czwartek, 09 lipiec 2015 07:03

Adam Gwiazda: Debaty o nierównościach i co z nich wynika?

Oceń ten artykuł
(8 głosów)

prof. dr hab. Adam Gwiazda

Trwające od wielu lat z różnym nasileniem dyskusje na temat przyczyn i skutków pogłębiających się w większości krajów świata nierówności ekonomiczno-społecznych nie doprowadziły dotąd do uzgodnienia realistycznej „recepty” na uleczenie tego zjawiska. Trafna jest tylko diagnoza mówiąca o tym, że kumulacja tych nierówności może doprowadzić do destabilizacji wielu państw, w których występują największe różnice między najwyższymi i najniższymi dochodami i w których bardzo niewielka grupa ludzi (często mniej niż 1%) posiada ogromną większość majątku, skazując resztę obywateli danego państwa na coraz bardziej „ubożejącą” przyszłość.

Niektórzy autorzy całkiem poważnie ostrzegają, że „już niedługo znajdziemy się w świecie, w którym wszystko będzie należało do garstki bogatych, a reszta będzie zmuszona wynajmować powietrze i wodę od Marka Zuckerberga [1]. Zdaniem francuskiego ekonomisty Thomasa Piketty, autora bestsellera pt. „Kapitał w XXI wieku”, obecnie ludzkość żyje podobnie „erze”, jak w la belle epoque (czyli jak w latach 1872–1914), kiedy również pojawiły się ogromne nierówności ekonomiczno-społeczne i nastąpiła koncentracja majątku w rękach niewielkiej grupy najbogatszych ludzi [2]. Następnie proces koncentracji światowego bogactwa w rękach niewielkiej grupy kapitalistów (ok. 10% ludności) został zahamowany wybuchem I wojny światowej i w okresie międzywojennym osłabiony wybuchem w 1929 roku wielkiego kryzysu gospodarczego, a następnie wybuchem II wojny światowej. Jednak w latach powojennych, w tym szczególnie od początku lat 1980’ dochodu ludności świata szybko wzrastały. Jest rzeczą charakterystyczną, że najszybciej w obecnej „drugiej” la belle epoque wzrosły dochody ludzi najbogatszych. Natomiast nie poprawiły się dochody klasy średniej, które w tym okresie rosły najwolniej. Uległy też w tym czasie dalszemu pogłębieniu nierówności między 1% i 10% ludzi najbogatszych, a pozostała częścią 99% i 90% mieszkańców świata. W związku z tym zjawiskiem wyrażane są powszechnie obawy, czy pogłębiające się nierówności ekonomiczno-społeczne nie doprowadzą, w mniej lub bardziej odległej przyszłości, do radykalnej zmiany obecnego systemu polityczno-gospodarczego i tym samym zmiany systemu dystrybucji dochodów? Po pierwszej la belle epoque i zakończeniu I wojny światowej doszło do takiej zmiany w carskiej Rosji, gdzie w wyniku rewolucji październikowej bolszewicy przejęli władzę i wprowadzili ustrój komunistyczny. Podobnych zmian nie należy się obawiać w XXI wieku i to nie tylko dlatego, że komunizm okazał się systemem nie zapewniającym równości wszystkich obywateli, lecz także niezdolnym do zaspokojenia potrzeb ludności i efektywnego wykorzystania zasobów kapitału, surowców i pracy. Należy jednak liczyć się z wybuchem coraz ostrzejszych konfliktów społecznych, o ile utrzymane zostanie dotychczasowe tempo pogłębiania się nierówności majątkowo-dochodowych pomiędzy 1% ludzi najbogatszych i 99% reszty ludności świata. Zbyt wielka jest bowiem władzy wspomnianej jednoprocentowej grupy najbogatszych ludzi świata, w skład której relatywnie niewielu jest przedsiębiorców, a znacznie więcej posiadaczy kapitału czołowych menedżerów i finansistów [3].

Nikt jednak nie jest w stanie przewidzieć poważniejszych, niż dotychczasowe, konfliktów społecznych ani też ich skali. Podobnie zresztą jak nie powiodły się próby wielu przedstawicieli nauk społecznych opracowania „złotego środka”, który przeciwdziałałby pogłębianiu się nierówności i sprzyjał zarówno zrównoważonemu wzrostowi gospodarczemu, jak również sprawiedliwej dystrybucji dochodów. Propozycje T. Piketty, obłożenia wszystkich bogatych podatkiem od posiadania przez nich majątku o wartości powyżej 200 tys. euro należą niestety także do zbioru utopijnych „pobożnych życzeń”, których współcześni politycy nie zechcą i nawet gdyby chcieli, to nie będą mogli, z wielu względów, wprowadzić w życie. Nie ma co też liczyć na to, że kapitalizm sam się zreformuje, aby umożliwić sprawiedliwszą dystrybucję dochodów. Nie jest bowiem – w przeciwieństwie do tego co twierdzi wielu lewicujących autorów – system samodestrukcyjny. Gdyby bowiem tak było, to już dawno spełniłyby się „katastroficzne” przepowiednie Karola Marksa.

