niedziela, 22 październik 2017 20:36

Krzysztof Pilawski: Chorzy na Rosję

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Polacy swoją tożsamość narodową definiują przez wrogość do Rosji

Krzysztof Pilawski

Gdyby sądzić o Polsce wyłącznie na podstawie jej stosunku do Rosji, to właściwą oceną byłyby słowa z wiersza Fiodora Tiutczewa (z jedną poprawką): umysłem Polski nie zrozumiesz i zwykłą miarą jej nie zmierzysz.
Współczesna rusofobia nie ma rozumowego uzasadnienia. Przełom 1989 r. w Polsce był możliwy dzięki przemianom w ZSRR związanym z osobą Michaiła Gorbaczowa. Upadek komunizmu na terenie Związku Radzieckiego oznaczał zakończenie zimnej wojny. Rozpad tego państwa sprawił, że zamiast granicy polsko-radzieckiej długiej na 1241 km pojawiła się mająca nieco ponad 200 km granica z Rosją, a konkretnie z niewielką eksklawą kaliningradzką. Spełniło się marzenie Jerzego Giedroycia: Polska została oddzielona od Rosji pasem niepodległych państw. Rosja nie ma ani piędzi ziemi przedwojennego państwa polskiego, za to Polska zachowała przeszło 100 tys. km kw. przyłączonych w 1945 r. do naszego kraju.

Fobia na fobii

We wrześniu 1993 r. ostatni żołnierze z czerwonymi gwiazdami na czapkach opuścili Polskę. Prezydent Borys Jelcyn przeprosił za Katyń, przekazał Warszawie kluczowe dokumenty w sprawie tej zbrodni, zezwolił na wzniesienie polskich cmentarzy wojskowych w Katyniu i Miednoje. W 1999 r. Polska stała się członkiem NATO, pięć lat później – Unii Europejskiej.
Choć okoliczności sprzyjały rutynowej sąsiedzkiej współpracy, trudno zliczyć wojny stoczone na „froncie wschodnim" od początku lat 90. W napisanym w grudniu 1999 r. felietonie prof. Bronisław Łagowski stwierdził: „...w Polsce panuje »zoologiczna« antyrosyjskość, ciągle, nawiasem mówiąc, na prawicy utożsamiana z antykomunizmem". We wstępie do zbioru tekstów publikowanych w PRZEGLĄDZIE w latach 1999-2016 („Polska chora na Rosję") autor zauważa: „Rusofobia nie jest wyodrębnionym stanem świadomości; występuje w połączeniu z inną fobią: totalnym potępieniem przez obóz solidarnościowy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i uczynieniem z tego głównego artykułu wiary patriotycznej".
Współczesna rusofobia wynika ze skrajnego antykomunizmu stawiającego – co zostało przeniesione do polskiego prawa – znak równości między komunizmem a nazizmem. Zatarcie różnicy między Związkiem Radzieckim a obecną Rosją podkreśla się, używając wymiennie przymiotników sowiecki i rosyjski. Władimir Putin w tym przekazie to najpierw agent KGB, a dopiero potem prezydent. Czy można jednak się dziwić, skoro dla polityków prawicy III RP to PRL-bis, państwo rządzone przez ludzi dawnego systemu i dawnych służb, a Lecha Wałęsę zamknięto w teczce opatrzonej tytułem „TW Bolek"?

