wtorek, 24 czerwiec 2014 06:15

George Friedman: Refleksje o pograniczu

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

world_marumgeopolityka  dr George Friedman

Rosja jest o wiele bardziej skuteczna, niż miało to miejsce dekadę temu. Unia Europejska jest w trakcie kryzysu wewnętrznego, Niemcy ponownie definiują swoją pozycję międzynarodową, zaś Stany Zjednoczone prowadzą niepewną i nazbyt skomplikowaną grę. Państwa Międzymorza pozostają „pod urokiem” Unii Europejskiej i NATO, lecz ta fascynacja powoli spada.

Pogranicze to region, gdzie historia jest ciągle obecna. Wszystko jest w ruchu. Państwa, które poznałem w czasie swej podróży (Turcja, Rumunia, Mołdawia, Ukraina i Polska) znajdują się na pograniczu świata islamu, katolicyzmu i prawosławia. Rzymsko-katolickie cesarstwo Habsburgów walczyło przez stulecia z islamskim imperium osmańskim, które Turcy anatolijscy rozszerzali w kierunku północno-zachodnim, aż do pamiętnej odsieczy wiedeńskiej w 1683 roku. Począwszy od XVIII wieku prawosławna Rosja prowadziła swą ekspansję ze Wschodu, przez terytoria Białorusi i Ukrainy. Przez ponad dwa stulecia pas krajów rozciągających się od Bałtyku po Morze Czarne stanowił pogranicze, o które wspomniane imperia walczyły.

Istnieje tu pewna prawidłowość. Zimna Wojna była ostatnią jednoznaczną rywalizacją między Rosją a Europą Zachodnią, którą wsparły – i w dużym stopniu zdominowały – Stany Zjednoczone. Wspomniany pas krajów był silnie, choć nieformalnie związany z imperium radzieckim. Współcześnie, wspomniane państwa, ponownie odzyskały suwerenność. Moje zainteresowanie tym obszarem wynika z usiłowań zrozumienia, jak potoczy się przyszła regionalna rozgrywka geopolityczna. Rosja jest o wiele bardziej skuteczna, niż miało to miejsce dekadę temu. Unia Europejska jest w trakcie kryzysu wewnętrznego, Niemcy ponownie definiują swoją pozycję międzynarodową, zaś Stany Zjednoczone prowadzą niepewną i nazbyt skomplikowaną grę. Jednak, chciałbym zrozumieć, co kraje od Turcji po Polskę myślą o własnym pozycjonowaniu w odniesieniu do rywalizacji ośrodków siły na poziomie regionalnym.

Przypisano mi miano „zimnowojennego wojownika”. Ale nie sądzę, aby była to prawda. Związek Radziecki upadł, zaś wpływy amerykańskie w Europie spadają. Perspektywy ładu globalnego to nie nowa Zimna Wojna. Nie spodziewam się jednak, aby wspomniany region był oazą wiecznego pokoju. Tak nigdy nie było i tak nie będzie w przyszłości. Pragnę zrozumieć naturę przyszłych konfliktów i do tego potrzebujemy wzorców z przeszłości. Nie tych z okresu Zimnej Wojny, lecz z czasów I Wojny Światowej.

I. Przemiany regionalne po I Wojnie Światowej

I Wojna Światowa ukształtowała zupełnie nowa architekturę bezpieczeństwa we wspomnianym regionie. Imperia osmańskie i habsburskie upadły, rosyjskie zostało zastąpione przez Związek Radziecki, zaś niemieckie zostało obalone od środka i zastąpione przez republikę. Żadem region świata nie doświadczył tylu cierpień i nie zubożał tak, jak analizowany obszar. I co istotniejsze – wojna nie zakończyła się w 1918 roku. O „masę upadłościową” po imperiach, które niechętnie ustąpiły, walczyły nowe narody zarówno na poziomie wewnętrznym, jak i między sobą.

Upadek imperiów pozwolił wspomnianym narodom odrodzić się jako niepodległe kraje. Od Baltikum po Bułgarię poszczególne społeczeństwa utworzyły państwa narodowe. Wiele granic oraz niektóre związki narodowe zostały wyznaczone przez zwycięskie mocarstwa w Wersalu i Trianon. Tam wymyślono Jugosławię, państwo południowych Słowian – z „kolekcji” wrogich sobie narodów. Tak uformowano ich granice. Jeśli Francja, Brytania i Stany Zjednoczone decydowały o regionie, to Polacy usiłowali zapewnić sobie wpływ na te postanowienia.