Bogatszy i mniej sprawiedliwy świata

Ogromne kontrowersje wywołuje kwestia pomiaru nierówności dochodowo-majątkowych i określenia na ich podstawie nierówności społecznych. Jak w każdym pomiarze tego typu wielkości sporo zależy od przyjęcia odpowiednich (dla danego kraju, regionu czy też całego świata) kryteriów bogactwa czy zamożności, a także ubóstwa i biedy. Im niższy jest wskaźnik PKB per capita w danym kraju tym niższa jest także kwota miesięcznego dochodu ludzi zaliczanych do grupy zamożnych. Przykładowo, w Polsce wystarczy zarabiać 7100 zł brutto miesięcznie, aby być „zaliczanym”, przynajmniej według kryteriów stosowanych przez banki, do grupy ludzi zamożnych. Takich osób było w naszym kraju w 2013 roku 786 tys., czyli około 2,1% wszystkich mieszkańców. Natomiast w tym samym roku było w Polsce tylko 45 tys. osób zarabiających rocznie milion i więcej złotych. Dla porównania w Niemczech takich osób było w 2013 roku 37 razy więcej niż w naszym kraju. Szacuje się, że w 2016 roku będzie w Polsce już albo dopiero 1 mln ludzi zamożnych z miesięcznym dochodem brutto powyżej 7100 złotych. Wspomniane 786 tys. zamożnych Polaków dysponowało w 2013 roku dochodem netto w wysokości 172 mld zł [4]. Trudno ocenić bez porównania z sytuacją w innym kraju o zbliżonym do Polski PKB per capita czy koncentracja takiej części dochodów netto w rękach 786 tys. osób zamożnych to dużo czy mało i jaki ma to wpływ na nierówności społeczne? Z pewnością nie jest to jeszcze znacząca liczba zamożnych według raczej „skromnego” kryterium dochodowego w wysokości 7100 zł miesięcznych dochodów (czyli ok. 1800 euro?) w społeczeństwie liczącym ponad 37 mln osób (bez uwzględnienia polskich emigrantów zamieszkujących w innych krajach). Podobnie zresztą niewielu jest jeszcze w naszym kraju milionerów, tj. ok. 46-47 tys. osób z rocznymi dochodami powyżej miliona złotych.

O wiele większa liczba zarówno osób zamożnych, jak również milionerów i miliarderów występuje w bogatych krajach zachodnich. W krajach tych ma także miejsce największa koncentracja majątku w rękach niewielkiej grupy „kapitalistów”, czyli właścicieli kapitału (rentierów) oraz aktywnych posiadaczy kapitału (przedsiębiorców). Największa koncentracja majątku występuje w Szwajcarii, gdzie 10% dorosłej ludności tego kraju posiadało w 2000 roku 71,3% majątku a w 2012 roku ponad 72%. Na drugim miejscu pod tym względem znajdują się Stany Zjednoczone, a na trzecim Dania (zob. tab. 1).

Tabela 1. Udział 10% najbogatszych dorosłych w majątku wybranych krajów świata w 2000 i 2012 roku

nierownosci01

Źródlo: The World Institute for Development of Economics Research, cyt. za: G.W.Domhoff, Power in America – Wealth, Income and Power 2005/2013,  www.ncsc.edu/whomlesamerica/power/wealth.html/s.25 (dostęp 18.05.2014).

Znacznie wyższy wskaźnik koncentracji bogactw w rękach 10-procentowej grupy ludzi najbogatszych występuje w skali całego świata. Według szacunków amerykańskiego socjologa Georgea Willema Domhoffa 10% dorosłych mieszkańców świata kontroluje aż 85% światowego bogactwa (tj. zarówno majątku trwałego w formie posiadanych nieruchomości, form i ziemi, jak i zasobów gotówki, złota i posiadanych akcji i innych papierów wartościowych [5]. Najwięcej miliarderów (35 tys.) żyło w 2011 roku w USA i w Chinach (5 tys.). Na kolejnych miejscach pod względem liczby miliardów znajdowały się w tym roku takie kraje, jak Niemcy, Szwajcaria, Japonia, Wielka Brytania i Francja [6]. Także w USA, które zajmują drugie miejsce za Szwajcarią pod względem koncentracji majątku w rękach 10-procentowej grupy dorosłych ludzi, występuje najwyższa koncentracja akcji przedsiębiorstw posiadanych tylko przez 1% inwestorów. W 2011 roku wspomniany 1% największych akcjonariuszy posiadał 33,5%, a w 2007 roku aż 38,3% ogółu akcji, podczas gdy najuboższy odsetek 8% akcjonariuszy posiadał odpowiednio 10,7 i 8,9% akcji (zob. tab. 2).

Tabela 2. Koncentracja kapitału akcyjnego w USA w latach 2001-2010*

nierownosci02

*łącznie z akcjami posiadanymi bezpośrednio w funduszach inwestycyjnych
Źródło: E.N. Wolff, The Asset Prince Meltdown and the Wealth of the Middle Classes, New York 2012, s. 60.