Okupacja umysłów

„Pod hasłami nacjonalistycznymi i w imię rzekomego odzyskiwania pamięci wykreowano ułudę, jakoby Polska w wyniku wojny znalazła się pod drugą okupacją", pisze we wstępie autor „Polski chorej na Rosję". Tej ułudzie przysłużyła się Platforma Obywatelska. W 2009 r. premier Donald Tusk podpisał akt erekcyjny Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Miało ono przekonywać, że II wojna światowa zaczęła się 1 września 1939 r. w Gdańsku i skończyła 4 czerwca 1989 r. wraz ze zwycięstwem zrodzonej w Gdańsku Solidarności. Choć pierwotny zamysł zmodyfikowano, wykładnia o dwóch okupacjach stała się powszechnie obowiązującą. Wśród nazw podlegających dekomunizacji są zachowane do dziś ulice Armii Czerwonej i Wyzwolenia oraz upamiętnione daty wyzwolenia miejscowości. Sandomierz już dawno pozbył się ulicy płk. Wasyla Skopenki, który ocalił plener serialu „Ojciec Mateusz", za to Warszawa ma rondo Dżochara Dudajewa. Inicjatywę uhonorowania zbuntowanego czeczeńskiego generała podjęli radni PiS kilka tygodni po zamachu na szkołę w Biesłanie, w czasie którego zginęło kilkaset osób.
Teoria o dwóch okupacjach nie została wymyślona nad Wisłą, przenieśliśmy ją z państw bałtyckich. W Rydze i Tallinie można zwiedzać muzea okupacji trwającej od 1940 do 1991 r.
Przekonanie o wielkiej krzywdzie, jaką wyrządzili nam Rosjanie, wyzwalając Polskę, przekłada się od wielu lat na relacje z Moskwą. Donald Tusk i Bronisław Komorowski namawiali prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, by nie stawał w Dniu Zwycięstwa na trybunie na placu Czerwonym. Odnosząc się do ich wypowiedzi, prof. Łagowski pisał: „Żeby stworzyć pozór, iż Polska nie będzie osamotniona, odmawiając udziału w uroczystościach 60. rocznicy zwycięstwa w jednej z największych wojen świata, powołują się na Litwę, Łotwę i Estonię. Na Litwie panuje taka sama paranoja jak w Polsce; im się tam wydaje, że żyją w czasach Giedymina i mogą stawiać Moskwie warunki, ale nie oto chodzi. (...) Litwini i w ogóle Bałtowie nie byli przez Niemców przeznaczeni do wyniszczenia jak Polacy i inni Słowianie".

Religia katyńska

We wstępie do zbioru felietonów autor przypomina słowa Winstona Churchilla wygłoszone w Izbie Gmin w 1945 r.: „Gdyby nie nadzwyczajne wyczyny i ofiary Rosji, Polska byłaby skazana na całkowitą zagładę z rąk niemieckich. Nie tylko Polska jako państwo, ale Polacy jako naród byliby skazani przez Hitlera na zagładę albo sprowadzeni do stanu niewolników".
Przy tym o ile wyrysowane przez Stalina wschodnie granice Polski były już wcześniej przyklepane przez sojuszników, o tyle sprawa rubieży zachodnich pozostawała otwarta. „Stalin nie musiał dokonywać darowizny, zwłaszcza że mocarstwa zachodnie starały się go w tym powstrzymywać", przypomina prof. Łagowski. Czy urodzona w pruskim Szczecinie Katarzyna II, dokonując ostatniego rozbioru Rzeczypospolitej, mogła przypuszczać, że dokładnie po 150 latach to miasto znajdzie się w granicach Polski za sprawą Rosjan? Skoro tak przenikliwej polityczce podobny scenariusz nie przyszedł do głowy, to czy możemy wykluczać równie radykalne zmiany w przyszłości?
W opinii prof. Łagowskiego wyrażonej na łamach PRZEGLĄDU w czerwcu 2011 r. „Polacy, podobnie jak Litwini i Estończycy, są spontanicznie wrodzy unii europejsko-rosyjskiej, ponieważ swoją tożsamość narodową definiują przez wrogość wobec Rosji". Wypada jednak dodać, że wszystkie państwa nadbałtyckie traktują Unię Europejską jako gwaranta niepodległości (z tego powodu przyjęły euro) i będą jej broniły jak niepodległości, podczas gdy Polska pod rządami Prawa i Sprawiedliwości broni niepodległości przed Unią, domagając się otwarcia puszki Pandory – zmiany traktatów – w celu wzmocnienia roli państw narodowych i ukrócenia władzy komisarzy z Brukseli. Takie stanowisko nie znajdzie zrozumienia w Wilnie, Rydze i Tallinie.
Jesienią zeszłego roku w tallińskim Muzeum Okupacji pokazywano przywiezioną przez Muzeum Katyńskie (oddział Muzeum Wojska Polskiego) wystawę „Zostali zabici strzałem w głowę". Przesycona emocjami opowieść o zbrodni katyńskiej pozostaje kamieniem węgielnym rusofobii. W grudniu 1999 r. prof. Łagowski, nawiązując do apelu premiera Jerzego Buzka, by polska młodzież organizowała wyjazdy do Katynia na wzór izraelskich marszów żywych do Auschwitz, stwierdził, że chodzi o edukację „w nienawiści do Rosji". W sierpniu 2005 r., komentując podjęcie przez polską prokuraturę śledztwa w sprawie Katynia, przewidywał: „...przez następne lat kilkanaście Katyń będzie służył cynicznym politykom do wychowania następnego pokolenia w duchu nienawiści do Rosji". Wciąż aktualne jest postawione w tym samym tekście pytanie: „Co Polacy chcą osiągnąć, imitując religię Holokaustu swoją religią Katynia?".
„Jeżeli chodzi o trudną przeszłość, niekiedy tragiczną, to wiemy, że ona ciąży nad narodami tylko wtedy, gdy one chcą, żeby ciążyła" – to zdanie prof. Łagowskiego z tego samego błyskotliwego tekstu z sierpnia 2005 r. broni się do dziś. Choć spośród państw Grupy Wyszehradzkiej tylko Polska nie doświadczyła zbrojnej interwencji radzieckiej, to Czechom i Słowakom wspomnienia o niej nie przeszkadzają w utrzymywaniu poprawnych stosunków z Rosją i czerpaniu z nich korzyści gospodarczych. Celują w tym doświadczeni rokiem 1956 Węgrzy – ich państwo jako jedyne w Unii Europejskiej Władimir Putin odwiedził dwukrotnie po aneksji Krymu. Żaden partner Polski z Grupy Wyszehradzkiej nie jest zwolennikiem zaostrzenia kursu wobec Rosji ani sankcji. Liczenie na solidarność w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego (czytaj: w odcięciu się od Rosji) państw opierających swoją energetykę na elektrowniach atomowych zbudowanych przez ZSRR świadczy co najmniej o naiwności.