Granica między imperium rosyjskim/Związkiem Radzieckim a Europą jest podzielona na dwie części. Karpaty tworzą zarysowaną granicę między Rosjanami a częścią Europy, na południe od Słowacji. Góry te nie są specjalnie wysokie, lecz równocześnie wymagające z izolowanymi osiedlami ludzkimi i zaledwie kilkoma dobrymi drogami. Karpaty w przeszłości należały do poszczególnych krajów regionu, lecz nie było łatwo je kontrolować. Nawet i współcześnie częścią tych obszarów zawiadują bandyci. Można przez tą barierę przemieścić armię, lecz nie jest to bynajmniej łatwe.

Północna część Europy została zdominowana przez równinę, która rozciąga się od Francji po Moskwę. Jest płaska jak stół i ogólnie rzecz ujmując jest to dogodny teren do operowania wojskami. Za wyjątkiem pewnych barier wodnych jest to szlak europejskich zdobywców. Napoleon podążył wzdłuż twej równiny aż do Moskwy. Podobnie uczynił Hitler (który także usiłował opanować Kaukaz). Szlakiem Napoleona i Hitlera – tylko, że w drugą stronę – podążył i Stalin.

II. Międzymorze

W następstwie I wojny światowej Polska ponownie pojawiła się na mapie jako suwerenny kraj. Rosjanie skapitulowali wobec II Rzeszy w 1917 roku i podpisali kilka miesięcy później traktat pokojowy w Brześciu Litewskim, który przekazywał olbrzymie połacie ziemi, w tym Ukrainę, na rzecz Niemiec. Po klęsce tego ostatniego traktat brzeski stracił na aktualności i Rosjanie usiłowali odzyskać to, co odstąpili we wspomnianym dokumencie. Częścią tej schedy była Polska. W 1920 roku miała miejsce kulminacyjna bitwa pod Warszawą, gdzie wojska pod dowództwem marszałka Józefa Piłsudskiego – który nieco wcześniej zawarł przymierze z Ukrainą – zatrzymały inwazję radziecką.

[Józef] Piłsudski to postać niezmiernie ciekawa – reakcjonista w pewnych kwestiach i zarazem radykał w innych. To co mnie interesuje, to jego wizja geopolityczna. Był on przede wszystkich polskim nacjonalistą, który rozumiał że pierwszym krokiem do niepodległości Polski będzie klęska Rosji w wojnie z Niemcami. Ponadto uważał, że polska dominacja nad Ukrainą – starożytny miraż – zagwarantuje niepodległość Polski po pokonaniu II Rzeszy Niemieckiej. Jego próba zawiązania aliansu z Ukrainą jednak się nie powiodła. Rosjanie pokonali Ukraińców a część Ukrainy przypadła Polsce. Piłsudski natomiast zwyciężył tych pierwszych.

Można oczywiście spekulować, jak potoczyłyby się losy historii, gdyby Piłsudski utracił Warszawę. Wówczas równiny północnoeuropejskie byłyby otwarte, a armia bolszewicka wtargnęłaby niewątpliwie do Niemiec. Niewątpliwie Francuzi usiłowaliby zapobiec temu scenariuszowi wypadków, choć wpływy Francuskiej Partii Komunistycznej mogły „żerować” na przemęczeniu wojną. Można oczywiście spekulować na wiele sposobów, gdyby Piłsudski nie zatrzymał Rosjan. Ale to uczynił.

Jednak Piłsudski miał inną wizję. Wiedział, że zarówno Niemcy, jak i Rosja są obecnie w ruinie i kwestią czasu jest ich sojusz. Przymierze – które w pamięci wspomnianego polityka – odciśnie piętno na całym regionie. Jego ambicją było stworzenie wokół Polski układu geopolitycznego, który nazwano Międzymorzem (Intermarum) – sojuszu krajów położonymi między morzami [Bałtyckim, Czarnym i Adriatykiem], ze szczególnym uwzględnieniem Czechosłowacji, Węgier, Rumunii, Finlandii i Krajów Bałtyckich. To nigdy się nie ziściło, lecz – gdyby mu się wówczas powiodło – być może nie byłoby II Wojny Światowej, lub miałaby ona zupełnie inny przebieg. W mojej świadomości koncepcja ta pojawiła się stosunkowo późno, kiedy rozmyślałem nad sytuacją [geopolityczną] po upadku NATO i ambitnych projektach Federacji Europejskiej. Międzymorze Piłsudskiego jawi się wówczas jako logiczne posunięcie, a może i historycznie sensowne. Nawet jeśli nie jest uwarunkowane dziejowo, gdyż był to zawsze obszar rywalizacji dla innych, nie zaś wspólnej przestrzeni.