W 2010 roku 20% Amerykanów posiadało aż 91,6% wszystkich akcji. Nie była to być może bardzo duża koncentracja bogactwa w tyj tylko formie. Znacznie większa, chociaż jak twierdzi T. Piketty, mniej rzucająca się w oczy występuje koncentracja całego bogactwa zarówno w skali całego świata, jak również w poszczególnych krajach, w tej liczbie także w takich krajach o bardziej zrównoważonym podziale dochodu, jak Szwecja i Dania. Eksperci szwajcarskiej formy ubezpieczeniowej Credit Suisse wyliczyli wartość światowego bogactwa w 2013 roku na 240 bln dolarów. Dla porównania w 2000 roku światowe bogactwo równało się 100 bln dolarów. Największy w nim udział miały USA i Europa, a następnie Azja i kraje Pacyfiku, a najmniejszy Ameryka Łacińska i Afryka. Szokującym faktem jest to, że 1% najbogatszych ludzi posiadał w 2013 roku 41% światowego bogactwa, a następnie 360 mln zamożnych mieszkańców świata posiadało 42,3% tego bogactwa. Udział biedniejszej części populacji świata, tj. 1100 mln w światowym bogactwie wyniósł 13,7%, a najbiedniejszej i najliczniejszej grupy, tj. 3200 mln ludzi tylko 3% [7]. Ta ostatnia najliczniejsza grupa mieszkańców świata, czyli 2/3 ludności, partycypuje zaledwie w 3% światowego bogactwa. Dysponują oni majątkiem mniejszym niż 10 tys. dolarów, natomiast zaledwie 0,7% najbogatszych ludzi świata dysponuje majątkiem powyżej 1 mln dolarów i w ich rękach znajduje się aż 41% światowego bogactwa. Podobne również szokujące dane przytaczają eksperci z organizacji Oxfam, według których zaledwie 85 najbogatszych ludzi na świecie posiada majątek równy temu, który jest w rękach biedniejszej połowy mieszkańców świata, czyli aż 3,5 mld osób [7]. Ogromna większość ekspertów, zajmujących się problematyką nierówności społeczno-ekonomicznych, zgadza się co do jednego, że szkodzą one wzrostowi gospodarczemu i stabilności systemu demokratycznego. Wzrost gospodarczy powodujący coraz większe rozwarstwienie społeczne nie powinien bowiem wykluczać coraz większej liczby ludzi z udziału w „owocach” rozwoju gospodarczego. Owo wykluczenie powoduje m.in., że wzrost ten nie jest trwały i jest przede wszystkim niższy niż mógłby być w sytuacji sprawiedliwszej redystrybucji wytworzonego w danym kraju dochodu narodowego.

Destrukcyjny kapitalizm czy niewydolne państwo?

Kwestią budzącą największe kontrowersje jest ustalenie winnego za powiększające się szybko nierówności społeczno-ekonomiczne, w tym także za stagnację dochodów klasy średniej, która miała być „motorem” przyśpieszonego wzrostu gospodarczego. Kontrowersji tych wcale nie rozwiewa dobrze udokumentowana i napisana bardzo przystępnym językiem wspomniana już pozycja autorstwa  T. Piketty’ego [9]. Jej autor starał się w niej uzasadnić na różne sposoby tezę, że samo destrukcyjny kapitalizm doprowadzi do tego, że w przyszłości wszyscy będziemy biedniejsi, chociaż może nie w jednakowym stopniu. T. Piketty rozprawia się także z argumentami apologetów systemu rynkowego twierdzących, że kapitalizmu nie można obwiniać za pogłębiające się nierówności rynkowe. Zdaniem Simona Kuznetza, nierówności te stają się mniejsze w miarę jak coraz szybciej rozwijają się gospodarki poszczególnych krajów i wytwarzają coraz bardziej techniczne „wyrafinowane” towary. Wspomniany amerykański ekonomista, pochodzenia rosyjskiego, który w 1971 roku otrzymał Nagrodę Nobla, udowodnił w swoich pracach, że wzrost gospodarczy jest możliwy tylko w warunkach gospodarki kapitalistycznej [10]. Natomiast nie tylko siły rynkowe sprzyjały i nadal sprzyjają nierównościom społecznym. Tezę tę kwestionuje T. Pikety, który starał się wykazać, że kapitalizm nie rozwiązał i w obecnej formie nigdy nie rozwiąże problemu nierówności dochodowych. Na odwrót – coraz bardziej sprzyja ich powstawaniu i pogłębianiu się, co potwierdzają dane z pierwszych kilkunastu lat XXI wieku, kiedy tempo wzrostu nierówności znacznie przewyższało tempo wzrostu gospodarczego. Dane statystyczne, jakie przeanalizował T. Piketty dla okresu od XVIII wieku do czasów współczesnych potwierdzają stały wzrost nierówności, którego jednak nie można określić, jak czyni to T. Piketty, mianem „najbardziej widocznego efektu systemu kapitalistycznego” [11]. A co z całym wzrostem bogactwa i innymi, bardziej odczuwalnymi przez ludzi z wszystkich klas i warstw społecznych efektami kapitalizmu?

Trudno się zgodzić z kolejną teza tego autora, że kapitalizm sprzyjał w przeszłości i nadal sprzyja pomnażaniu bogactwa tylko przez ludzi najbogatszych. Istnieje bowiem szereg innych czynników, które, oprócz sił rynkowych, sprzyjały i nadal sprzyjają koncentracji bogactwa w rękach nielicznej grupy najbogatszych ludzi, a nie w rękach np. klasy średniej. Podobnie zresztą, jak różne czynniki, w tym szczególnie postępująca globalizacja, a nie sam kapitalizm, doprowadziły od końca lat 1990’ do tego, że od tego czasu nierówności pomiędzy krajami zaczęły się zmniejszać. Natomiast nierówności pomiędzy mieszkańcami poszczególnych państw zaczęły się, po kilkuletnim „zastoju”, znowu zwiększać. Wyniki badań Branko Milonovića z Banku Światowego potwierdziły jednak fakt, że współczesny świat jest areną ogromnych nierówności. Przy zastosowaniu współczynnika Giniego, który zawiera syntetyczne informacje o rozrzucie dochodów, ale nie o rozkładzie majątków [12], okazuje się, ze są one na świecie dużo głębsze niż w obrębie jakiegokolwiek kraju, nawet tego o największych nierównościach. Luka między ubogim mieszkańcem Indii czy Afryki Subsaharyjskiej a członkiem klasy wyższej na zachodzie jest olbrzymia. Natomiast nierówności w poszczególnych krajach ilustruje najpełniej wskaźnik Giniego. Im jest jego wyższy poziom, tym większe występują w danym kraju nierówności społeczne.