Wróg mojego wroga

„Wielka miłość sfer rządzących do Ukrainy jest funkcją nienawiści do Rosji" – od napisania tych słów przez prof. Łagowskiego w marcu 2000 r. wciąż zwycięża zasada: szukajmy przyjaciół wśród wrogów Rosji – realnych i potencjalnych. Przez wiele lat największymi przyjaciółmi Polski byli Czeczeni, przedstawiani jako wolne i silne samotne wilki ukrywające się – zupełnie jak „żołnierze wyklęci" – w lasach i wychodzące z nich, by toczyć walkę o zrzucenie rosyjskiej okupacji. „Polskie reakcje na zmasakrowanie dzieci w Biesłanie w imię niepodległości Czeczenii świadczą o panującym tu jakimś obłędzie antyrosyjskim", konstatował we wrześniu 2004 r. prof. Łagowski, starając się przekonać, że „Czeczenia nie stanowi wyodrębnionego problemu rosyjskiej federacji, lecz jest elementem międzynarodowego islamskiego terroryzmu". Miłość do Czeczenów mijała w miarę przybliżania się do granic Polski nosicieli „insektów i pierwotniaków" oraz szukającego wzniosłości i inspiracji w islamie terroryzmu.
Miłość do Gruzji, której na odsiecz przybył wraz z prezydentami Ukrainy i państw nadbałtyckich prezydent Lech Kaczyński, ostygła po klęsce Micheila Saakaszwilego marzącego o przekształceniu swojego państwa w amerykańską bazę wojskową. Prezydent Saakaszwili i jego ekipa zostali jednak wygnani z Gruzji nie przez rosyjskich żołnierzy, lecz przez własny naród. Znaleźli schronienie w sąsiedniej Ukrainie, ale mimo obietnic i amerykańskiego parasola nie dali rady miejscowej korupcji. Łapownictwo na Ukrainie kwitnie, a równolegle z nim rozkwita ukraińska polityka historyczna oparta na banderowcach, którym nadano taką samą rangę jak w Polsce „żołnierzom wyklętym". W ramach odgórnie zarządzonej dekomunizacji i desowietyzacji ulic – na tym polu Ukraińcy byli szybsi od nas – prospekt Moskiewski w Kijowie nosi od ubiegłego roku imię Stepana Bandery.
Niektórzy starzy przyjaciele zawiedli Polskę, nie gaśnie jednak nadzieja na pozyskanie nowych. Wszechpotężny wicepremier Mateusz Morawiecki, budowniczy Międzymorza i Trójmorza Witold Waszczykowski oraz marszałek Senatu Stanisław Karczewski ściskali w Mińsku dłoń prezydenta Aleksandra Łukaszenki, licząc na wyrwanie go z objęć Władimira Putina. Rycerze „dobrej zmiany" nie byli pionierami w wyprawie na Mińsk. W 2010 r. minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski dwukrotnie spotykał się z Łukaszenką, chcąc go zachęcić do przejścia na jasną stronę mocy. Pięć lat później były ambasador Polski na Białorusi Leszek Szerepka napisał w „Rzeczpospolitej", że szef polskiej dyplomacji okazał się naiwny, nie docenił białoruskiego przywódcy. Udzielił również cennej rady jego następcom: „Nie należy (...) lekceważyć Łukaszenki, który jest bardzo sprawnym politykiem. I jestem głęboko przekonany, że nawet gdy przez pewien czas się zdarzy, że będziemy kroczyć obok siebie, to ostatecznie nie jest nam z nim po drodze".

