa zaproszenia może być potraktowana przez zwolenników Europy jako kara i zmniejszyć poparcie dla członkostwa. Europejskie aspiracje Serbii są kluczowe dla stabilności całego regionu, a silne wpływy Rosji w tym kraju powinny być znaczącym czynnikiem dla łagodniejszej postawy Unii wobec decyzji i działań Belgradu. Jeśli Bruksela nie przyzna Serbii statusu kandydata do końca bieżącego roku, należy się spodziewać pogorszenia relacji między Belgradem a Brukselą i zamrożenia procesów integracji Serbii, a w konsekwencji wzrostu siły nacjonalizmu w tym kraju.

Źródła: balkanalysis.com, de-world.de, balkans.com, danas.org, evropaelire.com, ekonomist.rs

Analiza pochodzi z portalu balkanistyka.org

Czytany 7156 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04