Tabela 3. Kraje OECD z najwyższym wskaźnikiem nierówności

nierownosci03

Źródło: World Bank i OECD.

Tabela 4. Kraje OECD z najniższym wskaźnikiem nierówności

nierownosci04

Źródło: Jak w tabeli 3.

Przykładowo, 1% najbogatszych Amerykanów zabiera dla siebie 1/5 całego dochodu narodowego. Pośród krajów OECD Stany Zjednoczone nie są jednak państwem największych nierówności. Tu palma pierwszeństwa należy do Meksyku, gdzie mieszka drugi na liście światowych bogaczy Carlos Slim, a jednocześnie 51% obywateli żyje poniżej granicy ubóstwa. Interesującym wynikiem tych badań jest także stwierdzenie, że czynnikiem decydującym o poziomie dochodów jest miejsce zamieszkania, a nie przynależność do określonej klasy społecznej. Jako przykład B. Milanowić podaje dane mówiące o tym, że najuboższe 5% Niemców jest zamożniejszych od najbogatszych 5% mieszkańców Wybrzeża Kości Słoniowej. Takie i podobne porównania obalają odkurzaną od czasu do czasu teorię walki klas K. Marksa, który zresztą dosyć tendencyjnie opisał kapitalizm i jego specyfikę. Podobnie czynią to współcześni marksiści, także ci, jak T. Piketty w wersji „soft”, którzy dobierają odpowiednie dane statystyczne i fakty mające uzasadnić ich rzekomo jedynie trafną diagnozę o samodestrukcyjnym charakterze systemu kapitalistycznego, który nie powinien być „uznawanym” za jedyny system zapewniający efektywne wykorzystanie zasobów pracy, kapitału i surowców naturalnych. Problem polega jednak na tym, że wspomniani lewicowi autorzy nie potrafią zaproponować innego systemu gospodarczego, który zapewniłby wzrost gospodarczy, wysokie tempo B+R, wydajności pracy i także względnie egalitarny lub sprawiedliwy podział dochodów z pracy i z kapitału.

Poszczególne kraje rozwijające się i przede wszystkim ZSRR oraz do 1989/90 roku wszystkie kraje Europy wschodniej i Środkowej wprowadzały w życie „socjalistyczny” lub quasi-socjalistyczny system gospodarczy, który okazał się niewydajny i został ponownie zastąpiony przez krytykowany „kapitalizm”. Ten ostatni, przy sprawnym zarządzaniu danym państwem, nadal charakteryzuje się zadziwiającą „żywotnością” i zapewnia, odpowiedni do potrzeb społeczeństwa, rozwój gospodarczy. Istniejące pomiędzy kapitalistycznymi gospodarkami krajów rozwijających się i krajów zachodnich ogromne rozpiętości w wielkości PKB i jeszcze większe różnice w dochodach pomiędzy mieszkańcami tych krajów, są efektem oddziaływania wielu czynników. Potwierdzają też fakt, że kraje zachodnie potrafiły się, w ramach systemu kapitalistycznego, szybciej rozwijać i gromadzić bogactwo, a znaczna część krajów rozwijających się nadal tego, z wielu różnych względów, nie potrafi. O ile więc biedniejsze kraje nie przyspieszą tempa swojego rozwoju gospodarczego, to część mieszkańców tych krajów nadal będzie emigrować do bogatych krajów zachodnich, gdzie nawet najubożsi mieszkańcy żyją na wyższym poziomie, niż relatywnie zamożni mieszkańcy trzeciego świata. Jednak kraje bogate coraz częściej wprowadzają u siebie restrykcyjną politykę imigracyjną, nie chcą się dzielić owocami swojego wzrostu gospodarczego z napływającymi zewsząd imigrantami. Muszą też uporać się z pogłębiającymi się nierównościami dochodowymi swoich mieszkańców. Okazuje się bowiem, że w latach 1988–2008 realne dochody 50% najuboższych mieszkańców USA wzrosły tylko w 23%, podczas gdy 1% najbogatszych Amerykanów aż o 113%. Dla porównania w tym samym okresie realne dochody 50% biedniejszej części populacji Japonii nie tylko w ogóle nie wzrosły, to wręcz zmniejszyły się o 2% [13].

Okazuje się, że proces globalizacji gospodarki światowej nie pomógł w poprawie dochodów mieszkańcom wszystkich krajów świata. Z tego procesu wyłączonych zostało co najmniej 5% części światowej populacji, czyli ludzie żyjący na obszarach objętych konfliktami zbrojnymi, takimi jak wojna domowa w Syrii, Iraku i Afganistanie. Powszechnie przyjmuje się, że na globalizacji zyskują przede wszystkim dwie grupy społeczne: „górny 1 procent” oraz „wschodząca klasa średnia” w krajach takich, jak np. Chiny, Indie, Brazylia i Meksyk. Znajduje to potwierdzenie w danych statystycznych. Pokazują one też, że dochody „wschodzącej klasy średniej” rosły nawet szybciej niż dochody „górnego 1 procenta”. Poza tym „wschodząca klasa średnia” liczy około 3 mld osób. Wyniki badań B. Milanowića potwierdzają także fakt, że sytuacja osób znajdujących się za dole drabiny społecznej również się poprawiła w ostatnich 2 dekadach, chociaż nie tak bardzo jak „wschodzącej klasy średniej”, ale w wystarczającym stopniu, aby zmniejszyć obszary skrajnej nędzy we współczesnym świecie [14]. Zaskakującym wnioskiem zamawianych badań jest stwierdzenie B. Milanowića, że największym „przegranym” procesu globalizacji jest „globalna wyższa klasa średnia”. Natomiast takie grupy społeczne, jak najuboższa część mieszkańców krajów Europy Zachodniej oraz niższa klasa średnia w Europie Środkowej nic nie straciły, ale też nie doświadczyły znaczącego wzrostu dochodów w trakcie ostatnich 20 lat [15].