III. Stosunki rosyjsko-niemieckie

Kwestia regionu nie spoczywa jednak wyłącznie w rękach Niemiec i Rosji. Wszystko zależy od tego, co to ostatnie państwo planuje i jak do tych pomysłów odnosi się Europa. Międzymorze, jak dowodzi tego historia, jest położone między Rosją a Europą. Co prawda nie ma już mocarstwa południowego (po spuściźnie habsburskiej pozostały jedynie wspomnienia), lecz na północy znajdują się Niemcy – kraj, który stara się odnaleźć swoje miejsce w Europie i historii.

Z różnych punktów widzenia państwo to stanowi zagadkę. W 2008 roku kryzys grecki zaszokował Niemców, którzy w Unii Europejskiej widzieli rozwiązanie dla europejskiego nacjonalizmu i instrument ogólnego dobrobytu. Gdy jednak pojawił się kryzys, Niemcy nagle odkryli, że nacjonalizm występuje w Niemczech, podobnie jak w innych krajach. Niemcy nie chcą ponosić konsekwencji za Greków, jednakże kwestia pozycji i wartości Unii Europejskiej stała się sprawą kluczową w debacie publicznej w [samych] Niemczech. Niemcy jednak nie definiowały po 1945 roku siebie jako „swobodnego gracza”. Teraz nastąpiła przemiana mentalna i może ona doprowadzić do zmian, których kierunku obecnie nie jesteśmy w stanie określić.

Jedną z takich rzeczy, które mogą ewoluować, są stosunki niemiecko-rosyjskie. W różnych przedziałach czasowych, poczynając od 1871 roku Niemcy i Rosjanie byli zarówno sprzymierzeńcami, jak i śmiertelnymi wrogami. Obecnie w stosunkach bilateralnych brakuje jeszcze wewnętrznej logiki – ekonomicznie oba kraje wzajemnie się uzupełniają. Rosja eksportuje surowce, a Niemcy – technologie. I to nie zważając na presję ze strony Stanów Zjednoczonych. Wspólnie mogą sprostać tym naciskom, dlatego między nimi trwa „cichy romans”.

To właśnie przykuwa moją uwagę w państwach, które odwiedzam. Dla Polski widmo sojuszu niemiecko-rosyjskiego to historyczny koszmar. Ostatni raz stało się to w 1939 roku, kiedy to rozstała ona rozdarta na części i utraciła niepodległość na przeszło półwiecze. Nie ma chyba w Polsce rodziny, która nie potrafi wymienić swych zmarłych z tego czasu. Oczywiście – współcześnie mówi się o tym, że Niemcy już nie są tymi, co w przeszłości. Podobna rzecz ma się z Rosjanami. Jednak geopolityka pokazuje, że subiektywne odczucia nie są w stanie skasować historycznych stereotypów. Cokolwiek mówią i myślą Polacy – muszą się tym [faktem] irytować – choć się do tego nie przyznają. Eksponując swój strach wobec Niemiec i Rosji musieliby okazać nieufność i brak zaufania, które nie są akceptowalne w nowoczesnej Europie. Mimo tego, Polacy znają historię, a to będzie istotne, co mają do powiedzenia – albo przynajmniej, to co mówią. I to ma ważkie znaczenie, co mówią i czego nie mówią na temat Stanów Zjednoczonych w tych okolicznościach.

IV. Pozycja Rumunii

Rumuni są w zupełnie innej sytuacji. Ich państwo jest buforowane przed Rosjanami przez Ukrainę i Mołdawię, dlatego też ich poczucie zagrożenia powinno być niższe. W przeciwieństwie po Polaków i niziny północnoeuropejskiej ich kraj ma ponadto naturalną barierę w postaci Karpat. Ale co począć z Ukrainą? Jej władze państwowe wykazują silne ciągotki prorosyjskie, zaś gospodarka jest uzależniona od Federacji Rosyjskiej. Oczywiście, coraz bardziej nastawiona proniemiecko, Unia Europejska nie przyjdzie im z pomocą. Pytanie zatem brzmi: czy na Ukrainie mamy do czynienia z próbą uzyskania pełnej niezależności, czy raczej – więzy te zostaną zastąpione czymś bardziej nieformalnym, lecz umacniającym więzy z Rosją? Z dalszej perspektywy wydaje się, że pole manewru Ukraińców jest stosunkowo wąskie, choć pozwala na pewne balansowanie. Oni, oczywiście będą zapewniali, że celem jest niezależność – lecz w tym przypadku istotne jest nie to, co deklarują, lecz co robią dla poprawy swego położenia. Obecnie nie ma w Europie ważniejszej kwestii, niż przyszłość Ukrainy.