America First

Po drodze jest nam za to ze Stanami Zjednoczonymi. Minister Sikorski zapraszał do Polski dwie ciężkie brygady amerykańskie. Na razie jest jedna. Premier polskiego rządu, zwracając się do przybyszów ze stanu Kolorado – w obecności m.in. polskiego ministra obrony narodowej i jego podwładnych w czapkach z orzełkiem – powiedziała: „Dzisiaj to wielki dzień, kiedy możemy na polskiej ziemi, tutaj w Żaganiu, przywitać żołnierzy amerykańskich – reprezentantów najlepszej, najsilniejszej, najwspanialszej armii świata".
Beata Szydło nie dodała, że na żagańskich cmentarzach spoczywa kilka tysięcy żołnierzy najgorszego sortu, którzy – jak głoszą zachowane jeszcze tablice czerwonoarmistów – „polegli w walkach za wolność i niepodległość narodu polskiego w czasie II wojny światowej".
Żołnierze amerykańcy usłyszeli w Żaganiu, że mają bronić zagrożonej przez Rosję niepodległości Polski i Europy. Jednak dowództwo, które wydaje im rozkazy, nie mieści się w Warszawie. „Bazy wojskowe obcego, potężnego mocarstwa, niezależnie od tego, czy zostały nam narzucone, czy sprowadzone na nasze usilne prośby, nie są dowodem naszej niepodległości. Przeciwnie, w tym wypadku świadczą, że na niepodległość nas nie stać", podkreślał w czerwcu 2013 r. prof. Łagowski. Dwa lata później dodawał z sarkazmem: „Militaryzm to filozofia dla mocarstw, nie dla Polski. Środkami wojskowymi Polacy niczego nie zwojują, a co do naszych protektorów Amerykanów, to oni mają zwyczaj, wypróbowany w I i II wojnie światowej, przychodzić, gdy wojna ma się ku końcowi".
Amerykanie wiedzą, czego mogą się spodziewać po zapatrzonej w nich Polsce, my nie jesteśmy pewni zachowania sojuszników, którzy nigdy nie walczyli na polskiej ziemi w naszej sprawie. „To, czego chcą i co planują Amerykanie, Polak powinien przyjąć jako wyrok losu, dobry lub zły, na który nie może mieć wpływu" – to słowa felietonisty PRZEGLĄDU z października 2007 r. Rok później Bronisław Łagowski przewidywał: „Polska jako pionek na tej szachownicy będzie żyła w atmosferze oczekiwania na wojnę i tym duchem będzie przeniknięte życie publiczne. (...) »Prawdą« będzie to, co dobre dla Ameryki i złe dla Rosji".
Czy dla Ameryki Donalda Trumpa będzie dobre ułożenie się z Rosją, robienie z nią interesów, porzucenie Ukrainy i uznanie aneksji Krymu? A może przeciwnie – w ślad za wezwaniem do oddania półwyspu Trump postraszy Rosjan na Morzu Czarnym niszczycielami i okrętami podwodnymi, sprzeda Ukraińcom śmiercionośną broń? Trudno poważnie traktować słowa amerykańskiego prezydenta, bo on sam nie przywiązuje się do własnych deklaracji. Zakładnikiem amerykańskiej polityki, a teraz także amerykańskiej nieprzewidywalności, jest Polska.