Faktem także jest, że jednym z największych osiągnięć ludzkości z ostatnich trzech dekad było radykalne zmniejszenie liczby ludzi biednych. Nie można tego przypisywać tylko globalizacji, gdyż duży wpływ na to wywarły reformy systemu gospodarczego w Chinach i wielu innych krajach rozwijających się. Według danych Banku Światowego liczba ludzi biednych w krajach rozwijających się, dysponujących dochodem mniejszym niż 1,25 dolara dziennie, równała się 52% populacji tych krajów, a w 2008 roku już tylko 22%, czyli 1/5 ogółu mieszkańców trzeciego świata [16]. W ciągu niespełna trzech dekad bardzo znacznie – jak nigdy dotąd w historii ludzkości – zmniejszyła się więc liczba ludzi ubogich, aczkolwiek nie udało się całkowicie wyeliminować biedy w sporej liczbie krajów rozwijających się i nie tylko w tych krajach. Mogli się o tym przekonać także mieszkańcy krajów gospodarczo wysoko rozwiniętych po kryzysie finansowym z 2008 roku. Wielu z nich zaczęło wtedy wątpić czy kapitalizm, ze wszystkimi obecnymi deformacjami tego systemu, może w mniej lub bardziej odległej przyszłości zapewnić godziwe warunki życia wszystkim mieszkańcom świata. Czy można będzie tak, jak dotychczas – bogaci będą bogatymi, a biedni pozostaną biednymi i luka dochodowa między obiema tymi grupami ludności będzie się nadal powiększać? Jak twierdzi T. Piketty „kumulacja kapitału prowadzi do coraz większych nierówności społecznych, które są postrzegane jako niesprawiedliwe i dlatego działają destabilizująco. Kiedy zysk z kapitału wynosi 5%, co jest wielkością typową i przeciętną, a gospodarka rośnie tylko w tempie jednego procenta rocznie, to początkowa dysproporcja błyskawicznie się pogłębia. Tymczasem nasze demokratyczne społeczeństwa opierają się na zasadzie, że pozycja obywatela zależy od jego pracy i dokonań. A przynajmniej na nadziei, że wysiłek zostanie adekwatnie wynagrodzony” [17].

Niestety bardzo często tak jest tylko w teorii, gdyż w praktyce większość ludzi produkuje bogactwo, ale elity polityczne i biznesowe przydzielają im tylko jego największą część, z reguły na poziomie wystarczającym na przetrwanie albo niewiele wyższym. Różnie też wygląda sprawa wynagrodzenia ludzi utrzymujących się z pracy w zależności ich kwalifikacji, wydajności i dokonań. Zarówno w firmach prywatnych, jak i państwowych najwyższe płace otrzymują nie zawsze najlepiej przygotowani do wykonywania danej pracy „topowi” menedżerowie czy państwowi urzędnicy. Amerykański ekonomista Paul Krugman trafnie zauważa, że o tym, ile wart jest naczelny dyrektor danej korporacji decyduje zazwyczaj komitet wyznaczany przez tego dyrektora [18]. W firmach i instytucjach państwowych o wysokości zarobków jakże często także decydują względy uznaniowe, przynależność do rządzącej partii i różne koneksje? W praktyce więc nie istnieje „czysty” kapitalizm rynkowy, gdzie wygrywa silniejszy, lepiej wykształcony, bardziej kompetentny i przedsiębiorczy. Wygrywa najczęściej posiadacz kapitału, a niezbyt często twórcy nowych idei i produktów w rodzaju Steve’a Jobsa oraz czołowi przedstawiciele współczesnych elit politycznych, dbających coraz bardziej o swoje interesy, a nie o interesy państwa i wszystkich jego obywateli. Nie istnieje bowiem żadne racjonalne wytłumaczenie horrendalnie wysokich dochodów super-menedżerów – dużych korporacji czy najbogatszych rentierów takich, jak saudyjscy książęta czy naftowi szejkowie. Żadna z tych kategorii miliarderów nie wnosi adekwatnego wkładu osobistego, ani też nie wytwarza nowej „wartości dodanej” z wyjątkiem pomnażania swojego majątku, który poprzez dochody z lokat bankowych, inwestycji w różne papiery wartościowe i nieruchomości, osiąga z roku na rok coraz większe „rozmiary”, oderwane zupełnie od realiów współczesnego rynku, który determinuje warunki, w jakich żyje ogromna większość ludzi. Najbogatsi ostro konkurują ze sobą, aby jeszcze bardziej zwiększyć swoje dochody, a najgorszym przykładem jest konkurencja pomiędzy super-menedżerami, których dochody, oparte na chciwości, są niekompatybilne z realiami rynkowymi i ich wkładem w rozwój kierowanej przez nich firmy. Przykładem tego były w 2008 roku bardzo wysokie pensje i dochody prezesów wielu bankrutujących wówczas banków.