Dla Rumunii ważne jest, jak przekształci się wspomniany bufor i czy Rosjanie zbliżą się do jej granic. To dlatego tak ważna jest rola Mołdawii. Kraj ten nazywano niegdyś Besarabią. Kiedy w 1939 roku Stalin złożył ofertę Hitlerowi, w umowie ustalono, że Besarabia – terytorium Rumunii, sojusznika Niemiec – zostanie zajęta przez ZSRR. Chodziło o odsunięcie Rumunii za rzekę Dniestr, od Odessy – kluczowego portu nad Morzem Czarnym. Besarabia pozostała częścią ZSRR po wojnie. Po upadku Związku Radzieckiego, Mołdawia – rozciągająca się na lewym brzegu Dniestru, stała się niezależna. Na Lewobrzeżu, z rosyjską pomocą, powstało jednak Naddniestrze, a Mołdowa stała się rumuńskojęzycznym buforem nad rzeką Dniestr.

Mołdawia jest najbiedniejszym krajem w Europie. Jego głównym towarem eksportowym są wina, wysyłane głównie do Rosji. Jednak Rosjanie mieli tendencje do blokowania tego eksportu, ze „względów zdrowotnych”. Sądzę, że ów problem ma podtekst geopolityczny, nie zaś biologiczny. Jeśli Mołdowa jest niepodległym proeuropejskim państwem, to wówczas Ukraina jest w mniejszym stopniu podatna na rosyjskie naciski. Mołdawia może, w niedalekiej przyszłości, stać się obszarem przeciwstawiającym się rosyjskim interesom. Każda uwaga, że potencjalni wrogowie są z Odessy, jest dla nich korzystna. Nie było takiego powodu, kiedy Stalin domagał się od Hitlera Besarabii. Dylemat ten nie został rozstrzygnięty, lecz Rosjanie działają na rzecz izolowania i wywierania presje na Mołdowę, a przez to i na Rumunię.

Moja wizyta w Rumunii i Mołdawii była próbą zorientowania się w jaki sposób postrzega się tam Ukrainę, co myśli o rosyjskich zamiarach o co zamierza się z tym „fantem” zrobić – jeśli cokolwiek. Rumunia zawsze była krajem trudnym do odszyfrowania. Z geopolitycznego punktu widzenia, jej stolica [ Bukareszt] jest położona po nieodpowiedniej stronie Karpat – jeśli Rosjanie są zagrożeniem oraz w dobrym miejscu, gdy niebezpieczeństwo pojawia się ze strony Austrii lub Niemiec. Polityka Rumunii jest ukierunkowana na Unię Europejską, ale jest on jednym z kilku krajów tej Wspólnoty, które tak naprawdę do niej nie należą. W przeciwieństwie do Polaków, dla których historia oporu do tradycja, Rumuni potrafili przystosować się do „panujących wiatrów”. Będzie istotne dowiedzieć się, jak postrzegają oni swoje obecne położenie. Jestem zdania, iż zrobią wszystko, aby chronić Mołdowę i tym samym narazić się na gniew Moskwy, lecz nie do końca jest jasne, czy Mołdawia jest w niebezpieczeństwie. Pewien aspekt jest oczywisty: jeśli Rosjanie zawładną Ukrainą, wówczas to Mołdawia stanie się istotnym terytorium, nie tylko w celu zapewnienia określonych wpływów w tym kraju, lecz także kreowania nowych możliwości Rumunii i Europy Południowo-Zachodniej. Czasami bywa tak, że małe obszary terytorium, które umykają naszej uwadze, stanowią w istocie swego rodzaju punkty odniesienia.