Zwyczajny obłęd

Polska polityka wschodnia po 1989 r. to okres błędów i wypaczeń zrodzonych z błędnych założeń i diagnoz. „W polskich umysłach zagnieździło się przekonanie, że między Rosją a Zachodem istnieje naturalna wrogość. (...) Nie przyjmuje się do wiadomości tak znaczących faktów historycznych jak ten, że Rosja, biała czy czerwona, carska czy radziecka, nie prowadziła nigdy wojny z państwami zachodnimi inaczej niż w koalicji z innymi państwami zachodnimi. Miewała raz z jednymi, raz z drugimi konflikty, ale nigdy jej na Zachodzie nie brakowało sojuszników", pisał Bronisław Łagowski w marcu 2000 r.
Rusofobia jest jednostką chorobową, felietonista PRZEGLĄDU kilkakrotnie nazywa ją obłędem. Na portalu Wykłady.org znalazłem opis tej dolegliwości: „Wszystkie postacie obłędu zawierają urojenia, opierające się na błędnej interpretacji rzeczywistych spostrzeżeń. Przeróbka spostrzeżeń jest pod względem formalno-logicznym prawidłowa, błędne jest tylko założenie urojeniowe". We wstępie do „Polski chorej na Rosję" prof. Bronisław Łagowski zwraca uwagę: „Polska klasa polityczna nie przyjmuje do wiadomości, że Rosja nie jest komunistyczna i nam nie zagraża".
Polsce zagraża megalomania połączona z fobiami w stosunku do sąsiadów i partnerów z Unii Europejskiej. Prowadzi ona do utraty znaczenia i podmiotowości w polityce międzynarodowej, decydowania za naszymi plecami o sprawach dotyczących naszego kraju (omijający Polskę gazociąg Nord Stream pod Bałtykiem) i regionu (niewłączenie Polski do tzw. formatu normandzkiego). Na początku lat 90. przekonywaliśmy świat, że dzięki rzekomo świetnej znajomości Rosji będziemy pośrednikiem w układaniu jej relacji z Zachodem i to zapewni nam status silnego gracza. Dziś opieramy naszą politykę na urojeniach (Trójmorze) i wierze, że Ameryka nas obroni. Rusofobia osłabia wiarygodność, pozycję i bezpieczeństwo Polski.
Krzysztof Pilawski

Sonda

Jakie są szanse na pojednanie z Rosją?

Dr Czesław Siekierski,
europoseł PSL
Pojednanie z Rosją będzie wymagało czasu, cierpliwości i mądrych działań, ale nie jest niemożliwe. Myślę, że obecnie stosunki są napięte nieco sztucznie, dlatego że relacje między społeczeństwami polskim i rosyjskim są generalnie ciepłe, jedynie między władzami od dłuższego czasu są wręcz zimne. Widzę w tym w części winę wielu kolejnych polskich ekip rządowych. Zresztą nawet jeśli któryś rząd dążył do polepszenia stosunków z Rosją, opozycja natychmiast zarzucała mu brak patriotyzmu. Oczywiście piętno na relacjach polsko-rosyjskich odcisnęło bardzo mocno nieszczęście w Smoleńsku. Jak się wydaje, strona rosyjska jest współwinna katastrofy, gdyż popełniła błędy w przygotowaniu lotniska i lądowania, ale nie można przekraczać granic rozsądku i nie mając żadnych dowodów, wysuwać tak poważnych oskarżeń, jakie formułuje część naszych polityków. Na nasze relacje rzutuje także to, że Rosja wiele spraw załatwia bezpośrednio z krajami Europy Zachodniej, z pominięciem Polski, jednak sami do tego się przyczyniliśmy. Byliśmy przeciwni budowie kolejnych gazociągów przez nasze terytorium, obawiając się możliwości wzrostu inwigilacji itd., dlatego Nord Stream i OPAL powstały częściowo w wyniku naszych zaniedbań.
W polityce trzeba być twardym, bronić swoich interesów strategicznych, ale jednocześnie zachowywać rozsądek. Wiele krajów robi z Rosją interesy, a my próbujemy się dystansować, choć niczego w ten sposób nie wygramy. Tymczasem powinniśmy pilnować swojego bezpieczeństwa i dbać o prawdę historyczną, ale jednocześnie robić wszystko dla rozwoju współpracy z Rosją, zwłaszcza gospodarczej, nie zapominając też o kulturalnej i naukowej. Zamiast tego systematycznie wysyłamy jej sygnały lekceważenia. Musimy się nauczyć współpracować z takimi przywódcami, jacy są, i wygrywać sprawy dla naszego kraju nawet w trudnych warunkach.