Tego rodzaju sytuacja sprzyja pojawianiu się nowych” koncepcji naprawy kapitalizmu, a nie zastąpienia go przez „sprawiedliwszy” system gospodarczy, który byłby wolny od różnych obciążeń ideologicznych. Jednak konserwatyści twierdzą, że bogactwo generowane przez warstwę najbogatszych ludzi „skapuje” na dół, przyczyniając się do poprawy poziomu życia każdego. Twierdzenie to nie znajduje pokrycia w realnym świcie, a mimo to wielu ludzi wierzy w to, że jeśli bogatym zostawimy więcej, to oni za te pieniądze zatrudnią pracowników i będą kupować więcej i wszystkim będzie żyło się lepiej [19]. Równie wielu ludzi uważa, że to, co jest dobre dla biznesu, np. niższe podatki dla przedsiębiorców, porozumienia o wolnym handlu i deregulacja, jest złe dla przeciętnego obywatela. Tymczasem obie te skrajne koncepcje są błędne i rozwiązania należy poszukać pośrodku. Prowadzenie odpowiedniej polityki gospodarczej, sprzyjającej wzrostowi gospodarczemu, jest równie istotne dla zapewnienia nie tylko coraz większej podaży towarów i usług, lecz dla podniesienia jakości życia, jak i wprowadzenia bardziej sprawiedliwego systemu dystrybucji owoców tego wzrostu gospodarczego, który zapewniałby dostęp do tychże „owoców” możliwie jak największej liczbie mieszkańców danego kraju, a nie tylko 1% ludzi najbogatszych czy też nielicznej „górnej” warstwy ludzi zamożnych. Nikomu jednak nie udało się do tej pory wymyśleć takiego sprawiedliwszego dystrybucji efektów wzrostu gospodarczego, który łączyłby w sobie w jakiś „cudowny” sposób motyw maksymalizacji zysku z ideą sprawiedliwości społecznej.

Niektórzy zwolennicy wolnego rynku kwestionują w ogóle istnienie pojęcia sprawiedliwości społecznej [20]. Dla nich podstawa sprawiedliwości, różnie zresztą pojmowanej, jest wolny rynek. Zwolennicy jedynego mechanizmu regulującego wszystkie procesy gospodarczo-społeczne, zdają się nie dostrzegać faktu, że niewiele jest np. takich sił rynkowych, które przeciwdziałają, koncentracji bogactwa w rękach nielicznych grup posiadaczy kapitału. T. Piketty potwierdza w swojej monografii o XXI-wiecznym kapitale fakt, że w okresie minionych 200 lat bogactwo w rękach nielicznej grupy najbogatszych ludzi wzrastało znacznie szybciej niż gospodarki ich krajów. Podważa także powielany w wielu publikacjach mit o tym, że w kapitalizmie i ustroju demokratycznym wszyscy mają takie same szanse i nierówności społeczne wynikają głównie z odmiennego wkładu pracy i wysiłku, a nie są efektem pochodzenia i posiadania odziedziczonego kapitału. Jego zdaniem kapitalizm w obecnej, drapieżnej formie, niszczy demokrację i nie należy pocieszać się „niebezpieczną iluzją”, że demokracja podąży za rozwojem gospodarczym i będzie się dostosowywać do kapitalizmu opartego na wolnej konkurencji. Ta ostatnia bowiem nigdy nie prowadziła i nigdy też nie doprowadzi do sprawiedliwego społeczeństwa, w którym wszyscy będą mieli równe szanse życiowe. Siły rynkowe sprzyjają bowiem koncentracji kapitału, a nie formowaniu się „sprawiedliwego społeczeństwa” [21].

Kwestią otwartą jest opracowanie i wdrożenie takiego „dodatkowego” mechanizmu, który ograniczałby koncentrację kapitału, dla której w praktyce nie ma granic. W ogromnej większości państw demokratycznych prowadzenie odpowiedniej polityki przeciwdziałającej tej koncentracji, niestety nie wystarczy. Powstanie tzw. państw dobrobytu w drugiej połowie XX wieku tylko w niewielkim stopniu przyczyniło się do zmniejszenia dysproporcji między największymi posiadaczami kapitału i resztą społeczeństwa. Na początku drugiej dekady bieżącego stulecia 10% najbogatszych zgromadziło 62% całego majątku narodowego, podczas gdy na początku XX wieku 10% społeczeństwa posiadało aż 90% tego majątku. Jednak obecnie 50% ludzi nie posiada nic albo bardzo mało. Niewielkie majątki są w posiadaniu 40% „górnej i dolnej klasy średniej” i sytuacja pod tym względem nie ulega większej zmianie. Skoro więc kapitalizm, a raczej siły rynkowe nigdy nie doprowadzą do powstania sprawiedliwego społeczeństwa, w tym także jego połowa posiadałaby „jakiś” majątek, to właśnie państwo powinno poprzez opodatkowanie ludzi najbogatszych, podjąć próbę budowy takiego społeczeństwa.