Turcja to miejsce, gdzie bywałem już kilka razy w ciągu ostatnich lat i gdzie spodziewać się jeszcze powrócić. W swojej książce Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek [Warszawa 2009] stwierdziłem, że w nadchodzącym półwieczu Turcja stanie się wielkim mocarstwem. Jestem pewien w tym przypadku swoich przewidywań długookresowych, lecz następna dekada będzie okresem przejściowym dla tego kraju – międzyczasem od konfrontacji z ZSRR w sojuszu z USA, do zajęcia określonej pozycji międzynarodowej. Turcja nie będzie niczyim pionkiem, lecz sama będzie prowadziła intensywną politykę zagraniczną. Oczywiście, w miarę wzrostu jej pozycji na Bałkanach, takie kraje jak Rumunia, będą musiały się z nią zmierzyć.

Jestem ciekaw opinii Rumunów i Mołdawian, co w tym momencie myślą o Turcji. Jej ponowne pojawienie się na „arenie dziejów” to proces stopniowy z nieuniknionymi niepowodzeniami i rozczarowaniami, lecz jej wpływ będzie stopniowo rósł, co wpłynie na powiązania ekonomiczne w basenie Morza Czarnego. Jestem ciekaw, czy Turków postrzegają, podobnie jak Rosjan (i w tym kontekście Iran, kraje arabskie, jak również Azję Środkową) Polacy, Ukraińcy, Rumunii i Mołdawianie – wszyscy oni pragną rozmawiać o Rosji. Z kolei Turcy będą chcieli omówić wiele kwestii, ale o Rosji jak najmniej. Będę się [zatem] starał wyciągnąć od nich te informacje.

V. Teoria geopolityczna

Na zakończenie jestem gotów zbadać wspomniany region z perspektywy teorii, którą pragnę poddać weryfikacji. Jest to twierdzenie, które zakłada, że ład pozimnowojenny dobiega końca. [Tymczasem] Rosja powróciła do swej historycznej formy. Niemcy znajdują się na początku procesu redefiniowania swej pozycji w Europie, kiedy słabości UE stały się oczywistością. Turcja podjęła już pierwsze kroki w kierunku budowy potęgi regionalnej. Jesteśmy [zatem] w okresie wstępnym, kiedy poszczególne ośrodki siły budują swoją pozycję.

Dla Stanów Zjednoczonych wzrost znaczenia Turcji jest korzystny. Kończą one swe wojny w regionie, zaś Ankara jest zmotywowana, by wypełnić powstałą próżnię oraz podjąć się zwalczania islamizmu. Ci, którzy uważają, że władzą państwową Turcji kierują radykalni muzułmanie, po prostu się mylą, i to z dwóch powodów. Po pierwsze – Turcja jest krajem głęboko podzielonym, z wpływowymi spadkobiercami tradycji świeckich Kemala Atatürka w roli głównej. Tradycje te są zbyt silne, aby zdominował je fundamentalizm religijny. Po drugie – islamizm turecki nie może być porównywany chociażby z radykalizmem konfesyjnym Arabii Saudyjskiej. Islam ma wiele twarzy – podobnie jak i chrześcijaństwo – lecz wersja turecka wywodzi się jeszcze z tradycji osmańskich. Jest on bardziej subtelny, tolerancyjny i przede wszystkich pragmatyczny. Wynika to z historii, kiedy turecki islam i katolicka Wenecja kohabitowały na obszarze [wschodniej części] Śródziemnomorza. Dlatego też islam turecki nie jest na tyle silny, by oprzeć się tendencjom sekularystycznym oraz zbyt ugodowy, by zostać zdominowany przez elementy radykalne. Będzie on robił, to co uzna za stosowne, lecz nie będzie to zrozumienie [poczynań] dla Al-Kaidy. Będzie to zatem dobra podstawa do dialogu z sekularystami, którzy podchodzą do obecnych władz ze strachem i nieufnością oraz zweryfikowania czy nadal pozostaje on kruchy, jak mu się to przypisuje.

Podczas, gdy Stany Zjednoczone powitają potężną Turcję z „otwartymi ramionami”, mocarstwowa Rosja, szczególnie, kiedy nie dojdzie do sojuszu z Niemcami, zajmie stanowisko zdecydowanie odwrotne. Największym zagrożeniem dla Ameryki nie są Chiny, czy Al-Kaida, lecz połączenie technologii Wspólnot Europejskich z zasobami naturalnymi Rosji. To mogłoby stworzyć kontrpotęgę zdolną zakwestionować amerykański prymat. Tu [bowiem] chodzi o reguły wypracowane w XX wieku. Relacje niemiecko-rosyjskie powinny już na wczesnym etapie rozwoju znajdować się pod szczególną uwagą Stanów Zjednoczonych, które powinny zapewnić sobie, w tym przypadku, „pakiet kontrolny”.