Zygmunt Berdychowski,
Instytut Studiów Wschodnich
Choćby z racji tego, że jesteśmy sąsiadami, szansa na budowę pozytywnych relacji między Polską a Rosją istnieje i musi być wykorzystana przez obie strony, które dzisiaj prowadzą bardzo wstrzemięźliwy dialog. Aby relacje polsko-rosyjskie miały inny charakter, niezbędna jest praca wielu instytucji i osób, na co potrzeba będzie dużo czasu. Musimy również pamiętać, że ten dialog – podobnie jak dialog polsko-niemiecki czy polsko-ukraiński – wymaga nie tylko cierpliwości, ale także uwzględniania kontekstu historycznego. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której rozmawiamy o budowie dobrych relacji między Polską a Rosją, kompletnie abstrahując od tego, co nam się przydarzyło wspólnie w ciągu ostatnich kilkuset lat. Rosjanie muszą zrozumieć, że polityka podporządkowania, jaką prowadzili wobec Polski od połowy XVIII w., nie może być podstawą naszych relacji. Tak czy inaczej, ponieważ jednej i drugiej stronie jest to potrzebne, chociażby ze względów gospodarczych, trzeba usiąść do rozmów.

Waldemar Witkowski,
przewodniczący Unii Pracy
Pamiętam z młodości bajkę Kryłowa o tym, jak do pewnego miasteczka przyjechał cyrk. Na prowadzonego ulicami słonia strasznie szczekał niewielki pies, co ten pierwszy oczywiście zignorował. Na pytanie, dlaczego tak ujadał, Mopsik odpowiedział, że inne psy na pewno uznają, że skoro szczekał na słonia, musi być bardzo silny. Ta opowieść trochę mi przypomina stosunki polsko-rosyjskie w ostatnich latach (bo to nie jest wyłącznie kwestia minionego roku, choć problem się nasilił). Rosja jest krajem znacznie od nas większym, mimo kryzysu silniejszym gospodarczo, a także mocarstwem militarnym. Tymczasem my niepotrzebnie bez przerwy próbujemy kąsać tego słonia, co nic nam nie daje, a może wręcz pogorszyć naszą sytuację. Potrafiliśmy się przełamać i mimo historycznych krzywd mamy obecnie w miarę poprawne stosunki z Niemcami. Z Rosjanami nadal nie chcemy się dogadać. Niestety, winę widzę tutaj po stronie naszych elit politycznych, które są niechętne Rosji i narodowi rosyjskiemu.

Prof. Stanisław Bieleń,
politolog, Instytut Stosunków Międzynarodowych UW
Osiągnięcie pogodzenia się „narodów" i „państw" nie jest sprawą łatwą. Wymaga bowiem głębokiego przewartościowania w sferze emocjonalnej i racjonalnej, na poziomie zarówno elit politycznych każdej ze stron, jak i społeczeństw (w tym kręgów naukowych, medialnych, ludzi kultury, Kościołów itd.). W obecnych realiach mentalnych i geopolitycznych pojednanie polsko-rosyjskie jest praktycznie niemożliwe. Żadna ze stron nie jest do tego gotowa, gdyż nie jest w stanie uznać tożsamości drugiej przy akceptacji odmiennych systemów wartości.
Problemem Polaków jest brak zrozumienia tego, co naprawdę dzieje się w Rosji, a także akceptacji dla tego kraju jako jednego z najważniejszych uczestników międzynarodowej gry. Trudno znaleźć u nas polityka, który odważyłby się dobrze życzyć Rosji i uznać jej sukcesy za zgodne z interesami państwa polskiego. W polityce Polski wobec Rosji potrzeba więcej realizmu, który podpowiada, jak liczyć się ze stosunkiem sił, jak postrzegać uwarunkowania pozycji międzynarodowej państwa, patrząc przez pryzmat hierarchii uczestników, a nie ich formalnej równości i praktykowania bądź nie demokracji. Realizm polityczny zmusza też do dostrzegania właściwych proporcji między statusem potęgi a aspiracjami i oczekiwaniami państwa na arenie międzynarodowej. Sprzyja zrozumieniu realnej wartości solidarności sojuszniczej w zderzeniu z egoistycznymi interesami i motywacjami poszczególnych graczy, zwłaszcza w kontekście dokonujących się zmian w strategii amerykańskiej. Myślę, że dopiero odległa w czasie wymiana elit politycznych, pozbawionych rusofobicznych obciążeń, sprawi, że Polacy przestaną przemawiać do Rosjan tonem wyższości moralnej, a zaczną w nich widzieć nie minionych i potencjalnych najeźdźców, lecz pragmatycznych partnerów i przyjaznych sąsiadów.