Ten zresztą wcale nie oryginalny pomysł lansuje także T. Piketty, który twierdzi, że ogromny kapitał, znajdujący się w rękach mniejszości, najczęściej wyniku jego odziedziczenia, nie powinien „być ważniejszy od wypracowanego” [22]. Proponuje też, aby opodatkować finansową elitę świata progresywnym podatkiem kapitałowym, np. w wysokości 1% od majątku powyżej 1 mln dolarów i 10% od majątku miliardowego i powyżej. Generalnie T. Piketty opowiada się za „oszczędzaniem” małego majątku klasy średniej, chociaż nie wyklucza też opodatkowania skromniejszego majątku netto, np. aktywów poniżej 200 tys. euro stawką w wysokości 0,1%, a mienia od 200 do 1 mln euro stawką 0,5%. Jego zdaniem PKB poszczególnych państw mógłby w ten „prosty” sposób zwiększyć się o 3-4% [23]. Pytanie tylko czy wprowadzenie takiego podatku jest realne w obecnej sytuacji, w której łączne obciążenie podatkowe, szczególnie w Europie Zachodniej, jest dosyć wysokie. Żadna poważna partia polityczna, która ma szanse na zdobycie samodzielnie lub w koalicji z inną partią władzy w danym państwie, z pewnością nie wprowadzi do swojego programu wyborczego propozycji wprowadzenia dodatkowego podatku. Czy warto więc rozważać tego rodzaju nierealistyczne propozycje, które T. Piketty określa mianem „pożytecznej utopii”, których z wielu różnych względów nie można wprowadzić życie? Wydaje się, że nie. Lepszą drogą byłaby stopniowa „reforma” współczesnego kapitalizmu, w kierunku dostosowania tego systemu do nowych wyzwań, jakie stwarzają pogłębiające się nierówności, które obecnie stanowią w wielu krajach główną barierę dla dalszego zrostu gospodarczego.

Dotychczasowe debaty na temat zarówno niwelacji pogłębiających się nierówności ekonomiczno-społecznych, jak i pożądanych reform kapitalizmu, nie doprowadziły do wypracowania realistycznych rozwiązań obu tych problemów. Podobnie zresztą, jak fiaskiem skończyły się próby zastąpienia kapitalizmu nowym systemem socjalistycznym (lub quasi-komunistycznym). Po kilkudziesięcioletnim okresie kosztownego eksperymentowania z nowym, rzekomo sprawiedliwszym systemem polityczno-gospodarczym wszystkie kraje „socjalistyczne” (z wyjątkiem Korei Północnej i Kuby) powróciły na drogę kapitalistycznego rozwoju. Ani jednak „stare”, ani też nowe kraje kapitalistyczne nie bardzo wiedzą, jak można ten system sprzyjający wzrostowi gospodarczemu i generowaniu bogactwa, niestety głównie przez niewielką mniejszość ludzi, zreformować tak, aby nie dochodziło do dalszego pogłębiania się nierówności społecznych. Same nierówności nie są złe dopóki nie osiągają „ekstremalnych” rozmiarów. Spore trudności sprawa jednak ustalenie tego, kiedy w danym kraju osiągają one takie „rozmiary”. O wiele większe trudności sprawia wynalezienie i przede wszystkim wprowadzenie w życie takiego systemu redystrybucji owoców wzrostu gospodarczego, który przeciwdziałałby powiększaniu się nierówności majątkowych. Ideą takiego systemu nie powinno być jednak wywłaszczanie najbogatszych i odebranie im zgromadzonego, często dzięki ciężkiej pracy, majątku, lecz stworzenie warunków dla akumulacji bogactwa przez nowe warstwy społeczne.

Artykuł ten został opublikowany w wersji rozszerzonej, pt. Nierozwiązany problem nierówności w roczniku: „Nierówności Społeczne a Wzrost Gospodarczy”, 2015, nr 2.
Fot. socialistparty.ie

Przypisy
1. Zob. M.Mc Ardle, Koszmary człowieka bogatego, „Bloomberg Businessweek-Polska” 2014, nr 23, s. 8. Por. także J.E.Stiglitz, Globalizacja, Warszawa 2004, s. 19-21.
2. Zob. T.Piketty, Capital in the Twenty-First Century, Harvard University Press 2014, s. 7-8. Książka ta ukazała się rok wcześniej w języku francuskim pt. Le capital an XXIe ciecle, Paris 2013 i liczyła aż 970 stron. W wersji angielskiej liczy 685 stron.
3. Zob. T.Worstall, Who actually are the One Percent, „Forbes Magazine” 28.12.2011, www.forbes.com/sites/timwortstall/2011/12/28/who-actually-are-the-one-percent (19.05.2014). Por. także G.Murray, We are the 1%. Ueber globale Finanzeliten, “Aus Politik und Zeitgeschichte” 2014, nr 15, s. 15.
4. Zob. P.Sobolewski, Bankowość bardzo osobista, „Bloomberg Business Week” 21.02.2014, s. 44-45.
5. Zob. G.W.Damhoff, Power in America-Wealth, income and power 2005/2013, www.ncsc.edu/whomrulesamerica/power/wealth.htmn/s.25-26.
6. Zob. G.Keating i in., Global Wealth Report 2011, Zuerich 2012, s. 10-11. Por. L.Kroll, Inside the 2013 Forbes 400: Facts and Figures on Americas Richest, 16.09.2013, www.forbes.com/sites/luisakroll/2013/09/16/inside-the-2013-forbes-400-facts-and-figures-on-americas-richest (dostęp 11.05.2014).
7. Zob. S.Fidler, Looking at a two-track future, „The Wall Street Journal” 22,01,2014, s. 18.
8. Zob. T.Maciejewicz, Świat się bogaci a nierówności rosną, „Gazeta Wyborcza” 28.04.2014, s. 20.
9. Zob. T.Piketty, Capital in the twenty-first century, op.cit., s. 24-26 .,
10. Por. S.Kuznets, Wzrost gospodarczy narodów. Produkt i struktura produkcji, Warszawa 1976, s. 34-36. Por. Także S.Kuznets, Capital in the American economy, New York 1954.
11. Zob. T.Piketty, Capital in the Twenty-first Century, op.cit., s. 38-39.
12. Niektórzy ekonomiści, w tym także T.Piketty, przyjmują, że zgromadzone majątki są w dłuższym okresie funkcją nie dochodów, a raczej zaoszczędzonej części dochodów. Nie zawsze tak jednak jest, gdyż dane statystyczne nie „wychwytują” niestety wszystkich źródeł dochodu. Dlatego też w niektórych krajach o względnie egalitarnym podziale „oficjalnych” dochodów ma miejsce „zadziwiająco” duża koncentracja majątków w rękach niewielkiej liczby ludzi, czego przykładem jest Szwecja, gdzie wskaźnik Giniego wyniósł w 2013 roku tylko 0,259, a w rekach 10% społeczeństwa znajdowało się aż 60% całego majątku. Zob. G.Murray, We are 1%, op.cit. s. 19.
13. Zob. S.Fidler, Looking at a two-track future, op.cit., s. 18.
14. Zob. X.Devictor, Globalizacja: szczęście czy przekleństwo, „Rzeczpospolita” 10.02.2014, s. B12. Por. E.Polak, Globalizacja a zróżnicowanie społeczno-ekonomiczne, Warszawa 2009, s. 110.
15. Zob. X.Devictor, op.cit., s. B12.
16. Zob. World Bank.
17. Zob. Czekając na furię, rozmowa Romana Leicka z Thomasem Piketty, „Der Spiegel” 2014, nr 9, cyt. wg. „Forum” 2014, nr 11, s. 66-67.
18. Zob. P.Krugman, Rentierzy rządzą i niszczą świat, „Gazeta Wyborcza” 26-27.04.2014, s. 22.
19. Por. P.Kozłowski, Bogactwo nie skapuje, nierówności same nie znikną, „Gazeta Wyborcza” 24.04.2014, s. 22.
20. Por. .M.Friedman, Kapitalizm i wolność, Warszawa 1984, s. 40-43 oraz tegoż autora: Wolny wybór, Warszawa 1996. Por. także L.Balcerowicz , Wolność i rozwój. Ekonomia wolnego rynku, Warszawa 1995.
21. Zob. T.Piketty, Capital in the, op.cit., s. 118.
22. Zob. Tamże, s. 92.
23. Zob. Rozmowa P.Leicka, z Thomasem Piketty, op.cit., s. 69.