Nie jest dla mnie jasne, czy amerykańskie przywództwo rozumie powagę sytuacji. Umysł Waszyngtonu stanowi konglomerat pozimnowojennego myślenia o Rosji i Europie oraz obsesji na temat terroryzmu. To nie jest czas przejrzystego myślenia w kategoriach strategicznych. Jestem zdania, że moja postawa wywołuje rozdrażnienie, ponieważ prezentowane przeze mnie poglądy są traktowane jako przejaw paranoi i radykalizmu, podczas, gdy ja uważam przeciwne opinie za anachroniczne i uproszczone. To dlatego nie lubią [siedziby Stratforu] Austin. Wiem, że przykładowo Polacy są głęboko zaniepokojeni faktem, iż Waszyngton nie rozumie powagi sytuacji. Lecz w Stanach Zjednoczonych Waszyngton raczej „produkuje” dokumenty, niż „studiuje” historię. Stany Zjednoczone to wielki kraj, w którym Waszyngton uważa się za „pępek świata”, lecz nim nie jest. Presja świata i społeczeństwa zmuszają do działania, choć nawet niechętnego.

Nie mam wpływu na decyzje, lecz pokazuję, jak Waszyngton może wspierać Polskę. W tym przypadku zamierzam przedstawić gotową już koncepcję Międzymorza Piłsudskiego. Uważam, że NATO jako „sprzysiężenie biurokratów” powinno wypromować ją już 20 lat temu. Z amerykańskiego punktu widzenia, dla Francji czy Niemiec jest to niemożliwe i bezcelowe, gdyż tamte kraje posiadają własne interesy i niekorzystne położenie geograficzne. To jest owe Międzymorze – Polska, Słowacja, Węgry, Rumunia i może Bułgaria – reprezentacja sojuszu tego pokolenia. Blokuje on Rosjan, odgradza od Niemiec i delikatnie ogranicza penetrację Turcji w Europie Południowo-Wschodniej.

Państwa Międzymorza pozostają „pod urokiem” Unii Europejskiej i NATO, lecz ta fascynacja powoli spada. Rok 2008 [kiedy Rosja zaatakowała Gruzję] i obojętność Niemiec były dla nich lekcją pokory i ostrzeżeniem, że NATO to [już] historia. Polacy muszą zostać liderem [całego] przymierza a Rumunii jego południowej odnogi. Sądzę, że Polacy myślą w tych kategoriach, lecz Rumunii – jeszcze nie. Nie jestem pewien tych konkluzji i tego właśnie pragnę się dowiedzieć. Według mnie, Polska – wspierana przez USA – powinna strzec niziny północnoeuropejskiej, razem ze Słowacją, Węgrami, zaś Rumunia dolin karpackich, aby uniknąć najgorszego dla Stanów Zjednoczonych scenariusza: sojuszu między Rosją i Niemcami, za którymi stoi Europa Zachodnia. Kluczem jest w tym przypadku ewolucja stanowiska krajów Międzymorza wobec Unii Europejskiej. Chciałbym zobaczyć jak daleko te zmiany zaszły.

Oczywiście wszystko to może być jak najdalsze od tego, co wymyślono w Waszyngtonie. Stany Zjednoczone wciąż postrzegają Rosją jako „państwo upadłe” lat 1990’. To nie jest rozważne stanowisko. Także myślenie o rozszerzonej Unii Europejskiej pozostawia wiele do życzenia. Ale Waszyngton myśli [obecnie] głównie o Afganistanie. Ze zrozumiałych względów zaangażowanie to ogranicza jego pole manewru, pozwalając reszcie świata na niekontrolowane „swawole”.
Jak już wspomniałem, nie mam wpływu na decyzje polityczne. Lecz to jest ten urok Stanów Zjednoczonych, że słabość i niejasność mają tendencje do myślenia o najbliższej przyszłości. Sam tego nie czynię, lecz testuję skuteczność [konkretnych] strategii politycznych. Nie planuję, co powinno się wydarzyć, lecz mówię o tym, co prawdopodobnie się wydarzy. W ten sposób odczytuję rzeczywistość.

(tł. dr Robert Potocki)
This report is republished with permission of STRATFOR.
Fot. naspidowany.com

Czytany 5424 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04