Dr Michał Słowikowski,
politolog, Instytut Studiów Politologicznych UŁ
Myślę, że pytanie powinno zostać sformułowane nieco inaczej, jeśli rzeczywiście chcemy się dowiedzieć, czy istnieje szansa na zmianę stosunków między Polską i Rosją. Dokładniej zaś – należy doprecyzować, co rozumiemy pod pojęciami pojednanie i Rosja.
Pojednanie może oznaczać zażegnanie istniejących sporów, powetowanie strat, nawiązanie dialogu w sprawach historycznych – słowem wzajemne odnalezienie się po latach konfliktów. W każdym razie Rosja i Polska w pierwszej kolejności powinny się zrozumieć. Pojednanie w relacjach polsko-rosyjskich widziałbym bowiem raczej w płaszczyźnie wzajemnego zrozumienia – przede wszystkim własnych lęków i oczekiwań.
Druga kwestia dotyczy tego, kto miałby wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności za zbliżenie Rosji i Polski. Politycy, elity intelektualne, społeczeństwo... Celowe byłoby zaangażowanie wszystkich tych aktorów w ten proces.
Obydwa państwa dzieli zdecydowanie więcej niż tylko historia, która moim zdaniem odgrywa coraz mniejszą rolę w stosunkach dwustronnych. Większe znaczenie ma natomiast bariera geograficzna i związana z nią ograniczona styczność przedstawicieli obydwu narodów, nieznajomość języka, kultury. Polscy studenci spotykają się po raz pierwszy i jedyny z językiem rosyjskim za pośrednictwem ukraińskich kolegów. Z przyczyn ekonomicznych spada liczba studentów rosyjskich odwiedzających Polskę. A jak ważne są kontakty bezpośrednie, pokazuje przypadek mieszkańców obwodu kaliningradzkiego, którzy regularnie odwiedzają Polskę i których stosunek do Polski i Polaków jest ciepły.
Wzajemne wyobrażenia kształtowane są głównie pod wpływem przekazu medialnego, zdominowanego przez wielką politykę. O ile w Rosji mamy do czynienia z budową syndromu oblężonej twierdzy, o tyle w Polsce uwagę przyciągają przede wszystkim: militarne zaangażowanie Rosji na wschodzie Ukrainy i w Syrii, ingerencja w przebieg wyborów w Stanach Zjednoczonych i we Francji, finansowanie europejskich partii politycznych.
Czy tego chcemy, czy nie, Europa Środkowo-Wschodnia stanowi tradycyjny obszar konfrontacji Wschód-Zachód. Polska jest z punktu widzenia Rosji pionkiem na szachownicy, pozostającym w rękach Zachodu. Innymi słowy, nasze relacje mają charakter asymetryczny.
Pojednanie wymaga ruchu obu stron w tym samym kierunku i świadomości, że przyniesie korzyści jednej i drugiej, doprowadzi do wspólnie pożądanego celu. Tymczasem w naszych relacjach z Rosją brakuje wzajemnego zrozumienia, zainteresowania, kontaktów. I rzecz chyba najważniejsza – nie wiemy, jaki spór mielibyśmy zażegnać, co sobie wybaczyć, o wybaczenie czego prosić. Dlatego nie wierzę w szanse na „pojednanie" z Rosją.

Not. Michał Sobczyk

Czytany 1388 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 22 październik 2017 21:43