Bibliografia
1. Balcerowicz L., Wolność i rozwój. Ekonomia wolnego rynku, Warszawa 1995.
2. Cowen T., Why global tax on health won, t end inequality, „Foreign Affairs” 2014, nr 3.
3. Czekając na furię, rozmowa Romana Leicka z Thomasem Piketty, „Der Spiegel” 2014, nr 9, cyt. wg. „Forum” 2014, nr 11.
4. Damhoff G.W., Power in America. Wealth, income, and Power, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript./whorulesamerica/power/wealth.thml.">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript./whorulesamerica/power/wealth.thml.
5. Devictor X., Globalizacja: szczęście czy przekleństwo, „Rzeczpospolita” 10.02.2014.
6. Fidler S., Looking at a two-track future, „The Wall Street Journal” 22,01,2014.
7. Friedman M., Kapitalizm i wolność, Warszawa 1984.
8. Friedman M., Wolny wybór, Warszawa 1996.
9. Gwiazda A., Wolność, równość i … nierówności ekonomiczno-społeczne, Portal: geopolityka. Org, 13.05.2015.
10. Gwiazda A., Nierówności między krajami bogatymi I biednymi, [w:] Stawiać pytania, szukać odpowiedzi, pod red. A.Chodubskiego, E.Polak, Sopot 2008.
11. Higgs R., Gross Domestic Product – an index of economic welfare or a meaningless metric?, “The Independent Review” 2015, nr 1,
12. Keating G. i in., Global Wealth Report 2011, Zuerich 2012.
13. Kozłowski P., Bogactwo nie skapuje, nierówności same nie znikną, „Gazeta Wyborcza” 24.04.2014.
14. Kroll L., Inside the 2013 Forbes 400: Facts and Figures on Americas Richest,16.09.2013, www.forbes.com/sites/luisakroll/2013/09/16/inside-the-2013-forbes-400-facts-and-figures-on-americas-richest (dostęp 11.05.2014).
15. Krugman P., Rentierzy rządzą i niszczą świat, „Gazeta Wyborcza” 26-27.04.2014.
16. Kuznets S., Wzrost gospodarczy narodów. Produkt i struktura produkcji, Warszawa 1976.
17. Maciejewicz T., Świat się bogaci a nierówności rosną, „Gazeta Wyborcza”28.04.2014.
18. Mc Ardle M., Koszmary człowieka bogatego, „Bloomberg Businessweek-Polska” 2014, nr 23.
19. Megier M., Globalizacja biedy czy globalizacja dostatku. Zarys dyskursu, Koszalin 2010.
20. Murray G., We are the 1%. Ueber globale Finanzeliten, “Aus Politik und Zeitgeschichte” 2014, nr 15.
21. Piketty T., Capital in the Twenty-First Century, Harvard University Press 2014.
22. Polak E., Globalizacja a zróżnicowanie społeczno-ekonomiczne, Warszawa 2009.
23. Sobolewski P., Bankowość bardzo osobista, „Bloomberg Business Week” 21.02.2014.
24. Stiglitz J.E., Globalizacja, Warszawa 2004,
25. Worstall T., Who actually are the One Percent, „Forbes Magazine” 28.12.2011, www.forbes.com/sites/timwortstall/2011/12/28/who-actually-are-the-one-percent (19.05.2014).

Czytany 4477 razy